• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Lustracja w Kościele?

    Marcin Przeciszewski, prezes Katolickiej Agencji Informacyjnej

    |

    GN 10/2006

    dodane 06.03.2006 14:03

    Czy rzeczywiście dramat – tak jak w greckiej tragedii – polega na tym, że nie ma żadnego dobrego wyjścia?

    Czy potrzebna jest lustracja w Kościele? W polskich mediach trwa żywiołowa dyskusja na ten temat. Kolejne redakcje ujawniają rzekomych agentów w sutannach. Wystarczył przysłowiowy kamyk, aby spowodować lawinę. Kilkanaście dni temu ks. Tadeusz Isakowicz- -Zaleski wystąpił z apelem, aby ujawnili się byli współpracownicy SB wśród księży archidiecezji krakowskiej. Ten znany kapłan, ongiś kapelan nowohuckiej „Solidarności”, dotarł do swych teczek w IPN i odkrył, że wśród tych, którzy nań pisali donosy, byli także jego koledzy księża, dziś piastujący nawet prestiżowe funkcje. Nie ujawniając nazwisk, ks. Zaleski wezwał ich do wyznania win i przeprosin. Bez skutku. Ten niecodzienny apel u jednych wzbudził akceptację, u innych zażenowanie i zgorszenie. Abp Stanisław Dziwisz powołał komisję historyczną, która ma przebadać sprawę.

    Dzika lustracja
    Kilka dni później „Tygodnik Podhalański” poinformował, jakoby współpracownikiem SB był ks. Mirosław Drozdek, twórca i kustosz sanktuarium maryjnego na Krzeptówkach. „Wprost” oskarżyło o to samo ks. Janusza Bielańskiego, proboszcza krakowskiej katedry. Oskarżeni zaprzeczają zarzutom. W mediach, jak i w Kościele trwa debata, czy i w jakim zakresie księża winni podlegać lustracji. Jej orędownicy argumentują, że skoro Kościół pozostaje w służbie prawdy, to nie można ukrywać bolesnych faktów. Przeciwnicy mówią z kolei, że – w imię nawet najbardziej wzniosłych ideałów – nie można narażać na szwank dobrego imienia człowieka, tym bardziej jeśli wina nie jest udowodniona. Dowodzą, że opublikowanie nazwiska kogoś, kto w aktach SB figuruje jako tajny współpracownik, równoznaczne jest z wydaniem wyroku wobec człowieka pozbawionego możliwości obrony. W procesie ujawianiania kolejnych „TW”, widzą nie tyle rękę sprawiedliwości, co tryumf byłych służb. Osądowi podlegać winni bowiem oprawcy, a nie ich ofiary.

    Jakie wyjście?
    Co zrobić w tej sytuacji? Czy rzeczywiście dramat – tak jak w greckiej tragedii – polega na tym, że nie ma żadnego dobrego wyjścia? Choć Kościół jest zaskoczony gwałtownym biegiem spraw, nie może pozostać bez inicjatywy. Udawanie, że problem nie istnieje, do niczego nie doprowadzi. Pierwszym krokiem – moim zdaniem – winno być stwierdzenie, że lustracja, tak jak pojmuje ją polskie prawo, nie dotyczy Kościoła. Ustawa lustracyjna nie dąży do ujawniania osób podejrzewanych o współpracę, aby je publicznie napiętnować. Zakłada natomast uchronienie kluczowych stanowisk w państwie od osób, które ukrywają swą niejasną przeszłość ze względu na niebezpieczeństwo podatności na manipulację. To Kościoła nie dotyczy.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    Reklama

    Zachowane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół