• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Stawiałbym inne pytania

    ks. prof. Jerzy Myszor, wiceprzewodniczący Kościelnej Komisji Historycznej

    |

    GN 10/2007

    dodane 12.03.2007 08:57

    Monografia „Księża wobec bezpieki” wymaga krytycznej oceny. Jej autor bowiem zbyt łatwo formułuje kategoryczne sądy.

    Od roku wydawnictwo Znak przygotowywało opinię publiczną do przyjęcia rewolucyjnej w treści książki, która miała zmienić oblicze Kościoła w Polsce. Od roku podgrzewano atmosferę, co kilka tygodni, a nawet w pewnym okresie codziennie, jej autor – ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski martwił się publicznie, że nie może nad nią pracować, bo ma zakaz pisania, nie może udzielać wywiadów, gdyż ma także zakaz mówienia. A mimo to treść książki „Księża wobec bezpieki” – zanim ukazała się – przeciekała do opinii publicznej. I mamy ją wreszcie.

    Święty albo agent
    Na kilkuset stronach autor prowadzi nas od jednej teczki do drugiej. W jednym akapicie zapada wyrok – „ten się nie złamał”, a w innym miejscu czytamy – „ten został zwerbowany”. Innymi słowy: albo święty, albo agent. W niezliczonych wywiadach autor dawał do zrozumienia, sugerował, czasem między wierszami groził palcem, że wie, ale jeszcze nie powie, a może jednak ujawni. Napisał do wszystkich, których nazwiska (pseudonimy) spotkał w teczkach tworzonych wysiłkiem skrupulatnego sierżanta, porucznika, kapitana, a jeśli sprawa na to zasługiwała – nawet – podpułkownika. Jedni księża porażeni widmem wracającej przeszłości, o wyczyszczonej lub wypartej pamięci, odpisywali, inni – niemniej skonfundowani – nie. Bo, jak zasadnie twierdzą, dlaczego mieliby odpisywać.

    Kto upoważnił ks. Zaleskiego do przeprowadzenia tzw. lustracji Kościoła w Polsce? Żyli spokojnie, sądzili, że przeszłość nie wróci, że odkupili swoje mniejsze lub większe winy, służąc wiernie Kościołowi. Teraz przypominają sobie, że faktycznie rozmawiali w urzędzie przy odbiorze paszportu, przy załatwianiu budowy kościoła lub salki katechetycznej, na schodach, w drodze do sklepu, czy przy wizytach z okazji urodzin. Niestety także w restauracji lub w lokalu kontaktowym. Nie zdawali sobie sprawy z tego, że treść tych rozmów zostanie skrupulatnie odnotowana jako spotkanie prowadzącego z agentem i wprowadzona będzie do rejestru urzędowych spotkań, zaś zakup kwiatów zostanie odnotowany w funduszu operacyjnym, a treść rozmowy posłuży do tzw. kombinacji operacyjnej. Przecież nic nie podpisali, co więcej – nie byli świadomi, co się dzieje, tylko niektórzy domyślali się, że pętla na szyi zaciska się.

    Pozostaje oczywiście grupa w pełni „uwikłanych”, którzy stracili instynkt samozachowawczy, a nawet resztki honoru. Pisali donosy na kolegów, sąsiadów zza miedzy, brali pieniądze – w pełni świadomi, że nie są to pieniądze z Kasy Zasiłkowej ZUS. To już jest pewna forma deprawacji sumienia, która nadaje się bardziej do oceny wytrawnego spowiednika niż historyka. W wielkim uproszczeniu, całą paletę omawianych przypadków znajdziemy na stronach książki ks. Zaleskiego. I tylko należy żałować, że autor tak mało ma wątpliwości, tak rzadko stawia pytania, tak często używa zdań twierdzących, tak często wyrokuje.
    Otrzymaliśmy ogromny materiał faktograficzny, uporządkowany, ze smakowitymi cytatami (ciekawe dlaczego i które wątki zostały pominięte). Powstały sylwetki duchownych, układane jak mozaika, jak puzzle. Wydawać by się mogło, że wszystko pasuje. Rodzą się pytania. Na przykład niepokoi mnie fakt, iż autor zapoznał się z wieloma teczkami, ale kilka ważnych z przeczytanych pominął. A przecież szedł „na całość”. Dlaczego pominął kilka nazwisk ewidentnie związanych ze środowiskiem krakowskim, a włożył na karty swojej książki dwa nazwiska nie mające nic wspólnego z Krakowem – odpowiedź na to pytanie, spodziewam się, posiada sam autor.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    Zachowane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół