Nowy numer 17/2018 Archiwum

Gdzie ci mężczyźni? – czyli kryzys męstwa

Można by pomyśleć, że ciąża to rodzaj infekcji, którą można złapać przypadkiem i mężczyzna nie odgrywa w tym procesie żadnej roli.

W Sejmie i mediach znów rozgorzała dyskusja na temat aborcji i znów w punkcie centralnym są „prawa kobiet do decydowania o własnym brzuchu” , hasła  w stylu „ratujmy kobiety”, „nie jesteśmy inkubatorami”, „moje ciało – mój wybór”. Patrząc z boku można by pomyśleć, że ciąża to rodzaj infekcji, którą można złapać przypadkiem i mężczyzna nie odgrywa w tym procesie żadnej roli. Trzeba sobie jednak uczciwie powiedzieć, że dziecko, które rozpoczyna swoje życie w ciele kobiety ma ojca! (ktoś może słusznie zauważyć, że przy obecnych kombinacjach w zakresie sztucznego zapłodnienia – niekoniecznie musi „mieć ojca” –  ale to już inny temat). W związku z tym stwierdzenia „własny wybór” czy też „decydowanie o własnym brzuchu” nabierają nieco innego znaczenia, bo dziecko nie jest wyłączną własnością kobiety.

I tutaj zaczyna się problem. Wielu dramatów związanych z nieoczekiwaną ciążą i myśleniem o aborcji można by uniknąć, gdyby mężczyźni potrafili zachować się po męsku i odpowiedzialnie. Nawet decyzja o przyjęciu dziecka chorego byłaby łatwiejsza, gdyby mężczyzna był zawsze realnym i mocnym wsparciem kobiety i swojego przyszłego dziecka.

Tymczasem obecnie można zaobserwować postępujący kryzys męstwa. Coraz częściej młodzieńcy wchodzący w wiek dojrzały są pozbawieni nawet zalążków takich męskich cech jak poczucie odpowiedzialności, umiejętność podejmowania decyzji (szczególnie tych trudnych), konsekwencja w działaniu, wierność danemu słowu, szlachetność, wytrwałość itp. Do późnych lat (a niektórzy nawet do końca życia) zostają mentalnymi chłopcami. Funkcjonują dobrze jedynie w sytuacjach komfortowych, napotkane trudności nie wyzwalają w nich woli walki i woli rozwiązania problemu, a jedynie chęć ucieczki i wycofania się na „bezpieczny teren”. I co dziwniejsze, ta mentalność jest dosyć wybiórcza, bo dotyczy zazwyczaj funkcjonowania w relacjach z kobietami i ewentualnym wchodzeniem w rolę męża i ojca. W życiu zawodowym czy w dbaniu o własny wizerunek „mentalny chłopak” potrafi być egoistycznym drapieżnikiem – walka o wyższe zarobki, lepszy samochód czy sportową sylwetkę jest czasami dużo ważniejsza niż walka o swoje małżeństwo, dzieci i rodzinę.

Przed laty czytałem wyniki anonimowej ankiety na temat motywacji trwania w tzw. wolnym związku, mającym być alternatywą dla małżeństwa. Okazało się, że zdecydowana większość mężczyzn za główną motywację trwania w wolnym związku uznała względy ekonomiczne (podział kosztów utrzymania), łatwy i stały dostęp do zaspokojenia potrzeb seksualnych i brak zobowiązań z możliwością wycofania się ze związku bez konsekwencji.

Natomiast motywacją zdecydowanej większość kobiet było niezwerbalizowane oczekiwanie i nadzieja na zalegalizowanie związku i stabilizację życiową. Kobiety często nie werbalizują nalegania na zawarcie małżeństwa z obawy o utratę partnera. Te wyniki dają dużo do myślenia na temat męskiej kondycji moralnej. Nie chcę, aby te rozważania prowadziły do niesprawiedliwych uogólnień, bo jest wielu wspaniałych i prawdziwych facetów, dobrych ojców i mężów – ale sądząc po wzrastającej ilości rozwalonych małżeństw, związków nieformalnych i porzuconych kobiet – jest ich stanowczo za mało. My faceci nie zdajemy sobie do końca sprawy, jak ważna jest nasza obecność w procesie wychowawczym naszych dzieci i jak katastrofalne są konsekwencje braku ojca (i  niekoniecznie chodzi o brak fizyczny).

I na zakończenie krótka refleksja – jak słyszę o przypadkach porzucenia kobiety – bo zaszła w ciążę, o odejściu faceta – bo dowiedział się o chorobie nowotworowej żony i koniecznej mastektomii, o wiecznych „Piotrusiach Panach” chcących żyć wygodnie i nie brać odpowiedzialności za związek, który stworzyli, o kobietach płaczących w gabinetach ginekologicznych, bo mąż nie chce mieć dzieci, o facetach znęcających się nad swoimi żonami – to jest mi zwyczajnie wstyd, że jestem mężczyzną.

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

  • Anastazja
    15.01.2018 18:03
    "...o kobietach płaczących w gabinetach ginekologicznych, bo mąż nie chce mieć dzieci"
    Tak, to jest strasznie przykre, aż chce się płakać :( czasami się jednak zastanawiam, czy kobiety i mężczyźni rozmawiają z sobą przed ślubem o dzieciach? Bo wiele par może w ogóle nie przysięgałoby sobie przed Bogiem, gdyby się w porę okazało, że zupełnie inaczej wyobrażają sobie życie małżeńskie. Takie proste pytanie: ile chcesz mieć dzieci? A tak wiele może zmienić :(
    Wiele też zmieniłoby czekanie ze współżyciem do ślubu, danie sobie czasu na lepsze poznanie cech charakteru tej drugiej osoby. W ogóle troszkę mnie dziwi, że kobiety liczą na ślub, żyjąc z ze swoim chłopakiem na kocią łapę. Czemu on miałby chcieć ślubu, skoro korzysta z wszystkich praw małżeńskich bez niego? Myślę, że trzeba dać powód chłopakom, żeby chcieli dorosnąć i stać się mężczyznami. Jeśli kobiety będą chciały wiązać się tylko z odpowiedzialnymi facetami, to oni będą musieli się tacy stać. Niestety, nam kobietom często brakuje wytrwałości. Boimy się, że "już nikt lepszy się nie trafi". Część z nas tak pragnie zaspokoić potrzebę bliskości, że oddaje się byle komu. Na dodatek wyśmiewa się dziewictwo, a dziewczyny które chcą żyć w czystości traktuje się jak nienormalnie, niedorozwinięte... Młodych mężczyzn, którzy jeszcze nie rozpoczęli współżycia chyba jeszcze gorzej się wyśmiewa. Że tacy święci (że też świętość dla niektórych jest czymś obraźliwym!), albo że są jak dzieci, nieudacznicy... I część młodych ludzi, żeby nie odstawać od reszty, przeżywa swój pierwszy raz ze strachu, a nie z miłości.

    Jeśli ktoś z Was szuka wspólnoty w której będzie mógł otrzymać wsparcie, by wytrwać w czystości przedmałżeńskiej, zapraszam do Ruchu Czystych Serc. Ja chodzę na spotkania w Krakowie, przy kościele Dobrego Pasterza w czwartki :) więcej info na Facebooku: https://web.facebook.com/rcskrakow/
    doceń 7
  • gość
    15.01.2018 18:31
    to się zaczęło w PRL mieszkanie od państwa, praca każdemu z pensją wszystkim po równo, dziewczyny ze wsi same się pchały do takich chłopów nie wymagały więcej, to był niby awans społeczny, a to już 2 albo 3 pokolenie po takich stadłach, poza tym częściej w klitkach mieszkali więc gdzie upchać więcej przychówku, tylko nacisk jak pochodzili ze wsi na ślub był większy i rozwody nie były takie modne, za to zamiast na auto czy sylwetkę szło częściej na alkohol, gdyby nie PRL chłopak na wsi więcej by musiał inicjatywy wykazać, żeby się ożenić, może by bardziej się starał, gdyby to wymagało wysiłku, ponadto w razie antyspołecznych zachowań szybciej go bliższa rodzina naprostowała będąc na miejscu, teraz nie ciekawie a co dopiero jak eurosieroty dorosną co tatusia na oczy prawie nie widziało
    doceń 0

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama