• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Ulica Bociania

    Szymon Babuchowski

    |

    GN 07/2006

    dodane 08.02.2006 09:37

    Z tą liczbą dzieci to trochę przesadziliście. Ośmioro to zdecydowanie za dużo. Ja będę miał góra pięcioro - powiedział 21-letni Krzysiek do swoich rodziców.

    W Kobyłce koło Warszawy takie dialogi nikogo nie dziwią. Przy jednej tylko małej ulicy Macieja Rataja mieszka kilka takich rodzin. Majkowscy mają dziesięcioro dzieci, Murawscy ośmioro, Nowakowie sześcioro, Wilczakowie czworo, Choromańscy - troje. No, ale Choromańscy są dopiero dziesięć lat po ślubie… Półtora roku temu urodził im się Damianek.

    Matka Teresa z Kobyłki
    Andrzej Majkowski nazywa żartobliwie swoją ulicę - „Bocianią”, a żonę Teresę, matkę dziesięciorga dzieci - „Matką Teresą z Kobyłki”. - Na początku nie planowaliśmy właściwie niczego. Zdaliśmy się na to, co Pan Bóg da - mówi Teresa. Z mężem poznali się na katechezach neokatechumenalnych. Andrzej przeżywał akurat kryzys wiary, nie mógł rozeznać powołania. Chciał nawet odejść od Kościoła, pozostał jednak we wspólnocie. Teresa też była wtedy na etapie poszukiwań. - Koleżanka powiedziała, że wspólnota ułatwi nam wybranie drogi życiowej - opowiada. Tak się stało. Wkrótce wzięli ślub. - Braliśmy go w otoczeniu 500 osób. A samo składanie życzeń trwało dwie i pół godziny. Na mrozie - wspomina Andrzej Majkowski. Z zawodu jest lekarzem pediatrą. - Ale nie dlatego mam tyle dzieci - śmieje się. - To moje pociechy. I nie studia nauczyły mnie, jak kochać dzieci. Dwóch synów urodziło się w domu. - Jacek przyszedł na świat na tym fotelu - pokazuje tata. - Janka odbierałem sam.

    Stołówka czynna do dwudziestej
    - Wstajemy z żoną zazwyczaj o szóstej rano i mamy półgodzinną modlitwę. Odmawiamy brewiarz. Bez tego dzień jest ciężki - stwierdza pan Andrzej. - Dzieci chodzą do szkoły na zmiany, więc wypuszczam je z domu do godziny dwunastej - opowiada pani Teresa. - Z powrotem schodzą się do dziewiętnastej. Śmieję się czasem i mówię: stołówka czynna do dwudziestej.

    - Dobrze, że mamy sąsiadów, którzy nam pomagają. Pani Choromańska i pani Grażynka Murawska często podwożą nasze dzieci do szkoły. Gdyby nie one, musiałbym rzucić pracę i non stop jeździć tam i z powrotem - śmieje się pan Andrzej. Sam od rana do piętnastej dyżuruje w przychodni, potem wpada na obiad, a od szesnastej trzydzieści do dwudziestej trzeciej ma wizyty domowe. Tylko w niedzielę wszyscy są razem. Trzy najstarsze dziewczyny: Marta (21 lat), Marysia (19) i Zuzia (16) przygotowują wówczas posiłki, pieką ciasta. Prym w tych pracach wiedzie Marysia, która uczy się w technikum hotelarsko- -gastronomicznym. Z chłopców za to większy pożytek jest w tygodniu. Trudno uwierzyć, ale niemal wszystkie prace techniczne, hydrauliczne, stolarskie wykonuje w domu 14-letni Janek, uczeń drugiej klasy gimnazjum!

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    Zachowane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół