Nowy numer 16/2018 Archiwum

Jak bronić dobrego imienia Polaków?

Istotą nowelizacji ustawy o IPN jest ściganie tych, którzy przerzucają odpowiedzialność za niemieckie zbrodnie na Żydach na Polaków. Pamięć ofiar Holocaustu nie może jednak Polaków i Żydów dzielić.

Nowelizacja ustawy o IPN miała stworzyć instrument prawny do walki z niezwykle szkodliwym i niszczącym wizerunek naszego państwa określeniem „polskie obozy koncentracyjne” czy „polskie obozy zagłady”. Niestety, odniosła skutek odwrotny do zamierzonego. Wywołała ostre protesty ze strony Izraela oraz licznych żydowskich organizacji. Zaniepokojenie wyrazili przedstawiciele Kongresu USA, apelujący do prezydenta Andrzeja Dudy, aby nie podpisywał ustawy. W tej sprawie zabrał głos także Departament Stanu USA. Wyraził wprawdzie zrozumienie dla polskich starań o eliminację określeń „polskie obozy śmierci”, ale ocenił, że ustawa może „podważyć wolność wypowiedzi i badań naukowych”. Dlatego poradzono, aby przeanalizować ją z uwzględnieniem „naszej zdolności do pozostania nadal realnymi partnerami”.

Ta eskalacja negatywnych emocji świadczy o głęboko zakorzenionym w amerykańskich elitach przekonaniu, że w sprawie Holocaustu Polska nie ma czystego sumienia. Dlatego każda próba zmiany tego wizerunku napotyka sprzeciw oraz podejrzliwość. Dotyczy to także Izraela, gdzie polska nowelizacja ustawy stała się również przedmiotem rozgrywki przed zbliżającymi się wyborami parlamentarnymi. Tak więc, choć treść projektu ustawy była znana Ambasadzie Izraela w Warszawie, a zgłaszane przez nią poprawki zostały w procesie legislacyjnym uwzględnione, wybuchła tam burza, której konsekwencje są dla naszych wzajemnych relacji niedobre.

Z całą pewnością jednak błędy zostały popełnione także przez polskich polityków. Skoro nowelizacja ustawy o IPN swoje pierwsze czytanie miała jesienią 2016 r., warto było, przystępując do jej finalizacji, powtórzyć turę konsultacji i dać partnerom do zaopiniowania ostateczną wersję dokumentu, który miał być przyjęty. Ewidentnie zabrakło w tej sprawie aktywności polskiej dyplomacji, która powinna wyjaśnić intencje towarzyszące jej przyjęciu. Niestety, nie mamy ambasadora w Izraelu, dlatego Ambasada RP w Tel Awiwie reagowała na dyskusję w Izraelu tweetami, które dolewały oliwy do ognia. Trudno zrozumieć, dlaczego w momencie, kiedy projekt ustawy dotyczącej IPN był w drugim czytaniu w Sejmie, nie poproszono władz Instytutu o konsultacje. Nikt także nie przewidział, że przyjęcie ustawy z dwuznacznymi zapisami w przeddzień Międzynarodowego Dnia Pamięci o Ofiarach Holocaustu będzie w Izraelu potraktowane jako prowokacja.

O co toczy się spór?

Należy podkreślić, że protesty ze strony Izraela nie dotyczą sformułowania „polskie obozy koncentracyjne”. Przedstawiciele tego państwa oraz ważnych żydowskich organizacji podkreślali, że nie kwestionują prawa Polski do obrony prawdy historycznej. Co więcej, strona izraelska w poprzednich latach wspierała nas w walce z kłamliwym i fałszującym historię sformułowaniem „polskie obozy koncentracyjne”. Gdyby nowelizacja odnosiła się tylko do tej kwestii, nie byłoby awantury. Jednak omawiana ustawa w ogóle nie zawiera zapisu dotyczącego literalnie tego sformułowania.

W dopisanym do ustawy rozdziale 6c: „Ochrona dobrego imienia Rzeczypospolitej Polskiej i Narodu Polskiego” znalazł się artykuł 55a pkt 1, który formułuje zakres odpowiedzialności szerzej, a jednocześnie znacznie mniej precyzyjnie. Jest w nim bowiem mowa o tym, że „kto publicznie i wbrew faktom przypisuje Narodowi Polskiemu lub Państwu Polskiemu odpowiedzialność lub współodpowiedzialność za popełnione przez III Rzeszę Niemiecką zbrodnie nazistowskie, określone w art. 6 Karty Międzynarodowego Trybunału Wojskowego, załączonej do Porozumienia międzynarodowego w przedmiocie ścigania i karania głównych przestępców wojennych Osi Europejskiej, podpisanego w Londynie dnia 8 sierpnia 1945 r. (Dz U z 1947 r. poz. 367), lub za inne przestępstwa stanowiące zbrodnie przeciwko pokojowi, ludzkości lub zbrodnie wojenne, lub w inny sposób rażąco pomniejsza odpowiedzialność rzeczywistych sprawców tych zbrodni, podlega grzywnie lub karze pozbawienia wolności do lat 3”.

Wątpliwości nie biorą się z tego, że ściganiu podlegać będzie sytuacja, w której przypisuje się Polakom zbrodnie na Żydach popełnione przez Niemców, ale z obawy, czy ustawa nie przeszkodzi w ocenie zachowań tych Polaków, którzy faktycznie uczestniczyli w mordowaniu Żydów. Powstaje wreszcie pytanie, czy w wyniku nowelizacji otrzymaliśmy skuteczne narzędzie do obrony naszego dobrego imienia na arenie międzynarodowej. Niestety, odpowiedź nie jest pozytywna. Moim zdaniem, ale także zdaniem prawników, z którymi na ten temat rozmawiałem, lepiej byłoby, aby art. 55a ustawy o IPN wykluczał możliwość jego stosowania wobec cudzoziemców działających za granicą, gdyż i tak nie będzie możliwości jego egzekucji.

Obawy Izraela

Strona izraelska obawia się, że wprowadzenie nowych przepisów spowoduje, iż każdy, kto będzie przypominał udział Polaków w mordowaniu Żydów, może na ich podstawie zostać oskarżony i ukarany. Nie uspokaja ich znajdujący się w ustawie zapis, że cytowany przepis nie odnosi się do badań naukowych oraz działalności artystycznej. Powstaje bowiem problem zdefiniowania tego, czym są badania naukowe i kogo możemy określić jako profesjonalnego badacza, któremu przysługuje ochrona, a kto jest amatorem, a więc może być ścigany. Z pewnością takie prawo nie będzie zachęcało młodych badaczy, aby sięgać po niewygodne materiały i interpretować je w sposób niezależny i obiektywny. Podnoszona jest także kwestia ewentualnej odpowiedzialności żyjących jeszcze świadków, którzy mają w swej pamięci zapisanych nie tylko Polaków, którzy im pomagali, ale także tych, którzy zajęli ich mieszkania, przejęli dobytek oraz denuncjowali Niemcom. Czy ich świadectwa mają być lekceważone albo ścigane przez prokuratorów jako niewystarczająco osadzone w faktach? Pytań zresztą jest więcej, jak chociażby w odniesieniu do zawartego w ustawie sformułowania „wbrew faktom”. Kto będzie rozstrzygał o wymowie faktów, skoro historia jest niekończącym się ciągiem dyskusji i interpretacji, kiedy jedne ustalenia są falsyfikowane na podstawie innych źródeł czy interpretacji?

Kogo chroni ustawa?

Prokurator Jacek Wygoda z Prokuratury Krajowej (były prokurator pionu śledczego IPN oraz dyrektor Biura Lustracyjnego) w kontekście dyskusji wokół interpretacji art. 55a pkt 1 zwraca uwagę, że podobne przepisy od dawna są zapisane w Kodeksie karnym (artykuł 133) i nigdy nie wzbudzały kontrowersji. Z narodem polskim jako przedmiotem ochrony w znowelizowanej ustawie o IPN nie mogą być utożsamiani pojedynczy Polacy, podkreśla. Naród polski w rozumieniu Konstytucji RP oraz poglądów doktryny karnoprawnej to wszyscy obywatele RP. Jest więc rzeczą oczywistą – dodaje prokurator Wygoda – że jeśli mamy do czynienia z oceną haniebnego czy wręcz zbrodniczego zachowania w czasie II wojny światowej jakiegoś Polaka bądź nawet przedstawicieli lokalnej społeczności, będzie o tym można pisać bez ryzyka odpowiedzialności karnej za proponowane przez ustawę przestępstwo „przypisywania Narodowi Polskiemu udziału w popełnieniu zbrodni nazistowskich”. W żaden sposób nie powstrzyma to także badań naukowych na tym obszarze. W przeszłości pion śledczy IPN badał udział Polaków w wymordowaniu z inspiracji Niemców społeczności żydowskiej w Jedwabnem latem 1941 r. i dzisiaj także, podkreśla prokurator Wygoda, podobne badania będą mogły mieć miejsce. Potwierdził to w rozmowie z „Gościem” wiceprezes IPN Mateusz Szpytma, przypominając, że badania różnych aspektów relacji polsko-żydowskich w czasie okupacji, także trudnych i tragicznych, są i będą prowadzone.

Podczas debaty sejmowej podnoszona była także kwestia odpowiedzialności autorów dzieł, jak prof. Jan Tomasz Gross, tendencyjnie piszących o udziale Polaków w zagładzie Żydów. Podniosły się głosy, że może być ścigany za swe publikacje. Prokurator Wygoda nie podziela tych wątpliwości. Zwraca uwagę, że prawo nie działa wstecz. Dlatego dotychczasowe publikacje prof. Gro- ssa nie mogą być przedmiotem analizy pod kątem ewentualnej odpowiedzialności karnej z art. 55a ustawy o IPN. Jednocześnie dodaje, że dopóki autor nie sformułuje wniosków ogólnych, np. że to naród polski lub Polskie Państwo Podziemne popełniły te zbrodnie, żadna odpowiedzialność karna mu nie grozi.

Dlaczego tylko „nacjonaliści”

Nieścisłości w tej ustawie jest jednak więcej i nie dotyczą one wyłącznie kwestii Holocaustu. Ustawa w art. 1 dopisuje do katalogu czynów ściganych przez IPN także zbrodnie ukraińskich nacjonalistów i członków ukraińskich formacji kolaborujących z III Rzeszą Niemiecką, co jest rzeczą słuszną. Problem w tym, jak to w projekcie nowelizacji zostało zdefiniowane. Otóż w art. 2a napisano, że za takie zbrodnie uważane są czyny „popełnione przez ukraińskich nacjonalistów w latach 1925–1950, polegające na stosowaniu przemocy, terroru lub innych form naruszania praw człowieka wobec jednostek lub grup ludności. Zbrodnią ukraińskich nacjonalistów i członków ukraińskich formacji kolaborujących z Trzecią Rzeszą Niemiecką jest również udział w eksterminacji ludności żydowskiej oraz ludobójstwie na obywatelach II Rzeczypospolitej na terenach Wołynia i Małopolski Wschodniej”.

Z pozoru wszystko jest skodyfikowane należycie, jednak głębsza lektura nasuwa sporo wątpliwości, czy takie określenie sprawców przestępstwa nie będzie rodziło trudności dla prawników. W istocie bowiem nakłada na prokuratora lub sąd obowiązek wykazania nie tylko faktu popełnienia np. zbrodni zabójstwa, ale także tego, że sprawca tego zabójstwa był ukraińskim nacjonalistą. Czyli właśnie kim? Członkiem UPA lub OUN albo innych ukraińskich grup nacjonalistycznych? Tymczasem wiadomo, że wiele zbrodni na Polakach popełnionych było przez sąsiadów, ukraińskich chłopów, którzy przyłączali się do akcji inspirowanych przez formacje ukraińskich nacjonalistów. W świetle zacytowanego fragmentu projektu ustawy popełnione przez nich zabójstwa nie będą mogły być potraktowane jako zbrodnie ukraińskich nacjonalistów, tylko jako zwykłe zbrodnie, a tych ten przepis nie będzie dotyczył, a więc i ściganie ich na tej podstawie prawnej nie będzie możliwe.

Strażnicy pamięci

Cel ustawodawcy był szlachetny, lecz efekt końcowy dyskusyjny. Uchwalono prawo, które nie wiadomo, czy będzie skutecznym narzędziem w walce z fałszowaniem prawdy historycznej. Na domiar wywołano międzynarodowy skandal. Jego konsekwencje mogą narazić na szwank nasze dobre relacje ze strategicznymi sojusznikami. Dlatego przedstawiciele rządu starają się uspokajać opinię publiczną. Trudno jednak będzie wytłumaczyć Polakom, że wycofujemy się z potrzebnej nam ustawy pod zewnętrzną presją. W swym oświadczeniu premier Mateusz Morawiecki powiedział, że nasz kraj chce być „strażnikiem pamięci o zbrodniach totalitaryzmów – zarówno na terytorium naszego kraju, jak i poza jego granicami”. Tę funkcję możemy jednak pełnić wyłącznie razem z Izraelem, a nie przeciwko niemu.

Niestety, zapomniano o tym, kiedy zdecydowano o nagłym finalizowaniu nowelizacji tej ustawy. O jej losach zdecyduje prezydent Andrzej Duda, który w ciągu 21 dni może ją podpisać, zawetować lub skierować do Trybunału Konstytucyjnego (co wydaje się najmniej prawdopodobne). Prezydent publicznie podkreślał konieczność podjęcia działań na rzecz ochrony dobrego imienia Polaków. Od jego urzędników usłyszałem, że nie ma w tej sprawie wątpliwości, ale prezydent musi zważyć, jakie będą skutki jego działania dla naszych relacji z Izraelem, a także Stanami Zjednoczonymi. Zapewne z decyzją zaczeka do zakończenia międzynarodowych konsultacji w tej kwestii. •

« 1 »
oceń artykuł