• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Małżeńskie gadu-gadu

    O pułapkach „miłości z sieci” mówi dr Tomasz Ochinowski

    |

    GN 01/2007

    dodane 08.01.2007 08:59

    Agata Puścikowska: Wyobraźmy sobie, że nie ma Pan żony… Szukałby Pan przez Internet?

    dr Tomasz Ochinowski: – Bogu dzięki mam żonę... Nie, nie szukałbym. To złe miejsce na szukanie miłości.

    Ale sieć daje początek coraz większej liczbie związków…
    – Eee… Nie przesadzajmy. Nie mam badań najnowszych, ale te z lat 90. z USA, wykonane przez Edwarda Laumanna, świadczą wyraźnie, że trwałe związki nadal powstają wśród ludzi z tych samych środowisk. Nie jestem wrogiem nawiązywania znajomości przez Internet. E-maile czy grupy dyskusyjne po prostu są nowocześniejszą, nieco odmienną formą listów. Czym innym jest jednak szukanie znajomego „do pogadania”, a czym innym miłości na całe życie. W tym drugim wypadku Internet powinien służyć do pierwszego kontaktu, może być dobrym „zwoływaczem”: spotkajmy się tu i tu. Gdy związek dłużej ma charakter internetowy, może to być niebezpieczne. Znajomości przez Internet są bowiem dość płytkie. Lepiej wyjść do „realu” i zaprosić dziewczynę na spacer.

    Tylko kto teraz ma na to czas?
    – Ano właśnie. Ale jeśli nie ma się czasu na normalne wyjście, to kiedy się potem znajdzie czas na rodzinę, rozmowy z żoną, dzieci? Żona z mężem będą sobie słać emotikony przez gadu-gadu, zamiast mówić „kocham cię” czy „jestem wściekły”? Brak czasu nie jest argumentem za poznawaniem ludzi przez Internet. Najpierw zmieńmy priorytety, a dopiero potem szukajmy żony czy męża. Wtedy czas się znajdzie. Zakochanie, poznawanie drugiej osoby, to moment, w którym dotykamy wieczności. Przecież zakochani nie liczą czasu.

    A może to uczciwsze, gdy na początku znajomości, jeszcze w świecie wirtualnym, oświadczamy: szukam żony takiej a takiej.
    – A wierzy pani w internetową uczciwość? Nawet najlepsze zabezpieczenia i szczere chęci nadawcy nie wyeliminują fałszu. A jeśli nawet dobierze się „para doskonała”, to dla mnie jest jakieś… nieludzkie. Przecież poznawanie drugiego człowieka powinno zawierać jakieś niedomówienie. Gdy powstanie idealnie i… sztucznie dobrana para – taka podobna pod względem zainteresowań czy gustów, to w którym miejscu będzie się uzupełniać? Poza tym, kochając – zmieniamy się dla drugiego człowieka. Ewoluują nasze postawy i zachowania. Chcemy się stawać lepsi właśnie dla „drugiej połówki”. Natomiast w takim dobieraniu (internetowym czy choćby w biurze matrymonialnym) nie ma miejsca na tajemnicę.

    Tajemnica to się zacznie po ślubie…
    – Otóż to, bo dopiero wspólne życie pokaże, ile para naprawdę jest warta. Czy potrafi dostosowywać się do siebie, czy umie być elastyczna względem własnych i drugiej osoby zachowań. No i jakimi wartościami kierują się obie strony.

    Powstał portal „Przeznaczeni. pl”, który ma łączyć ludzi o podobnych wartościach, katolików. Może więc to jest alternatywa dla „internetowych randek” i „miłosnych czatów”?
    – Pobieżnie i wybiórczo obserwuję go już rok, od powstania. I zdania nie zmieniłem: jestem przeciwny takim inicjatywom. Kilka powodów już wymieniłem powyżej. A pozostałe to np. fakt, że twórcy, w imię „bezpieczeństwa”, żądają tysiąca danych od osób zalogowanych. Podejmują działalność subtelną – kojarzenia ludzi, pomocy w nawiązywaniu znajomości, a wymagają od użytkowników intymnych szczegółów. Poza tym portal jest płatny. Jeżeli oferujemy pomoc w imię wartości chrześcijańskich, to powinniśmy robić to za darmo. Według mnie pobieranie pieniędzy za pomoc w znalezieniu miłości przy równoczesnym odwoływaniu się do religii jest niemoralne. Jeśli już, to niech kojarzeniem par zajmują się zwykłe biura matrymonialne.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    Zachowane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół