Nowy numer 20/2018 Archiwum

Jedyne takie powstanie

Powstanie wielkopolskie zakończyło się sukcesem, bo było wzorcowym przykładem koordynacji śmiałego czynu zbrojnego i skutecznej dyplomacji.

Zaczęło się spontanicznie, a nawet wbrew intencjom ówczesnych polskich polityków rozdających karty w zaborze pruskim, za to walki ustały w momencie optymalnym, gdy osiągnięcia militarne powstańców można było maksymalnie spożytkować politycznie. Ograliśmy Niemców zarówno w polu, jak i na paryskich salonach, gdzie bój był równie trudny, wymagający odwagi i finezji. Bo wcale nie jest tak, że powstanie wielkopolskie było skazanym na sukces „spacerkiem”, a Polska bez względu na jego przebieg odrodziłaby się w granicach, jakie znamy z map II RP. Racjonalnie kalkulując, w grudniu 1918 r. ten zryw miał równie małe szanse jak wcześniejsze polskie powstania. Garnizony niemieckie w Wielkopolsce były wszak w stanie nienaruszonym wojną, administracja działała jak w zegarku, którego rytm zakłócał jedynie ferment rewolucyjny.

Vox populi

Zaborca miał w ręku wszystkie karty, nie wiązał mu ich nawet rozejm w Compiègne, którego odradzająca się Polska nie była przecież stroną. Nic dziwnego, że Tymczasowa Naczelna Rada Ludowa (NRL), namiastka polskiej państwowości na tych ziemiach, wzywała mieszkańców zaboru pruskiego do spokoju i szukała politycznej drogi do niepodległości.

Działacze endecji, odgrywający kluczową rolę w NRL, stosowali wobec rządu, który powstał w Warszawie, zasadę ograniczonego zaufania, ale nastroje ulicy były inne, podsycane przez konspiracyjne struktury bliskiej piłsudczykom Polskiej Organizacji Wojskowej. Premier Jędrzej Moraczewski (też Wielkopolanin) chciał, by przedstawiciele zaboru pruskiego zasiedli w jego gabinecie. Zaoferował trzy teki, ale dostał czarną polewkę. To dlatego Ignacy Paderewski pojawił się tuż po Bożym Narodzeniu w Poznaniu – by załagodzić spór między Komitetem Narodowym Polskim Romana Dmowskiego a rządem Jędrzeja Moraczewskiego. Miał być mediatorem, okazał się… detonatorem. Wielki Polak wywołał wśród Wielkopolan euforię, a wśród Niemców istną furię. Wypadki potoczyły się błyskawicznie, a dynamika powstania zmusiła polityków do pójścia za głosem ludu.

Manifestacja patriotyczna na cześć Ignacego Paderewskiego, zorganizowana w Poznaniu 26 grudnia 1918 r., uznawana jest za początek powstania wielkopolskiego. Najpiękniejsze i najbardziej polskie było w nim właśnie to, że wybuchło spontanicznie w całym regionie. Nie chodziło jedynie o chwilową utratę kontroli nad biegiem wydarzeń, o uniesienie tłumu wspaniałą mową genialnego pianisty, wygłoszoną z okna hotelu Bazar. Nie był to także skutek bezmyślnej postawy Niemców, którzy zorganizowali agresywną kontrmanifestację połączoną z atakami na polskie instytucje. Po prostu Wielkopolanie chcieli Polski tak bardzo, że chwycili za broń – nie tylko w Poznaniu, ale równocześnie w wielu miastach i wsiach – bez odgórnego planu i koordynacji. Ta pojawiła się później.

Wielkopolski blitzkrieg

Znamienne, że jeszcze w grudniu, gdy trwały walki uliczne w mieście, Naczelna Rada Ludowa prowadziła z Niemcami rozmowy o tym, jak przywrócić spokój. W podobnym kierunku działały Rady Robotnicze i Żołnierskie, które powołały nawet Komendę Miasta o mieszanym, polsko-niemieckim składzie. Na szczęście politycy NRL dobrze odczytali nastroje społeczne i postanowili nie tylko poprzeć powstanie, ale przejąć dowodzenie nim, tworząc Komendę Główną Wojsk Powstańczych, z kapitanem (wkrótce majorem) Stanisławem Taczakiem na czele. Przełomowym i zarazem symbolicznym wydarzeniem było zdobycie przez powstańców lotniska Ławica, o którym napisano wiele książek i nakręcono kilka filmów. 6 stycznia Poznań był całkowicie wolny, ale już wcześniej odbito z niemieckich rąk kluczowe miasta Wielkopolski (w Nowy Rok Paderewskiego witał wolny Ostrów). Ale to była dopiero połowa sukcesu. Bo odbić to nie to samo, co utrzymać.

Berlin, w którym rządzili wówczas socjaldemokraci, miał problem z opanowaniem własnej rewolucji. Akceptował niepodległą Polskę, ale rzecz jasna bez ziem zaboru pruskiego. Tyle że w Wielkopolsce władzę już sprawowali powstańcy. 8 stycznia 1919 r. Komisariat NRL oficjalnie przejął władzę cywilną i wojskową. Jest już ścisła współpraca z Warszawą, naczelnikiem powstania zostaje gen. Józef Dowbor-Muśnicki przysłany przez Piłsudskiego. Panowie nie pałali do siebie przesadną sympatią, Marszałek spodziewał się, że Dowbora-Muśnickiego przerośnie to zadanie. Nie przerosło. Powstanie przebiegało niezwykle sprawnie i do połowy stycznia wyzwolono większą część Wielkopolski. Dało to Naczelnikowi Państwa asumpt do wydania dekretu oficjalnie dopuszczającego 16 przedstawicieli zaboru pruskiego do obrad w Sejmie Ustawodawczym. 14 lutego Wojciech Trąmpczyński z Wielkopolski został wybrany na marszałka.

Dwa dni później sukces powstania został praktycznie przesądzony. W Trewirze podpisano rozejm pomiędzy Niemcami a państwami Ententy, który zawierał dwa kluczowe ustalenia. Po pierwsze, front wielkopolski został uznany za front walki państw sprzymierzonych, po drugie, Armia Wielkopolska została uznana za wojsko sprzymierzone. Staliśmy się tym samym pełnoprawnym sojusznikiem zwycięzców I wojny światowej z wszystkimi tego konsekwencjami, potwierdzonymi 28 czerwca 1919 r. Traktat wersalski przyznał II Rzeczypospolitej praktycznie całą Wielkopolskę. Tym samym tereny zajęte przez powstańców zostały włączone w skład odrodzonego państwa polskiego.

Dyplomatyczny majstersztyk

Trewir i Wersal były jak dwa pola bitwy, gdzie zwyciężaliśmy nie bagnetami, ale sprawną i skuteczną dyplomacją. A walka nie była łatwa, bo sukces osiągnęliśmy wbrew Anglikom i rzecz jasna Niemcom. Kluczowe okazało się pozyskanie dla sprawy polskiej Francji, a konkretnie marszałka Ferdynanda Focha. Amunicją naszych przeciwników było pokazywanie w trakcie negocjacji powstania jako części rewolucyjnego fermentu ogarniającego wówczas Europę. Niemcy przedstawiali siebie jako ostoję ładu i porządku, Polaków jako rozsadnik anarchii. Roman Dmowski i Komitet Narodowy Polski wykazali w Paryżu, jak ów „ład i porządek” wygląda w praktyce, przedstawiając dowody niemieckich zbrodni. KNP też grał zagrożeniem bolszewickim, przekonując, że Armia Wielkopolska jest właśnie szansą, by 70 tys. doskonałego żołnierza stanowiło bufor dzielący Europę od czerwonej zarazy. I Francja rzeczywiście zaczęła dostrzegać w rodzącej się Polsce sojuszniczą alternatywę dla białej Rosji. Foch postawił na Warszawę w Trewirze, a decyzję tę potwierdził w kwietniu 1919 r., dając zielone światło na przejazd do Polski Błękitnej Armii gen. Hallera.

Jak sytuacja potoczyłaby się, gdyby powstanie wielkopolskie nie wybuchło? Bez czynu zbrojnego nasze argumenty w wielkiej grze dyplomatycznej byłyby o wiele słabsze. Zapewne część Wielkopolski byśmy odzyskali, ale nie obyłoby się bez plebiscytu. Nie ma więc wątpliwości, że to powstańcy przynieśli Wielkopolsce wolność. Co by było, gdyby walki trwały dłużej? Na pewno oznaczałoby to większą daninę krwi i niepewny wynik końcowy. Czas grał bowiem na korzyść Niemiec, odzyskujących równowagę i dysponujących bez porównania silniejszym zapleczem.

Żywili i bronili

Powstanie wielkopolskie, choć jedyne zwycięskie w naszej historii, nie miało w II RP wcale dobrej prasy. Przez całe dwudziestolecie pozostawało w cieniu czynu legionowego. Wielkopolska zaś, jako matecznik endecji, płaciła polityczną cenę za krytykę rządów sanacyjnych. Z kolei w PRL wahadło przesunęło się w drugą stronę. Walka zbrojna z Niemcami była w cenie, podobnie jak wielkopolski duch pozytywizmu. Nic dziwnego, że właśnie to powstanie pojawia się jako tło dwóch bardzo popularnych seriali telewizyjnych: „Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy” i „Pogranicze w ogniu”. Skąd zatem nuta goryczy, wyraźnie odczuwalna wśród apologetów zrywu wielkopolskiego po 1989 r., którą symbolizuje tytuł znanego dokumentu Krzysztofa Magowskiego „Zapomniane powstanie”? Na pewno nie jest ono zapomniane (co pokazują choćby spektakularne obchody 99. rocznicy jego wybuchu), ale być może nie tak doceniane, jak na to zasługuje. I nie chodzi tylko o okupione krwią zdobycze graniczne. Wielkopolska okazała się w trudnych latach 1919–1920 kluczem nie tyle do odzyskania, co utrwalenia polskiej niepodległości, i to w wielu wymiarach.

Najbardziej znany wiąże się właśnie z czynem zbrojnym, który przecież nie skończył się wraz z sukcesem powstania. Jego uczestnicy natychmiast włączyli się do walk o Lwów, a potem przelewali krew w wojnie polsko-bolszewickiej. Byli to żołnierze nie tylko świetnie wyszkoleni, ale mocno zaangażowani. Pobór z zaboru pruskiego też odbywał się dużo sprawniej niż w dawnym Królestwie Polskim czy Galicji. Gdy Sztab Generalny WP analizował rekruta z różnych zaborów, najwyżej ceniono właśnie Wielkopolan, którym zarzucano jedynie… wynoszenie się ponad kolegów z innych zaborów. Może i uważali się za lepszych, ale nie bez powodu, bo trudno zaprzeczyć, że Wielkopolska dała nowemu państwu znakomite kadry – świadome, wyedukowane, także patriotycznie.

Do Wielkopolan odnieść też można znane hasło „żywią i bronią”. Pamiętając o zdobycznych samolotach z Ławicy, mauzerach z niemieckich magazynów i bitnych pułkach wielkopolskich, nie można zapominać i o tym, że to zasoby Wielkopolski umożliwiły nam przetrwanie w najtrudniejszych powojennych latach. Był to wszak jedyny region, nieomal nietknięty w strasznej wojnie, która całkowicie zrujnowała tereny dwóch pozostałych zaborów. •

« 1 »
oceń artykuł