• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Przeklęta wyprawa

    Franciszek Kucharczak

    |

    GN 14/2005

    dodane 06.04.2005 07:31

    Średniowieczne krucjaty to fascynujące zjawisko. Wkrótce przypomni o nich najnowszy film Ridleya Scotta „Królestwo niebieskie”. Choć ostrza wypraw krzyżowych zwrócone były ku Saracenom, jedno z nich ciężko zraniło samo chrześcijaństwo. Rana krwawi do dzisiaj.

    Europa końca XI wieku oglądała niezwykły pochód. Ku wschodowi ciągnęły rzeki ludzi, przeróżnego stanu i zawodu, z czerwonymi krzyżami naszytymi na ubranie. Dziesiątki tysięcy ludzi rzuciło wszystko w odpowiedzi na apel papieża o wyzwolenie Grobu Pańskiego z rąk Turków seldżuckich. „Bóg tak chce!” – rozlegało się po całym kontynencie. Zapał był niesłychany. Po przebyciu tysięcy kilometrów i stoczeniu niezliczonych bitew, skrwawiona armia chrześcijan zdobyła święte miasto Jeruzalem. Powstało łacińskie Królestwo Jerozolimskie.

    Rozrastający się świat islamu nie dawał jednak za wygraną. Jerozolima ponownie wpadła w ręce muzułmanów, ale chrześcijańskie królestwo, choć okrojone, trzymało się jeszcze. Konieczna była pomoc z Europy. W 1202 roku ruszyła kolejna, IV krucjata. Fatalna.

    Krzyżowy interes
    Siwowłosy doża Enrico Dandolo dowodził bitwą, stojąc na dziobie okrętu. Nad nim powiewała chorągiew świętego Marka, patrona republiki Wenecji. Doża był doświadczonym wodzem. Choć miał już ponad osiemdziesiąt lat, jego umysł był wciąż bystry. Wenecja wiele ze swej potęgi zawdzięczała jego ambitnej polityce. Daleko sięgał wzrokiem wyobraźni, choć od dawna nie widział światła dnia. Stracił wzrok w bitwie z Bizantyjczykami. Teraz stał u wrót ich stolicy, na czele… armii krzyżowców.

    Wiele tysięcy europejskich rycerzy, zebranych dla obrony Ziemi Świętej, w wyniku intrygi chytrego weneckiego doży stało się wykonawcami jego planów. Poszło o pieniądze za przewóz wojska przez Morze Śródziemne do Egiptu. Kwota była niewystarczająca, więc Dandolo zaproponował krzyżowcom zdobycie dla Wenecji należącego do króla Węgier miasta Zara. Za tę „przysługę” Wenecjanie mieli ich potem odstawić do Egiptu. Umowa stanęła, armia obległa Zarę. Na próżno obrońcy wywieszali na murach krzyże – miasto chrześcijańskiego króla, który sam ślubował udział w krucjacie, padło pod ciosami rycerzy spod znaku krzyża.

    Teraz Wenecja powinna była wywiązać się z umowy, ale Dandolo wcale nie zamierzał tracić muzułmańskich rynków zbytu w Egipcie. Zaczął kręcić: zima idzie, pogoda nie taka, burze, sami rozumiecie. W zanadrzu miał już znacznie ambitniejszy pomysł. Postanowił zdobyć dla swej republiki stolicę Bizancjum. Zamiar z pozoru szalony. Konstantynopol był ogromnym miastem, otoczonym najpotężniejszymi na świecie murami. Od wieków na jego legendarne bogactwa ostrzyli sobie zęby najróżniejsi najeźdźcy i zawsze je sobie łamali. Wenecja jednak dysponowała niezrównaną flotą i na nią liczył niewidomy doża. Wykorzystał obecność u siebie wygnanego z Konstantynopola następcy tronu Aleksego. Wytłumaczył krzyżowcom, jak szlachetnie postąpią, gdy przywrócą tron prawowitemu władcy, który, naturalnie, będzie się umiał odwdzięczyć. Krzyżowcy kolejny raz pozwolili się wmanewrować w pokrętną grę Dandola.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    Zachowane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół