Nowy numer 17/2018 Archiwum

W obronie układu

Aleksander Kwaśniewski, choć deklarował, że chce być prezydentem wszystkich Polaków, nigdy nie ukrywał, że swe sympatie lokuje zawsze po stronie lewicy.

Tak było, gdy blokował niewygodne dla postkomunistycznej lewicy ustawy, m.in. o Instytucie Pamięci Narodowej, albo gdy odznaczał najwyższymi państwowymi orderami również zbirów z UB oraz „budowniczych” PRL. Jednak wszczęcie przez Prezydenta RP procedury ułaskawieniowej wobec skazanego prawomocnym wyrokiem byłego wiceministra spraw wewnętrznych Zbigniewa Sobotki (na zdjęciu na sali sądowej) jest czynem tak niezwykłym, że słusznie wywołało oburzenie w całym kraju. Sobotka ostrzegł swych partyjnych kompanów, powiązanych z mafią w Starachowicach, o planowanej akcji policyjnej.

Tylko przypadek sprawił, że w czasie działań nie zginął nikt z policjantów. Sobotka, mówiąc wprost, zdradził policjantów, przedkładając partyjną lojalność ponad dobro publiczne oraz honor wysokiego urzędnika państwowego. On oraz jego koledzy partyjni, którzy brali udział w tym procederze, posłowie SLD Andrzej Jagiełło i Henryk Długosz, zachowywali się jak członkowie mafii. Postępowanie Kwaśniewskiego, który w trybie nadzwyczajnym, bez badania akt sądowych, wszczyna postępowanie ułaskawiające, wpisuje go w ten układ. Wszystkie inne działania, w tym zapowiedź ułaskawienia także skazanych, którzy w przeszłości bezskutecznie o to występowali, są jedynie kamuflażem, mającym w odbiorze publicznym zatrzeć wrażenie po wystąpieniu w sprawie Sobotki.

Ta sprawa ma także inny podtekst. Prezydent Kwaśniewski, niewątpliwie polityk sprawny i inteligentny, musiał mieć świadomość, że jego inicjatywa zostanie źle odebrana przez opinię publiczną. Jeżeli zdecydował się na taki krok pod koniec kadencji, na zamknięcie dziesięciu lat spędzonych w Pałacu Namiestnikowskim, musiał być w sytuacji bez wyjścia. Został przekonany, że Sobotka w więzieniu może być dla jego środowiska, a być może nawet dla niego samego, znacznie bardziej niebezpieczny aniżeli na wolności.

Ten bezbarwny aparatczyk z czasów PRL, ważne źródło informacji dla bezpieki NRD, bez wykształcenia, doświadczenia i predyspozycji do pełnienia jakichkolwiek urzędów, w ostatnim okresie zawsze lokował się w resortach siłowych. Uchodził za oddanego człowieka Leszka Millera i Aleksandra Kwaśniewskiego. Występując o łaskę dla Sobotki, Prezydent RP dał więc czytelny sygnał swemu środowisku – nie zapomniałem o Was, możecie na mnie liczyć. Na szczęście czas ochronny dla mafii politycznej wkrótce się skończy. Stanowczo zbyt długa prezydentura Kwaśniewskiego przechodzi wreszcie do historii, a jego następca ma szanse odbudować autorytet najwyższego urzędu w państwie.

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama