Nowy numer 16/2018 Archiwum

Nowe spojrzenie na SM

Włoski lekarz uważa, że stwardnienie rozsiane jest spowodowane zablokowaniem żył szyjnych, a prosty zabieg przywraca chorym zdrowie. Tysiące chorych na SM żyje nadzieją na wyleczenie.

Od 1868 roku sądzono, że stwardnienie rozsiane jest chorobą autoimmunologiczną, to znaczy taką, w której organizm z nieznanej dotąd przyczyny zaczyna niszczyć własny układ nerwowy. Najczęściej atakuje osoby młode, między 20. a 40. rokiem życia, chociaż ujawnia się coraz wcześniej. To choroba ciężka, trwająca latami i prowadząca do inwalidztwa. Medycyna potrafi jedynie opóźnić jej rozwój lekami i niwelować skutki długotrwałą rehabilitacją. Wyleczyć z SM na razie się nie udaje.

Wyleczył żonę
Włoski neurolog prof. Paolo Zamboni z Uniwersytetu Ferrara jest przekonany, że SM nie jest chorobą auto-immunologiczną, jak dotąd sądzono, ale że jej przyczyną są zwężenia żył odprowadzających krew z mózgu do serca. Przez te zwężenia krew ma utrudniony odpływ z mózgu. Żeby ominąć przeszkodę, szuka innych ścieżek, przez co zdarza się, że płynie w żyłach niejako „pod prąd” i zamiast odpływać z mózgu, do niego wraca, powodując zastój i wzrost ciśnienia w układzie żylnym. Z zastojem wiąże się wzrost koncentracji substancji, które są z tkanki nerwowej wydalane. Oba te czynniki warunkują uszkodzenie bariery krew– mózg, co ma wywoływać proces autoimmunologiczny oraz powstanie zmian zapalnych w obrębie tkanki mózgowej. Na skanach mózgu pojawiają się białe plamy – rozsiane ogniska zapalne.

Prof. Zamboni i jego współpracownicy zbadali kilkaset osób w różnym stadium SM. U wszystkich stwierdzili „mózgowo-rdzeniową niewydolność żylną”. Postanowili więc zwężenia usunąć za pomocą znanej w chirurgii naczyniowej metody balonikowania lub stentowania. Polega ona na tym, że zwężone miejsce w żyle rozpycha się specjalnym balonem naczyniowym lub podpiera stentem, czyli maleńką, metalową sprężynką, która jak rusztowanie zapewnia odpowiednią szerokość światła naczynia. Kiedy zwężenie znika, krew zaczyna prawidłowo odpływać z mózgu, co dr Zamboni nazwał zabiegiem uwalniania. Zabieg odbywa się w miejscowym znieczuleniu i trwa około 40 minut. Wystarczy tylko drobne nacięcie. Jedną z pierwszych osób, które poddały się nowej metodzie leczenia, była żona prof. Zamboniego, od kilkunastu lat chorująca na SM.

Ostrożnie i sceptycznie
Na forach internetowych chorych na SM wrze, bowiem pojawiła się nadzieja na walkę z wyniszczającą
i utrudniającą życie chorobą, która w Polsce dotyka ok. 50 tys. ludzi, a na świecie – 2,5 mln. W Polsce aż trzy czwarte chorych, dwa lata po postawieniu diagnozy, przechodzi na rentę. Tylko 2 proc. jest objętych leczeniem refundowanym przez NFZ. Reszta leczy się z własnej kieszeni. Nic więc dziwnego, że zainteresowanie nową metodą jest olbrzymie. Specjaliści jednak studzą entuzjazm. Amerykańskie stowarzyszenie SM przestrzega: „Wstępne badanie dr. Zamboniego wskazuje, że 47 proc. osób operowanych na niewydolność wewnętrznej żyły szyjnej doznało nawrotu niewydolności przed końcem badania. Potrzebne są dodatkowe badania”. Dr Joanna Wojciechowska komentuje na stronie Polskiego Stowarzyszenia Stwardnienia Rozsianego: „Moja wiedza na temat SM nie pozwala mi bezkrytycznie patrzeć na zabieg chirurgiczny, który pomaga chwilowo, ale ponieważ proces degenerujący układ nerwowy dalej postępuje, efekty operacji są nietrwałe”.

« 1 2 »
oceń artykuł