• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Kto się boi Opus Dei?

    ks. Tomasz Jaklewicz

    |

    GN 02/2006

    dodane 05.01.2006 11:15

    Tajemnice Opus Dei intrygują nie tylko czytelników „Kodu Leonarda da Vinci”

    W gabinecie premiera Marcinkiewicza i wokół niego znalazła się duża grupa ludzi Opus Dei, najbardziej tajemniczej i wpływowej organizacji religijnej naszych czasów. Deklarują, że chcą zmienić świat. Co to oznacza dla rządu, jego decyzji i każdego z nas? – pyta dramatycznie w noworocznym „Newsweeku” Paweł Siennicki. Swój artykuł zaczyna od przywołania opinii Dana Browna, autora bestsellerowego „Kodu Leonarda da Vinci”, w którym rolę szwarccharakterów pełnią ludzie Opus Dei.

    Zbrodnicze metody, ukrywanie wstydliwych tajemnic Kościoła, oplatanie świata wpływami, stopniowe przejmowanie władzy. „Tę czarną legendę wzmacniają jeszcze przykłady z historii” – stwierdza publicysta „Newsweeka”. Jakie? Autor pisze o wpływie Opus Dei na gospodarkę frankistowskiej Hiszpanii oraz o sześciu ministrach w rządzie premiera Aznara. Na czym ten wpływ polegał, publicysta nie podaje. Gdyby przyjrzał się faktom, musiałby odkryć, że ludzie związani z Opus Dei przyczynili się do ekonomicznego rozwoju Hiszpanii. Ale mity są na ogół ciekawsze od faktów. Tym bardziej gdy mowa o najbardziej tajemniczej organizacji Kościoła!

    Banalne rekolekcje
    Po sensacyjnym wprowadzeniu w temat Siennicki wymienia ludzi z ekipy Marcinkiewicza związanych z Opus Dei. Wszyscy oni mówią, że chodzi o wniesienie Chrystusa na pola ludzkiej aktywności, także o zmienianie postaci świata. Pod tymi ogólnymi i niekonkretnymi sformułowaniami coś musi się kryć. Co takiego? Opus Dei chce przez swoich ludzi w rządzie uzyskać kluczowy wpływ na sposób myślenia o sprawowaniu rządów, sugeruje publicysta. Wprawdzie dowodów na to nie ma żadnych, ale tylko „na razie”.

    Siennicki podaje „oficjalną” wersję prawdy o Opus Dei. Przywołuje historię założyciela św. Josemarii Escrivy de Balaguera, kanonizowanego przez Jana Pawła II. Cytuje szereg uspokajających wypowiedzi ludzi Opus Dei. Ksiądz Piotr Prieto, odpowiedzialny za dzieło w Polsce, wyjaśnia, że nie ma mowy o żadnych politycznych powiązaniach. Minister Ujazdowski tłumaczy, że chodzi o duchowość tych, którzy prowadzą intensywne życie. Doradca ministra finansów, Meksykanin Alberto Platonoff, wyznaje, że nie przetrwałby dnia bez modlitwy. Zapewnia, że nie chodzi im o żadne interesy czy biznesy, ale o formowanie ducha.

    Jeden z polityków PiS–u przekonał się o tym na własnej skórze. Chciał przyjść na spotkanie Opus Dei. Otrzymał bez problemu zaproszenie. „Wyobrażałem sobie – opowiada – że te spotkania przypominają spotkania w angielskim klubie dżentelmenów. Z cygarami i whisky podawaną w kryształowych szklankach. Tymczasem ku mojemu przerażeniu trafiłem na dwugodzinne spotkanie rekolekcyjne. Najpierw godzinna Msza święta, później zamiast whisky podano kawę i ciasteczka. I jeszcze musiałem wysłuchać godzinnej pogadanki o wychowaniu dzieci”. Wyznanie szczere do bólu. Siennicki nie rezygnuje jednak z dziennikarskiej dociekliwości. Pyta: „Skoro spotkania Opus Dei przypominają banalne rekolekcje, to skąd aura tajemnicy, która je otacza?”. Odpowiedzi nie znajduje, dlatego pointuje: „Nawet jeśli jest to tylko krucjata duchowa, Opus Dei i tak nie uchroni się przed poważnymi podejrzeniami”.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    Zachowane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół