• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Skarpety dla aniołów

    Marcin Jakimowicz, zdjęcia Józef Wolny

    |

    GN 33/2005

    dodane 10.08.2005 11:13

    Trzeba było słuchać jaskółki. Leciała przed maską samochodu i na rozstaju polnych dróg skręciła w prawo. A my pojechaliśmy prosto. Oczywiście źle. Kto by tam słuchał jakiegoś ptaszka?

    Gdzie mieszka Marek Jaromski, artysta? – pytam pracującego w polu rolnika. – Trzeba się wrócić. Tam, za kukurydzą, zobaczycie dom kryty strzechą. To on tam mieszka od kilkunastu lat. Marek Jaromski, znany z telewizyjnego programu „Anioł przychodzi wieczorem” i audycji w Radiu „Józef”, kilkanaście lat temu porzucił elitarną pracę na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych i zaszył się w mało znanym siedlisku. Sto kilometrów od stolicy. Dwie kryte słomą chatki: dom i pracownia. Drewniana chałupa zapiera dech w piersiach. Wszędzie anioły. Na drzwiach, oknach, stropach. Nawet na płocie. Dom z bajki. Artysta staje uśmiechnięty w drzwiach. Zaczyna opowieść.

    Anioły czyszczą skrzydła
    Ja zawsze malowałem anioły, ale były przetrącone, z połamanymi skrzydłami. Takie smutne eony, na granicy życia i śmierci. Nawet kolor miały siny. Bo ja tak żyłem. Anioły wyprostowały się jakieś osiemnaście lat temu. Czemu? Bo zacząłem się sypać. Robiłem karierę na akademii, ale czułem, że się duchowo sypię. Nie mam nic do dania, jestem wypalony. Boże, co tu dalej robić? Albo do końca życia profesor i jakaś kasa na ASP, albo decyzja. Strasznie trudno było ją podjąć. Bo jest strach. Wiedziałem, że rzucam się w ciemność. Ale warto. Dziś wiem, że jeśli słyszysz w sercu głos, to trzeba za nim iść. Warto rzucić się w mrok.

    To był rok nerwów i walki: po Grand Prix w Krakowie. Wiedziałem, że zaraz się zatracę i koniec, już mnie nie ma. Spakowałem się i wyjechałem. Czemu do Ponikwi? Bo ktoś kiedyś mnie tu przywiózł na weekend. I świetnie mi się tu spało, rano wstałem i zacząłem z desek robić anioły. Z sercem z blachy, z papierem ściernym, żeby odbijały światło. Przyjechałem. Stoi chałupa. Pytam, czy jest na sprzedaż.

    I „przypadek” chciał, że akurat przyjechał właściciel, który na co dzień mieszka kawał drogi stąd. Czułem, że to jest moje miejsce, nawet nie wchodziłem do środka. Umowę zawarłem na Słowo Boże. Wsadziłem pieniądze do Biblii. Gospodarz przystał na taką formę. A ja już wszystko chciałem budować na Słowie. Bo za dużo w życiu napsułem...

    «« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    Zachowane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół