• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Prawie manifa

    Agata Puścikowska

    |

    GN 09/2007

    dodane 06.03.2007 16:28

    Moja pięcioletnia córa oświadczyła, że chce pracować w telewizji. Wcześniej deklarowała, że dość szybko uczyni mnie babcią... Pytam: – To już nie chcesz mieć dzieci? Anielka na to: – Urodzę i będę pracować, to się nie wyklucza. Jasne, że nie. Ale nie będzie lekko.

    Żywot matki Polki, w dodatku wielodzietnej, a do tego pracującej zawodowo, łatwy nie jest. I wcale nie dlatego, że dzieciaki chorują zajadle od września do kwietnia. I nie dlatego, że tekst mam oddać za pół godziny, a w głowie po nieprzespanej nocy niewiele (czwórki dolne najmłodszemu wyłażą). I nawet nie dlatego, że gdy rano dzwoni szef, a ty przekonujesz go stanowczo, że „prawie wchodzisz do autobusu”, mali denuncjatorzy postanawiają wrzeszczeć jak nigdy. W końcu mam czego chciałam, wybrałam i jest OK.
    Żywot matki Polki, wielodzietnej, pracującej zawodowo, dlatego czasami jest trudnawy i frustrujący, że wszyscy – z lewa i z prawa, ze środka, z góry i dołu – widzą w nim coś nieodpowiedniego, żeby nie powiedzieć patologicznego. I regularnie swoimi spostrzeżeniami się dzielą. Udzielają dobrych rad lub komentują. Nieproszeni, oczywiście. No to teraz, przy tzw. święcie kobiet, i ja skomentuję.

    Co za typy…
    Na wiadomość, żem matka Polka wielodzietna, i pracująca zarazem, reakcje są dość typowe. I od razu nadmienię, że to panie reagują najgoręcej. Zasadniczo spotykam się z trzema typami komentarzy: współczującym, niedowierzającym i złośliwym.

    Typ pierwszy: współczujący. Objawia się wielkimi oczami, kiwaniem głową i w domyśle lub wprost pada: „No niestety, ale jak się zabezpieczyć nie umiało”... Potem przychodzi czas na niedowierzanie, że z „taką gromadą” jeszcze można pracować. Na końcu dość często pojawia się myśl światła, że pracować pewnie trzeba, żeby „taką gromadę” wyżywić. No i że „te rodziny wielodzietne”, czyli patologiczne, to zwykle tylko z pomocy społecznej żyją. I na nic moje tłumaczenie, że poruszamy się najwyraźniej w zupełnie innych środowiskach. Bo wielodzietne, które ja znam, same nierzadko pomagają innym. Ale oczywiście typ pierwszy wie lepiej.

    Zresztą z typem pierwszym czasem nawet jest zabawnie. Kiedy byłam z trzecim dzieckiem w ciąży, na placu zabaw zaczepiła mnie pewna pani. Elegancka, wykształcona, sympatyczna całkiem. Długo nie mogła się doliczyć, ile nas właściwie jest. W końcu nie wytrzymała: „Te wszystkie dzieci to paaani?”. „Nasze” – sprecyzowałam. „Ojej… I trzecia ciąża… A taaka pani młoda”. Ja, tuż przed porodem, nie chciałam wdawać się w dysputy światopoglądowe. Ale mój mąż, zwykle poważny, kręcąc średnie dziecię na karuzeli, rzucił z kamienną miną: – Agata, musimy się zbierać i odebrać ze szkoły starszaki… Pani mało z ławki nie spadła.
    Typ drugi: niedowierzający. Gdy osobnik typu drugiego dowiaduje się mimochodem, żem matka, musi się upewnić: „Ma pani dzieeecko?”. „Ano mam”. A żeby dozować emocje, po dłuższej chwili dodaję: „Trójkę”. No i wtedy się zaczyna. Najpierw szybki haust powietrza, potem długa cisza, a następnie krótki komentarz na wydechu: „Jejku, nigdy bym nie powiedział/powiedziała”. Albo też pada mój ulubiony tekst, co brzmi prawie jak komplement: „No proszę, a nie wygląda pani”.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    Zachowane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół