• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Wspólnota tylko czasami?

    Barbara Fedyszak-Radziejowska, doktor socjologii, pracownik Instytutu Rozwoju Wsi i Rolnictwa PAN

    |

    GN 07/2006

    dodane 13.02.2006 10:39

    Jest coś tragicznie tajemniczego w śmierci ludzi, którzy spotkali się pod dachem katowickiej hali z powodu miłości do gołębi

    Katastrofa w Chorzowie przywołała po raz kolejny pytania o siłę więzi i poczucie wspólnoty moich rodaków. Bardzo mocno przeżyłam dramat ludzi, z którymi wiąże mnie coś więcej niż polski i zwyczajnie ludzki los. Urodziłam się w Chorzowie i tam zdawałam maturę. Moi rodzice pochodzą z Sambora i Lwowa, a Górny Śląsk stał się, mocą decyzji podjętych w Jałcie i Teheranie, na wiele lat ich drugą, małą ojczyzną. Na Śląsku uczyłam się solidności, pracowitości i szacunku dla czynów, a nie dla potoku słów przelewanych po próżnicy. Dlatego nie zdziwiłam się, gdy premier chwalił znakomicie zorganizowaną akcję ratunkową, a minister zdrowia postanowił model śląskiego systemu ratownictwa medycznego zastosować w całej Polsce.

    Połączyło nas nieszczęście
    Mam wrażenie, że ta katastrofa poruszyła Polaków, nie tylko dlatego, że na tle innych była największa. Jest coś tragicznie tajemniczego w śmierci ludzi, którzy spotkali się pod dachem katowickiej hali z powodu miłości do gołębi. Ani o Polskim Związku Hodowców Gołębi Pocztowych, ani o szczególnej więzi, która łączy „gołębiarzy” nie słyszymy na co dzień zbyt wiele. Także o Międzynarodowej Wystawie Gołębi nie dowiedzielibyśmy się zapewne, gdyby nie zawalił się dach hali. A pasjonatów gołębi jest w Polsce ponad 40 tys. Znają się, spotykają, startują w konkursach, zawodach, olimpiadach, zdobywają medale. W swoją pasję wciągają najbliższych. Może dlatego ta tragedia ma szczególny wymiar, jej ofiarami nie są przypadkowi przechodnie czy klienci, lecz niezwykła wspólnota ludzi.

    Komentarze prasowe porównywały ją z wydarzeniami towarzyszącymi śmierci Jana Pawła II i przypominały czas, gdy ból i cierpienie Papieża połączyło Polaków. Padło tradycyjne pytanie: dlaczego jesteśmy wspólnotą, gdy umierają bliscy nam ludzie, a przestajemy nią być, gdy życie wraca do normy? Przyznam, że nie do końca rozumiem sens tego pytania. Skąd ta, ukryta w pytaniu, pewność, że wspólnotą bywamy tylko od czasu do czasu? Jakich dowodów jeszcze trzeba, by uznać, że naszą zdolność mobilizacji i współpracy zawdzięczamy temu, że na co dzień i od święta czujemy się wspólnotą? Zachowania moich rodaków są dla mnie najlepszym wskaźnikiem, nieomal naukowym dowodem, że społeczeństwem obywatelskim jednak jesteśmy. A że nie wszyscy i nie w każdej minucie bywamy doskonałymi obywatelami? Czy gdziekolwiek bywa inaczej?

    Czy ci lekarze, pielęgniarki, strażacy, ratownicy, górnicy, policjanci, goprowcy, wolontariusze z różnych regionów kraju, łącznie ponad 1300 osób, którzy stawili się na miejscu tragedii bez wezwania i nakazu, oczekiwali jakichś gratyfikacji? Czy prosta odpowiedź, że łączyło ich poczucie wspólnoty losu i odpowiedzialności za innych nie wystarcza? Dlaczego wielu dziennikarzy i socjologów powtarza tezę, że nie jesteśmy ani społeczeństwem obywatelskim, ani wspólnotą, bywamy nią tylko od święta i tylko w sytuacji dramatycznego zagrożenia.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    Reklama

    Zachowane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół