Nowy numer 20/2018 Archiwum

Serce w popiele

W tym roku Środa Popielcowa wypada w walentynki. Dzień postu, pokuty, modlitwy i posypywania głów popiołem zderzy się ze świeckim, raczej frywolnym świętem. Kolejna odsłona walki postu z karnawałem?

Zacznijmy od tego, że walentynki niespecjalnie są świętem chrześcijańskim. Choć, owszem, teoretycznie chodzi o św. Walentego, biskupa i męczennika, którego uznaje się za patrona epileptyków i zakochanych. Jego życie obrosło tyloma legendami, że dziś trudno dociec, kim był naprawdę i dlaczego właśnie jemu przydzielono patronat nad zakochanymi. Współczesne obchody tego święta nie mają wiele wspólnego ani z samym św. Walentym, ani ze świętością. To raczej typowy wytwór zachodniej popkultury. Święto silnie skomercjalizowane, wpisujące się doskonale w wizję erotyki uwolnionej od zobowiązań do małżeństwa, płodności, odpowiedzialności. Katolicka Agencja Informacyjna przed 14 lutego rutynowo puszcza w świat depeszę zaczynającą się od zdania: „Walentynki, święto zakochanych, niesłusznie bywają stawiane w jednym rzędzie z Halloween jako kolejny eksportowany produkt kultury anglosaskiej”. Moim skromnym zdaniem porównanie Halloweenu z walentynkami jest zasadne. Tak jak Halloween jest strojeniem sobie żartów ze śmierci, tak walentynki są w gruncie rzeczy strojeniem sobie żartów z miłości. I wcale nie o to chodzi, że chrześcijanie to smutasy, które nie potrafią się bawić, żartować czy cieszyć miłością. Rzecz w tym, że współczesna popkultura zamienia wszystko w jeden wielki happening. Zagłusza poważną rozmowę na najważniejsze tematy. Zamiast radości oferuje rozrywkę. I tym samym, paradoksalnie, zabija radość.

Dwa podejścia duszpasterskie

W Kościele pojawiają się próby „ochrzczenia” walentynek. Niektórzy duszpasterze widzą w tym szansę dla duszpasterstwa. Wszak miłość to najbardziej Boża i ludzka sprawa, powiadają. Pomysłów nie brakuje: błogosławienie narzeczonych, wysyłanie walentynek z pobożnymi cytatami, organizowanie spotkań dla młodzieży promujących katolicką wizję miłości i małżeństwa itd. Są też i takie głosy, które zwracają uwagę na to, że walentynki to banalizowanie tak ważnego tematu jak miłość, a nawet promocja miłości frywolnej i nieodpowiedzialnej czy wręcz lansowanie rozwiązłości. I z tego powodu wskazany jest raczej dystans czy nawet sprzeciw katolików wobec tego rodzaju świętowania. W imię prawdziwej miłości. Oba podejścia do tematu mają swoje racje. Pytanie, które z nich ma tych racji więcej. Przyznam się, że 12 lat temu w artykule „Walentynki po Bożemu?” (7/2006) opowiadałem się za tą pierwszą postawą. Dziś mam wątpliwości. Na głębszym poziomie chodzi w tym sporze o relację Kościoła do świata, do współczesnej kultury. Czy należy za wszelką cenę i zawsze szukać porozumienia z dominującymi trendami czy modami? Czy takie porozumienie staje się zaczynem ewangelizacji świata, czy odwrotnie – sprawia, że Kościół rozpływa się w świecie, tracąc ewangeliczną sól? Czy w pewnych sytuacjach nie należy jednak dawać wyraźnego sygnału, że jako chrześcijanie nie godzimy się na wszystko, że pewnym ideom, postawom, świętom mówimy stanowcze „nie”? Chrześcijaństwa nie da się inkulturować do każdej kultury. Chrześcijaństwo w relacji do kultury pełni rolę krytyczną, prorocką. Akceptując ziarna prawdy i dobra obecne w każdej kulturze, wskazuje jednoznacznie na to, co jest nie do pogodzenia z Ewangelią.

Tegoroczne kalendarzowe zderzenie walentynkowych serduszek z popiołem prowokuje do tych wszystkich pytań, stawia sprawę na ostrzu noża. Tego samego dnia usłyszymy w mediach zachętę do pójścia na randkę, do kawiarni, na kolację, do kina (np. na premierę filmu „Nowe oblicze Greya”, trzeciej części erotycznej sagi o perwersyjnej „miłości”). Tego samego dnia Kościół zachęci nas do rozpoczęcia okresu pokuty, modlitwy, postu, do posypania głów popiołem. Środa Popielcowa to jeden z dwóch dni, kiedy jesteśmy wezwani do postu (nie tylko powstrzymania się od mięsa, ale i ograniczenia ilości posiłków). Nie da się pogodzić zabawy i postu. Problem zauważono w USA, gdzie walentynkowe tradycje są chyba najsilniejsze. Archidiecezja Chicago wyjaśniła, że Wielki Post jest ważniejszy niż walentynkowe zabawy. Dlatego w Środę Popielcową katolicy nie będą zwolnieni z postu i wstrzemięźliwości. W oświadczeniu archidiecezji czytamy, że katolicy chcący świętować walentynki mogą to uczynić 13 lutego, czyli w ostatki.

Wszystko ma swój czas

Na słynnym obrazie Breughla „Wojna postu z karnawałem” ukazane są dwa orszaki: karnawałowy i postny, które stają naprzeciwko siebie gotowe do bitwy. Czy chrześcijaństwo jest po stronie postu, a wojuje z karnawałem, czyli z zabawą, radością, erotyką, cielesnością? Absolutnie nie! Chrześcijanie nie są przeciwni zabawie, nie są wrogami ciała czy seksualności. Odrzucają jednak taką wizję życia, w której zachwiana zostaje hierarchia wartości, w której poszukiwanie przyjemności (rozumianych powierzchownie) staje się głównym celem życia. Owszem, w życiu jest czas na karnawał (na radość, dobre wino, leżenie na plaży, kąpiel w przerębli itd.), ale życie nie może zamienić się w nieustanny bal. Nawet zabawa ma swoje reguły, prawa i ograniczenia. Tylko wtedy, gdy szanuje się te zasady, otrzymujemy radość, inaczej rodzi się pustka lub głód kolejnych, mocniejszych wrażeń. Wiedział to wiele wieków temu biblijny mędrzec egzystencjalista Kohelet: „Wszystko ma swój czas, i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem. Jest czas płaczu i czas śmiechu, czas zawodzenia i czas pląsów, czas pieszczot cielesnych i czas wstrzymywania się od nich, czas milczenia i czas mówienia” (Koh 3,1 i n.). Sztuka życia polega na odnajdywaniu równowagi między różnymi elementami życia, na poszukiwaniu zasady porządkującej, scalającej nasze sprzeczne pragnienia.

Wracając do walentynek. Pomińmy na moment warstwę gadżetowo-komercyjną, zejdźmy głębiej. W święcie zakochanych jest coś pozytywnego, co warto zauważyć i ocalić. Walentynkowe serduszka i inne gadżety są znakiem tęsknoty za miłością. Owszem, także za przytuleniem, pocałunkiem, namiętnością, emocjonalnym i zmysłowym przeżyciem bliskości, jedności z kimś, kogo kocham z wzajemnością. Miłość mężczyzny i kobiety, w której uczestniczą oboje duszą i ciałem, daje obietnicę najdoskonalszego szczęścia. W porównaniu z tą miłością wszelkie inne rodzaje miłości (rodzicielska, służba ubogim, przyjaźń itd.) bledną, wydają się słabsze. I jest tak dlatego, że miłość mężczyzny i kobiety ma rzeczywiście w sobie coś „boskiego”, coś sięgającego w wieczność, w transcendecję. Biblia ukazuje ludzką miłość jako ikonę miłości Bożej. Powiedzmy to jednak uczciwie, walentynki nie sięgają w te rejony. Akcent pada w nich na miłość, którą starożytni nazwali erosem. Walentynki to promocja miłości romantycznej, gorącej, namiętnej, zmysłowej. Ważne jest, aby czuć się zakochanym, a nie, żeby kochać. To są dwie różne rzeczy. Walentynki to święto zakochanych, a nie święto miłości (rozumianej w sposób pełny). Zakochanie mija szybko. Nie przekształca się automatycznie w trwałą relację. Ogień zmysłów szybko się wypala. Zakochanie, owszem, może prowadzić do miłości, ale wtedy trzeba włączyć rozum i wolę, trzeba zaprosić do serca także Boga.

Chrześcijaństwu zarzuca się, że swoimi zakazami, przykazaniami zatruło erosa, że patrzy na seksualność podejrzliwie i toleruje seksualność tylko ze względu na prokreację, że widzi w cielesności tylko źródło grzechu itd. Przyznajmy, że w Kościele pojawiały się takie tendencje. Jednak ten rodzaj przeakcentowania erotyki i cielesności, który promuje dzisiejsza kultura, ostatecznie obraca się przeciwko miłości i przeciwko ciału. Eros, całkowicie spontaniczny, uwolniony z ograniczeń, upojony i bezładny, nie jest siłą rozwijającą człowieka, ale raczej jego degradacją, upadkiem. Eros potrzebuje dyscypliny, opanowania, zrównoważenia go miłością agape, czyli taką, która jest dawaniem siebie, w której jest zdolność do rezygnacji ze swego, do poświęcenia. Dzięki tej równowadze eros może dać człowiekowi nie tyle chwilową przyjemność, ile poprowadzić go do głębokiej, trwałej miłości. Rewolucja seksualna chciała dowartościować ciało i seksualność, ale to wielkie „tak” dla ciała okazało się złudne. Cielesność oderwana od tego, co duchowe, ulega degradacji, staje się towarem, którym człowiek posługuje się w sposób wyrachowany. Pytanie, czy takie pogłębienie tematu miłości jest możliwe w klimacie walentynkowym.

Posypmy serca popiołem

Jak się to wszystko ma do Popielca? Co walentynkowe serduszka mogą mieć wspólnego z sypaniem popiołu na głowę? Czy jest jakaś nić łączącą te dwa pozornie tak odległe symbole: serce i popiół? Popiół jest produktem spalania. Przypomina o kruchości życia, o tym, że wszyscy jesteśmy „łatwopalni”, że przemijamy. Starzejemy się, brzydniemy, tracimy formę mimo fitnessowych wysiłków czy jaglanej diety. Ciało, którym jesteśmy, źródło rozkoszy i bólu, obróci się w proch. Także to ciało, które dziś wygląda ponętnie, podrasowane w salonach piękności, wyćwiczone na siłowniach. Ludzka miłość również jest krucha. Grozi jej wypalenie, zwłaszcza jeśli opiera się tylko na zauroczeniu, powierzchownej fascynacji czy pożądaniu. Zostaną po niej wspomnienia, i to nie zawsze przyjemne. Popiół przypomina o tym, że żyjąc, tracimy życie. Umieramy każdego dnia. Sypiemy na głowę popiół, aby nie zapomnieć, że jesteśmy grzeszni i śmiertelni. Aby w konfrontacji z tą trudną prawdą nie upadać na duchu, ale szukać prawdziwej nadziei. Szukać Kogoś, kto może zaradzić tej podwójnej biedzie: grzechowi i śmierci. Szukamy miłości, która jest silniejsza niż grzech (egoizm, pycha, pożądania) i silniejsza niż śmierć. Taka miłość może pochodzić tylko od Boga, nie da jej nam żaden człowiek. Ludzka miłość nie jest absolutem. Może natomiast łatwo stać się bożkiem, dlatego że, jak wspomniałem wyżej, jest w niej coś „boskiego”.

Prorok Izajasz, krytykując kult fałszywych bożków, posługuje się mocnym obrazem. Nazywa on bałwochwalcę „zjadaczem popiołu”. Pisze: „Taki się karmi popiołem; zwiedzione serce wprowadziło go w błąd” (Iz 44,20). Żywi się popiołem ten, kto ma zwiedzione serce. W podobnym duchu wypowiada się Księga Mądrości. O twórcy fałszywych bogów czytamy: „Serce jego jak popiół, nadzieja jego marniejsza niż ziemia i życie nędzniejsze niż glina. Bo nie poznał Tego, który go ulepił, tchnął w niego duszę działającą i napełnił duchem żywotnym. Mniemał, że nasze życie jest zabawą, targiem zyskownym nasze bytowanie” (Mdr 15,10-12). Gdy człowiek przestaje widzieć Boga, jego życie zamienia się w zabawę lub pogoń za zyskiem. Staje się człowiekiem, który żywi się popiołem, ma „spopielone serce”. Podkreślmy, chrześcijanin nie jest przeciwko zabawie lub prowadzeniu biznesu. Chrześcijanin musi uważać, żeby jego serce nie zostało zwiedzione przez bożki, które są podróbkami Boga, przez miłostki, które są podróbkami miłości.

Obrączka na dnie popiołu

Obrzęd posypania głów popiołem nawiązuje do tych treści. Towarzyszą mu słowa: „Prochem jesteś i w proch się obrócisz” albo „Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”. To pierwsze zdanie pełni rolę ostrzeżenia, jest wezwaniem do spojrzenia prawdzie w oczy. To uznanie, że bywam człowiekiem „jedzącym popiół” i dlatego potrzebuję miłosierdzia. Drugie zdanie jest ukazaniem nadziei. Ten, kto widzi i grzech, i śmierć, rozumie nadzieję, którą ofiaruje Ewangelia. Jezus ukrzyżowany i zmartwychwstały pokonuje zło grzechu i śmierci. Bóg stał się ciałem i dał się zetrzeć na proch. Przez Jego ciało za nas wydane idzie odkupienie naszych ciał i dusz.

W Środę Popielcową chrześcijanie zaczynają Wielki Post, czas przygotowania na największe święto miłości: na Paschę. Posypujemy popiołem głowę, ale chodzi o posypanie popiołem serca. Chodzi o uznanie, że nasze serca tak często „zwiedzione” miłostkami tęsknią za Miłością przez wielkie M. Świadomi własnego egoizmu, pychy, pożądliwości i świadomi naszej śmiertelności szukamy miłości większej niż to wszystko. Miłości, która nas ocali, zbawi, da wieczność. Taką miłość Bóg wyznał nam przez krzyż i zmartwychwstanie Chrystusa. Pasja oznacza cierpienie, ale także namiętność. Jezus przychodzi do nas jako zakochany Oblubieniec, który oświadcza się Oblubienicy, czyli Kościołowi i każdemu z nas. On jest naszą (wybacz, Panie Jezu, to sformułowanie) najważniejszą Walentynką. On jest Kimś najbardziej zakochanym. We mnie, w tobie. Nie znaczy to, że musimy odrzucić wszystkie inne miłości. Ale musimy uczyć się włączać nasze ludzkie miłości w tę jedną jedyną miłość Bożą. Bo inaczej zostanie z naszych ludzkich miłości popiół, nic więcej. Żyjąc dla innych jak Chrystus, kochając jak Chrystus, będziemy także się spalać, ale na dnie popiołów z tego spalania odnajdziemy diament – zaręczynowy pierścień podarowany przez zakochanego w nas Boga. •

« 1 »
oceń artykuł