Nowy Numer 07/2018 Archiwum

Święta w drodze

Starają się być twardzi, uważają, że to wstyd się rozklejać. Dlatego świąteczne życzenia skracają do minimum. Ale czasem zaszklą im się oczy. Bo Wigilia na parkingu to dziwne przeżycie.

Wyjechali z Brugii zaraz po 14.00. Ciągnęli chłodnię do Anglii przez Calais. Po godzinie byli pod Dunkierką. Zaczynało zmierzchać. Wiadomo, koniec grudnia, dzień krótki. Adam, solenizant, prowadził. Janek, zmiennik, zaczął obierać kartofle na wieczerzę. Spieszył się, bo bliżej wjazdu do Eurotunelu trzeba było pilnować, żeby pod samochód nie podczepili się uchodźcy.

Pierwszą gwiazdę zobaczyli jeszcze we Francji, ale wigilijną kolację jedli już w Anglii na parkingu Stop24 Folke­stone przy autostradzie M20. Kierowcy wielkich ciężarówek lubią ten megawypasiony, bezpieczny parking. – Jest świetnie położony, ledwie 10 minut od wyjazdu z tunelu i ma wszystko, czego potrzebuje kierowca – opowiada Adam Iwanczuk, kierowca z dziesięcioletnim stażem. – Jest strefa kierowcy, wygodne kanapy, darmowe wi-fi, więc nie trzeba siedzieć w żelazie, żeby popatrzeć na telewizję czy skorzystać z internetu. Czyste i zadbane prysznice są w cenie karnetu. Na miejscu sklep i bar z rozsądnymi, jak na Zjednoczone Królestwo, cenami.

Tego wieczoru z baru nie korzystali. – W kabinie ugotowaliśmy te obrane pod Dunkierką ziemniaki – wspomina Adam. – Żona zapakowała mi do słoików śledzie oraz pierogi z kapustą i grzybami. Przełamaliśmy się z Jankiem opłatkiem i zjedliśmy wigilijną kolację. To było moje pierwsze Boże Narodzenie poza domem. Po kolacji zadzwoniłem do żony i rodziców. Złożyliśmy sobie życzenia, a później poszliśmy spać. Rano trzeba było ruszać w drogę.

Drugie święta poza domem Adam spędzał na Patelni, parkingu koło Frankfurtu nad Menem. – Też było smutno i dziwnie – wspomina. Wtedy nie mieli jeszcze dzieci. Gwiazdkowy prezent dla żony zostawił u rodziców. Długo rozmawiali przez telefon, chociaż roaming nie był jeszcze zniesiony. Było też trzecie Boże Narodzenie poza domem. – Wtedy powiedziałem sobie, że do trzech razy sztuka – i wystarczy. Na świat przyszła Wiktoria. To była wielka radość – móc spędzić Boże Narodzenie w rodzinnym domu, wspólnie z najbliższymi. Tym większa, że wiedzieliśmy, jak to jest być osobno – uśmiecha się Adam. – Teraz mamy już dwoje dzieci. Kacper niedługo skończy roczek. A ja jeżdżę już tylko po Polsce, żeby jak najwięcej czasu spędzać z rodziną w domu.

Rosja zaczyna się za Moskwą

Paweł Świątek z Węgrowa Boże Narodzenie spędzał w trasie cztery razy. – Jeździłem wtedy w firmie, która specjalizowała się w transporcie artykułów spożywczych. Na Zachód woziliśmy mięso, na Wschód, do Rosji, głównie owoce. Z Hiszpanii – cytrusy, z Polski – jabłka. Kalendarz wygląda tak, że gdy u nas jest Boże Narodzenie, w Rosji wszyscy szykują się do sylwestra, a Boże Narodzenie mają zaraz potem. Na nasze święta tam przypada największy ruch handlowy. Było zapotrzebowanie na towar, potrzebni byli kierowcy. U nas w firmie w święta jechali w trasę tylko ochotnicy. Ja byłem jednym z nich. Rodzina nam się powiększyła, potrzebne były pieniądze.

Wcześniej pracował w hurtowni. Na rękę wychodziło nie więcej niż półtora tysiąca złotych. – Za kółkiem wyciągam minimum sześć tysięcy. To jest różnica – mówi Paweł. Przez Rosję jeździ się spokojnie. – Nigdy nie spotkała mnie tam nieprzyjemna przygoda. A w Niemczech i we Francji zdarzyło się, że w nocy ściągnęli mi paliwo z baku. Inna sprawa, że po Rosji w nocy raczej się nie jeździ. Najlepiej zatrzymać się na parkingu. Najlepsze są takie zarządzane przez jakąś organizację; niektórzy mówią, że to mafia. Płacisz za postój i możesz spać bezpiecznie. Do Moskwy kraj jest nieciekawy. Sama Moskwa to też nie Rosja. To byt sam w sobie. Ciekawiej jest za Moskwą. Drogi z roku na rok coraz lepsze. Tylko kierowcy szaleni. Żeby jechać bezpiecznie, trzeba stosować zasadę 3 razy D – „daj duraku dorogu” (ros. ustąp głupcowi drogę).

Z opowieści Pawła wyłaniają się rozległe pola kukurydzy za Rostowem. Wielkie, równiutko zasiane obszary, jakich nie zobaczysz ani we Francji, ani w Niemczech. Niekończąca się droga za Ural z mijanymi po drodze opuszczonymi miejscowościami. – Czasem we wsi mieszkało tylko kilku starców, młodzi powyjeżdżali – wspomina Paweł. – Dobrzy ludzie, życzliwi, ciekawi świata. Zatrzymał się człowiek, żeby zapytać o drogę, to pokazali, poczęstowali jedzeniem. Pytali, jak się żyje w Polsce, jak wygląda Europa. W drodze za Ural staliśmy kiedyś w kilka samochodów na parkingu. Przyjechali kamazem koledzy po fachu. Pytali o warunki pracy, o zarobki, zaopatrzenie w sklepach. Fajni byli, zaprosili nas do bani [tradycyjna rosyjska łaźnia, podobna do fińskiej sauny – przyp. red.] i na dyskotekę. Inny świat – uśmiecha się. – I pytali, czy tych dobrych jabłek dużo jeszcze w Polsce mamy. Nasze jabłka to był w Rosji hit.

To właśnie z transportem jabłek spędzał dwa kolejne lata przy bazarze pod Piterem (Petersburgiem). – Czy to ładne miasto? Nie mam pojęcia. Tirem tam nie wjedziesz, a z marketu nie widać – mówi. Moskwę zna z obwodnicy. – Bardzo wygodna, nie trzeba pchać się do miasta. Tyle że miasta też się oczywiście nie zobaczy – dodaje. Na parkingu przy tej obwodnicy dwa razy witał Boże Narodzenie. – Za każdym razem miałem ze sobą opłatek, dzwoniłem z życzeniami, ale starałem się za wiele nie rozmyślać o domu. Praca to praca, nie wolno się rozklejać – mówi Paweł.

Prezentów z wyjazdów nie przywozi. Poza dwoma wyjątkami: specjalnymi cukierkami z Rosji dla córki oraz opakowaną w papier i obwiązaną sznurkiem od snopowiązałki czekoladą z Białorusi, którą bardzo lubi żona.

Wojna na Ukrainie i rosyjskie embargo na polskie jabłka w zasadzie skończyły wyjazdy do Rosji. Firma podupadła, Paweł musiał zmienić pracę. W nowej jeździ głównie do Niemiec, czasem do północnej Norwegii. Tam najchętniej. – Piękne krajobrazy, porządne parkingi, życzliwi ludzie – mówi krótko. – Policja, jeśli zapytasz o drogę, często poprowadzi na miejsce za radiowozem.

Jeździ teraz w systemie: dwa tygodnie w trasie, tydzień w domu. – Syn ma już dwanaście lat, córka skończyła trzy. Kiedy porównuję, jaki ja miałem kontakt z ojcem, a jaki ma ze mną mój syn, to wypadam nieszczególnie – mówi Paweł. – W tym systemie, w którym jeżdżę teraz, może da się to odrobić – dodaje z nadzieją.

Ze wschodu na zachód

CB Radio to dodatkowe oczy i uszy kierowcy skrzyżowane z Wikipedią. Dzięki radiu droga żyje. Eter przecinają wiadomości ważne i nieistotne. Informacje o zdarzeniach na trasie, o tym, gdzie warto się zatrzymać i zjeść, gdzie powstało zatwardzenie, czyli korek, gdzie stoją miśki z suszarkami (policjanci z radarami), a gdzie krokodylki (Inspekcja Ruchu Drogowego).

Bywa, że ktoś zauważy miśków na hulajnogach, czyli policjantów na motocyklach. – Mobilki, jak ścieżka na Wrocek? – słychać pytanie zadane ze wschodnim zaśpiewem. – Czysto, kolego, do stacji paliw. Dalej pytaj – odpowiada jakiś mobilek, też ze wschodnim zaśpiewem. – Podziękował, szerokości, kolego – odpowiada pytający.

Kiedy tenże pytający zjeżdża na parking, by ugotować rosół w kabinie, okazuje się, że to Siergiej Kornakowski z chmielnickiej obłasti na Ukrainie. W polskiej firmie pracuje od kilku lat. – U was brakuje kierowców, bo wasi powyjeżdżali na Zachód, do Niemiec, Anglii, Holandii. Taka już kolej rzeczy, że ruch jest w kierunku, gdzie lepiej, czyli ze wschodu na zachód. Ja znalazłem pracę w dużej i dobrej firmie pod Wrocławiem. Mamy ponad trzysta samochodów, a co dziesiąty kierowca jest z Ukrainy. Pracujemy sześć tygodni, później firmowy busik zawozi nas do granicy z Ukrainą. Dwa tygodnie spędzam w domu, a później znowu w trasę – opowiada.

Żona Siergieja jest lekarką, leczy narkomanów. – Ona zarabia trochę ponad dwa tysiące hrywien miesięcznie, a za to naprawdę trudno jest wyżyć. Ja zarabiam w przeliczeniu jakieś 50 tysięcy hrywien na miesiąc. To dużo pieniędzy, wystarcza na godne życie. Jedyna wada jest taka, że za mało czasu spędzam z rodziną. Żona to rozumie i akceptuje, trudniej wytłumaczyć naszej ośmioletniej córce Anastazji, czemu tata tak długo jest poza domem. Bo syn już jest dorosły, myśli o tym, żeby zrobić papiery i jeździć jak ojciec. – Ukraińscy kierowcy to na czas świąt prawdziwy skarb dla pracodawcy – mówi Siergiej, który od kiedy jest w Polsce, wszystkie Wigilie spędził w trasie. – Prawosławne Boże Narodzenie wypada później niż katolickie, dlatego praca w te dni to nie jest dla nas wyrzeczenie. Dla naszych polskich kolegów jest inaczej. Jeśli jesteśmy na parkingu w kilka samochodów, to zatrzymujemy się na trochę. Polacy dzielą się z nami opłatkiem, życzymy sobie wesołych świąt. A z polskich potraw najbardziej smakuje mi wigilijny śledź. Koledzy dzwonią do domów albo łączą się przez ­Skype’a. Internet to dla nas wielkie dobrodziejstwo. Ja sam prawie co dzień rozmawiam przez Skype’a z żoną, a z córką nawet odrabiamy wspólnie lekcje.

Paczki na lusterkach

Starają się być twardzi, uważają, że to wstyd się rozklejać. Dlatego świąteczne ceremonie i życzenia skracają do minimum. Jeśli tachograf pozwala, po opłatku i wieczerzy odpalają silniki i ruszają w trasę. Jeśli muszą stać na parkingu, starają się zasnąć jak najwcześniej. Nie rozmyślać o choince, domu, rodzinie.

– A jednak raz zdarzyło się, że zaszkliły nam się oczy – wspomina Adam Iwanczuk. – To było rankiem pierwszego dnia świąt na parkingu pod Hanowerem. Zatrzymaliśmy się tam w kilka samochodów na nocleg w Wigilię. Rano wychodzimy z kabin i patrzymy, a na lusterkach wiszą świąteczne paczuszki z bożonarodzeniowymi kartkami. Żłóbek, Święta Rodzina. W środku słodycze, pierniczki. Kolega znał niemiecki, to przetłumaczył. „Współczujemy wam, że radosny czas Bożego Narodzenia musicie spędzać w drodze, z daleka od swoich najbliższych. Życzymy wam błogosławionych świąt Bożego Narodzenia. Modlimy się za wasz szczęśliwy powrót do domów”. Nie wiem, kto nam zrobił taką niespodziankę, ale opowiadało się o tym później przez dłuższy czas. Chwycili nas za serca. •

« 1 »
oceń artykuł

Reklama