Nowy numer 20/2018 Archiwum

Kamyk ojca Pio przejdź do galerii

„Pietrelcina” po włosku znaczy „mały kamyk”. Tu urodził się o. Pio, wielki święty, który sprawił, że to miasto nigdy nie będzie małe.

Dziś liczy 3 tys. mieszkańców, ale co roku odwiedzają je tysiące pielgrzymów. Jego nazwa zrosła się z osobą Francesca Forgione, który przyjął imię zakonne Pio z Pietrelciny, pragnąc uczcić w ten sposób papieża Piusa X i rodzinne miasto. Wyjechał stąd, kiedy miał 29 lat, i już nie wrócił. Gdy w San Giovanni Rotondo odwiedzali go krajanie, prosił ich: „Pozdrówcie ode mnie każdy kamień Pietrelciny, bo tak ją kocham”.

Głos

W sezonie ciasne, pnące się w górę uliczki starego miasta zatykają kolejki przyjezdnych. W styczniu spotykamy kilka psów wygrzewających się na schodach. O dwunastej z sieni i przez szczeliny okien wydobywa się mocny głos o. Pio. Mają tu zwyczaj, że właśnie wtedy słuchają archiwalnego nagrania świętego odmawiającego „Anioł Pański”. Jego modlitwa wypełnia uliczki i nasze uszy, które zdążyły przyzwyczaić się do panującej tu ciszy. – Z ciszą jesteśmy oswojeni, ona daje wewnętrzny pokój – mówi Giovanna Santillo, właścicielka sklepiku z pamiątkami poświęconymi o. Pio. Otworzyła go po swoim ślubie w 1985 r., jako pierwszy taki w mieście, tuż obok kościoła św. Anny, w którym jako chłopiec modlił się Francesco. Teraz są ich dziesiątki, ale dwa lata przed kanonizacją podziwiano ją za odwagę. Była spokojna, bo już jako ośmioletnia dziewczynka, za życia o. Pio, słyszała, jak wszyscy powtarzają, że „ich Padre” zostanie świętym. Jest jedną z ostatnich, która urodziła się na miejscu, bo teraz wszyscy jadą z porodami do szpitala.

Pietrelcina leży na południu włoskiego buta, bliżej Neapolu, w prowincji Benevento. Wokół wzgórza rozciągają się gaje oliwne, migdałowe, pola pomidorów i bakłażanów. Z perspektywy drogi, kiedy stoi się pod obsypanym owocami drzewem pomarańczowym, miasto jaśnieje w słońcu jak kraina miodem i mlekiem płynąca. Kiedy wchodzi się między domy, zbudowane na skale i murach wznoszącego się tu kiedyś średniowiecznego zamku obronnego, wyobraźnia podpowiada, że za czasów o. Pio trudno tu było żyć. W niektórych kamiennych budynkach zimą panował dojmujący chłód. – Dlatego maluchy oddawano na jakiś czas do domów, gdzie było cieplej – opowiada Beata Grzyb, przewodniczka, która wymodliła u o. Pio dwoje dzieci.

U wejścia do starego miasta widać tablicę z napisem: „Tu wszystko się zaczęło”. Przy via S. Maria degli Angeli, na skraju najstarszej dzielnicy Rione Castello, mieli swoje mieszkanie rodzice o. Pio – Maria Giuseppa i Grazio Mario Forgione. W tym samym kamiennym domu, opatrzonym numerem 28, pokrytym dachówką ocieploną od środka trzciną, 25 maja 1887 r. przyszedł na świat Francesco. Matka, przeczuwając poród, wróciła przed piątą z pola. Na drugi dzień rano zanieśli z mężem noworodka do kościółka św. Anny, ulicę wyżej, żeby go ochrzcić. Bali się, że może umrzeć, tak jak wcześniej dwoje jego rodzeństwa. Obok sypialni, pod numerem 32, mieli drugą izbę – kuchnię, a pod nią obórkę dla osła. Żeby przejść do niej z kuchni, musieli się ubrać i wyjść na ulicę. W kuchni widać kominek, przy którym, jak na archiwalnym zdjęciu, mały Francesco siadywał ze starszym bratem Miguelo.

Madonnella

Giovanna Santillo po kanonizacji sprzedawała najwięcej figur o. Pio, a teraz oferuje biżuterię ozdobioną jego wizerunkiem i breloczki do kluczy. Twierdzi, że kupujący chcą mieć świętego blisko siebie. Mówi o nim: „Nasz Padre Pio”. – Ludzie jeździli stąd do swojego zakonnika w San Giovanni wyspowiadać się, bo dawał najlepsze wskazówki na życie. Dla mnie to ojciec i przyjaciel. Kilka razy dziennie zwraca się do niego: „Daj siłę, zdrowie, nadzieję mnie i córkom – Danieli Pii i Fabioli”. Opowiada historie z dzieciństwa świętego. Jako chłopiec lubił przesiadywać w kościółku św. Anny. Kilka razy kościelny o mało go w nim nie zamknął. Kiedy pasł owce, wtykał w ziemię krzyż i modlił się. Na pytanie matki, dlaczego biczuje się rzemykami, odpowiedział: „Muszę cierpieć jak Jezus”. Dla umartwienia kładł głowę na kamieniu zamiast na poduszce.

Pani Giovanna, podobnie jak nasza przewodniczka, czyta korespondencję świętego, który nie głosił kazań, nie pisał dzienników, ale zostawił listy, z których złożono cztery tomy epistolarium. W jednym z nich zanotował: „W mojej rodzinie trudno było znaleźć pieniądze, ale niczego nie brakowało”. Jego ojciec dwa razy wyjeżdżał do Ameryki za chlebem. Pieniądze były mu potrzebne także na kształcenie Francesca, który już jako kilkuletni maluch zdecydowanie oznajmił, że zostanie zakonnikiem. W muzeum przy kościele Świętej Rodziny, wzniesionym przy klasztorze kapucynów w nowej części miasta, można oglądać biurko, przy którym siadał, ucząc się u prywatnego nauczyciela. – Uparł się, że wstąpi do zakonu, gdzie ojcowie noszą brody – opowiada Beata Grzyb. – Może z powodu o. Camillo, kapucyna zbierającego w okolicy jałmużnę dla klasztoru w Morcone. To on 29 stycznia 1903 r. otworzył mu drzwi, kiedy wstąpił tam do nowicjatu.

10 sierpnia 1910 r. Francesco został wyświęcony w katedrze w Benevencie. Po czterech dniach odprawił Mszę prymicyjną w rodzinnym mieście w kościele MB Anielskiej, stojącym przy błyszczącym białymi kamieniami placu Zwiastowania. W głównym ołtarzu w czerwonej sukience króluje jego ukochana Madonna Wyzwolenia, do której zwracał się „Madonnella mia”, „Mateczko moja”. Uznano Ją za patronkę miasta, ponieważ w XVIII w. uwolniła je od epidemii cholery. „O Jezu, tchnienie mojego życia! Dzisiaj z drżeniem uniosłem Cię do góry i trzymałem w moich rękach. Misterium miłości” – zapisał po pierwszej Mszy św. Ludzie na tę uroczystość wystawiali kwiaty na balkonach, wywieszali obrusy, a o. Pio nie spał całą noc.

W tym kościele parafianie pamiętali go jako chłopca. Na placu Zwiastowania co rano zbierali się „braccianti”, najbiedniejsi rolnicy, którzy chcieli nająć się do pracy. Francesco też tu kiedyś przychodził. Do legendy przeszedł jego pierwszy chrzest, kiedy niemowlakowi nasypał na twarz za dużo soli, aż malec przestał na dłuższą chwilę oddychać. Ojciec Pio pobiegł wtedy do proboszcza wystraszony, że zabił dziecko.

Zapach

Przed święceniami często przyjeżdżał do Pietrelciny na urlopy zdrowotne. Po wstąpieniu do zakonu zaczął zapadać na niemożliwe do zdiagnozowania choroby – dostawał ponad 42-stopniowej gorączki, którą mierzono tylko kąpielowym termometrem, tracił przytomność, miał kłopoty z oddychaniem, czuł potworne bóle w różnych częściach ciała. Kiedy lekarze zaobserwowali, że dolegliwości ustępują w klimacie rodzinnego miasta, wracał tu. Miał tylko półroczną przerwę, kiedy po wybuchu I wojny światowej wcielono go do kompanii sanitarnej w Neapolu.

Kiedy przed święceniami odesłano go z zakonu do Pietrelciny, nie mógł mieszkać z rodziną. Ojciec kupił mu wtedy niedaleko ich domu pokój, tzw. torrettę – wieżyczkę. Prowadzi do niego 17 stromych kamiennych schodów jak do jakiejś uniesionej nad ziemią pustelni. Oglądamy w niej skromne łóżko, stolik, święte obrazy i niebiański widok z okna na okoliczne pola. W tym miejscu miał cudownych gości – objawiali mu się: Matka Boża, Pan Jezus, Anioł Stróż, św. Józef, św. Franciszek. – Tu doświadczał duchowych walk z szatanem – mówi Beata Grzyb. – Demon go nienawidził, bo wiedział, że będzie nawracał ludzi, którzy nie chodzili do spowiedzi kilkadziesiąt lat.

Jako chłopak i młodzieniec gorliwie pomagał rodzicom w pracy na polu za miastem nazwanym Piano Romano. Dziś to ogród pełen zieleni i drzew oliwkowych, których szpaler prowadzi do kaplicy. Jej centralnym punktem jest pień wiązu, pod którym o. Pio otrzymał pierwsze stygmaty latem 1910 r. Według przekazu matka, widząc, jak unosi dłonie, zapytała go wtedy, czy gra na niewidzialnej gitarze. Odpowiedział, że czuje przenikliwy ból. Zobaczył na dłoniach zaczerwienienia wielkości monety, poczuł też ból w stopach i kłucie w boku. „Pragnę cierpieć, nawet umrzeć z cierpienia, ale chciałbym, aby się to odbyło w ukryciu” – prosił Boga i został wysłuchany. Stygmaty znikły, ale bóle pozostały. Przy kościele Świętej Rodziny, gdzie o. Pio nigdy nie był fizycznie, ale za pomocą daru bilokacji, znajduje się wspomniane już muzeum, w którym można zobaczyć, jak stygmaty były obecne w jego życiu. W gablotach leżą wyprane ręczniki, pościel, rękawiczki i skarpety z rdzawymi plamami krwi oraz pokrwawiona koszula nocna, bo przeżywał na swoim ciele biczowanie. – Rany krwawiły codziennie przez 50 lat – podkreśla Beata Grzyb. – Rana w boku w kształcie krzyża miała 8 cm głębokości, rany w stopach i na dłoniach przechodziły na wylot. Codziennie tracił półtora filiżanki krwi.

– W Pietrelcinie opowiadają tysiące świadectw o tym, co ich spotkało za sprawą o. Pio – opowiada Giovanna Santillo. Nie zapomni kobiety, która 20 lat poruszała się na wózku. Raz przyśnił jej się o. Pio, który powiedział, że będzie chodzić, i następnego dnia wstała. – Jeżeli ktoś ma wiarę, to cudem może być najmniejsze wydarzenie w naszym życiu – zamyśla się. Kiedy odjeżdżaliśmy z Pietrelciny, nagle w samochodzie poczułam ładny zapach. Pochwaliłam naszą przewodniczkę, panią Beatę, że używa świetnych perfum –byłam przekonana, że właśnie je rozpyliła. Ale usłyszałam odpowiedź, że tak nie jest, że czuję je tylko ja. – Może to zapach o. Pio? – powiedziała wtedy pani Beata. Przecież nieraz zaznaczał swą obecność słodką wonią, przynoszącą powiew piękniejszego świata...•

« 1 »
Kamyk ojca Pio

WIARA.PL DODANE 15.02.2018

Kamyk ojca Pio

oceń artykuł