• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Mamo, pomogło!

    Aleksandra Matuszczyk-Kotulska, dziennikarka niezależna

    |

    GN 11/2006

    dodane 08.03.2006 09:51

    Kiedy Tomek Sikora przekroczył olimpijską metę, przeżegnał się powoli. Wzruszyło to wielu Polaków. – Był to gest podziękowania. Chciałem też za coś przeprosić – powiedział nam. – Za co? Miałem chwilę zwątpienia. Mama wie.

    Tomasz Sikora - biatlonista, uczestnik igrzysk olimpijskich 1994, 1998, 2002 i 2006, mistrz i wicemistrz świata. 25 lutego 2006 r. na igrzyskach w Turynie zdobył srebrny medal w biegu ze startu wspólnego na 15 kilometrów.

    Mały domek w spokojnej okolicy. W nocy trudno go odnaleźć. Jest 22.30. Auto grzęźnie w podmokłej nawierzchni. Z daleka zbliża się grupa osób z flagami, biało-czerwonymi czapkami. Chętnie kierują na miejsce. Z minuty na minutę atmosfera coraz gorętsza, bo wicemistrz olimpijski jedzie już z Warszawy do swego domu. Jedynie mały, dwuletni Bartosz, syn Tomka, zdaje się być niewzruszony. Śpi w najlepsze.
    Tak jak 32 lata temu spał w domu, oddalonym o paręset metrów dalej, mały Tomek. Tu w Wodzisławiu Śląskim Radlinie II, na tzw. bagienku, urodził się i tu zamieszkał. Pierwsze edukacyjne kroki stawiał w SP nr 21. Biegi narciarskie były w szkole koronną dyscypliną, aż trudno uwierzyć. – Gdzie te góry w tym Wodzisławiu? – dziwią się znajomi Tomka, którzy znają jego sukcesy, a nie znają okolicy. Gór nie ma, ale wyżyny na tyle wysokie, że wystarczy. Zresztą do Wisły niedaleko, więc młody Tomek zwykle tam spędzał swoje weekendy. Dużo trenował.

    – Moimi pierwszymi trenerami byli Teresa i Waldemar Miozgowie. W szkole nie było sali gimnastycznej i zawsze w zimie biegaliśmy na nartach. Tak było od lat, że starsi uczniowie startowali w zawodach, a co roku dochodziła nowa grupa młodzieży. Teraz dzieci mają salę gimnastyczną i już nie biegają – martwi się Tomek. Obecnie klub, w którym Tomek zaczynał narciarstwo, nazywa się UKS „Strzał” Wodzisław. Wychował on dwóch olimpijczyków: oprócz srebrnego medalisty także Krzysztofa Sosnę, sąsiada Tomka.

    Co tu wymyślić?
    A wszystko zaczęło się w roku szkolnym 1974/75. Tomek był wtedy rocznym bobasem i zapewne nikomu się nawet nie śniło, że niedaleko szkoły biega przyszły wicemistrz olimpijski.
    – Przywieźliśmy Tomka w grudniu, pod choinkę. Śniegu było tyle, że o mały włos nie dojechałabym do szpitala. Kto by przypuszczał, że ten śnieg będzie jego sposobem na życie – wspomina mama Tomka, Irena.

    Był bardzo spokojnym dzieckiem. – Nie wiem nawet, co tu wymyślić? – zastanawia się, kiedy pytam o jego dziecięce przewinienia. – No może jedno by się znalazło – śmieje się. – Kiedy miał sześć lat, chcieli zakosztować z bratem smaku papierosów. Wspomnę tylko, że brat Marcin miał wtedy dwa latka. Gdy weszłam do pokoju, unosił się okropny dym papierosowy. Nic nie widziałam, usłyszałam tylko Tomka: „Maciej, to musisz wciągać, a nie dmuchać!”.

    No może jeszcze jeden raz okazał się niepokorny. Gdy rozpoczynał przygodę z narciarstwem był w szóstej klasie szkoły podstawowej, w ósmej już przyszły pierwsze sukcesy. W końcu zrozumiałam, że Tomek naprawdę myśli o biegach jako o sposobie na życie – mówi mama. Pewnego razu wrócił ze zgrupowania i stwierdził, że idzie na tokarza! Rodzice byli zaszokowani. Dlaczego? Bo przy tej szkole był klub biatlonowy! – Gdy zadzwoniłam do Serafina Janika – trenera, który mu to poradził – ten stwierdził: „Nie martw się, pobiega i przejdzie mu, znudzi się, ale teraz nie możesz mu zakazać, bo będzie miał kiedyś pretensje”. I od tych kilkunastu lat pytam wciąż trenera – kiedy mu się to w końcu znudzi? Nigdy. Bo mimo, że zawsze był spokojny, układny, miał swoje zdanie. A przecież wie, że narciarstwo kocha.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    Zachowane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół