• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Dzień, który zmienił Polskę

    Barbara Fedyszak-Radziejowska, doktor socjologii, pracownik Instytutu Rozwoju Wsi i Rolnictwa PAN

    |

    GN 23/2009

    dodane 07.06.2009 19:49

    Jan Paweł II otwierał przestrzeń publiczną na Boga i na prawo do wolności.

    Trzydzieści lat temu, 2 czerwca, wiedziona bardziej niezwykłością wydarzenia niż nadzieją na zmiany, stałam przy ul. Królewskiej, dokładnie słysząc słowa homilii Jana Pawła II. Gdy padło symboliczne i najczęściej przytaczane wezwanie skierowane do Ducha Świętego, by odnowił oblicze „tej ziemi”, wypowiedziane mocnym głosem człowieka wiary, poczułam delikatny powiew wiatru. Do dzisiaj jestem przekonana, że nie było to zjawisko meteorologiczne. Ale wtedy znacznie bardziej poruszyły mnie inne słowa Jana Pawła II. Pamiętam, jakim niewyobrażalnym szokiem było kilka prostych zdań o człowieku, którego nie można zrozumieć bez Chrystusa. Mam wrażenie, że nawet ci młodzi Polacy, którzy starają się zrozumieć istotę PRL, nie znajdują, tego, co było najbardziej istotne, czyli skali pogardy i bezsilności, z którą musieliśmy żyć. A świadomość, czym był PRL, jest niezbędna, by zrozumieć powody, dla których homilia Jana Pawła II, wygłoszona na placu, zwanym wtedy placem Zwycięstwa, stała się początkiem historycznego przełomu.

    Czasy PRL można bowiem opisywać na wiele różnych sposobów; pamiętać kolejki, biedę i kartki na cukier, mąkę, mięso, wódkę czy papierosy. Można przypominać absurdy cenzury i zakładowych organizacji partyjnych, których realna władza była większa niż wszystkich formalnych dyrektorów i kierowników razem wziętych. Można śmiać się z filmów Barei i genialnych żartów, które pomagały przetrwać i nie zwariować. Ale to nie absurdy i groteska były najważniejsze, lecz dominujące poczucie upokorzenia niszczące zwykłych ludzi. Dla mnie PRL był przede wszystkim rzeczywistością zbudowaną na pogardzie dla człowieka, pogardzie, która dawała przyzwolenie na kłamstwa i manipulacje wykorzystywane bez skrupułów do trzymania ludzi w posłuszeństwie.

    Tę pogardę czułam na każdym kroku – w pracy, na uczelni, przed ekranem telewizora, podczas otwierania gazety. Rzeczywistość PRL nie pozwalała o sobie zapomnieć – jesteś nikim, mówiła od rana do nocy, jesteś nawozem historii, my możemy „wszystko”. Jeśli chcesz to zmienić, zmień siebie – stań się jednym z nas, członkiem PZPR lub innego „bratniego stronnictwa”, esbekiem, milicjantem, kimś, na kim możemy w pełni „polegać”. Tej atmosferze pogardy towarzyszyło dotkliwe poczucie totalnej niemocy – tu nic się nie da zrobić i żadne działanie nie ma sensu. Wiem dzisiaj, że ta atmosfera była nie tylko wyrazem prawdziwego układu sił, lecz także świadomie wprowadzanym do sfery publicznej klimatem, w którym łatwiej było rządzić. PRL był obszarem totalnej beznadziei.

    I w takiej rzeczywistości,na placu Zwycięstwa Papież Polak powiedział do mnie i milionów moich rodaków kilka zdań, które cały ten świat PRL zamieniły w fikcję, narzuconą, obowiązującą, ale przecież już tylko fikcję. Ojciec Święty, następca Piotra, uznał, że miejsce, z którego został powołany do głoszenia słowa Bożego, ma wielkie znaczenie. „Polska stała się w naszych czasach ziemią szczególnie odpowiedzialnego świadectwa” – powiedział i zapytał: „Czy do takich zadań i zobowiązań dorastamy?”. A potem padły słowa, które postawiły Polaków na nogi: „Człowieka bowiem nie można do końca zrozumieć bez Chrystusa. I to nie tylko tego, który wierzy, lecz każdego z nas, (...) także tych wątpiących i sprzeciwiających się”.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    Reklama

    Zachowane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół