Nowy Numer 07/2018 Archiwum

Słowo między nami

Dlaczego warto poznawać zarówno Boże, jak i ziemskie oblicze Maryi i Jezusa, z s. dr Judytą Pudełko rozmawia Agata Puścikowska.

Agata Puścikowska: Jakiś czas temu pierwsze dziecko rodziła koleżanka – protestantka. Poród był trudny. W pewnym momencie poczuła, że powinna prosić o wsparcie Maryję. Bo kto, jeśli nie Ona, zrozumie rodzącą kobietę…

S. Judyta Pudełko: Piękne!

Jednocześnie z doświadczeń znajomej położnej wynika, że wiele rodzących katoliczek przed porodem idzie do wróżki, a do porodu przychodzi obwiązanych sznureczkiem kabały. Nie wierzymy czy nie rozumiemy Maryi?

Trudne i wielowątkowe pytanie. Myślę, że jedną z przyczyn, dla których katoliczki nie zawsze zwracają się do Maryi w tak ludzkich sprawach jak poród, wychowanie dzieci czy prowadzenie domu, jest kwestia naszego wychowania i stylu pobożności maryjnej. To w dużym stopniu pobożność hetmańska, wzniosła, narodowa wręcz. I to jest oczywiście wspaniały, piękny i dobry wymiar, bo królewskość Maryi przynależy. Jednocześnie warto pamiętać o innym obliczu Matki Bożej – dziewczęcym, izraelskim, nazaretańskim. Bardzo ludzkim i przystępnym.

Jak je odkryć?

Kontemplując Pismo Święte. Ja odkryłam Matkę Bożą ludzką i dziewczęcą w Ziemi Świętej. Bliskość tamtych miejsc, taki materialny wymiar przestrzeni, zwyczajów, atmosfery pozwolił na nowo odczytać Pismo Święte. I za każdym razem, gdy jestem w Nazarecie, mimo że obecnie jest to miasteczko arabskie, doświadczam spotkania z normalną, piękną, młodą żydowską dziewczyną. Polecam każdej kobiecie odkrycie Maryi bliskiej, ludzkiej, a jednocześnie wpatrzonej w Najwyższego i ufającej Mu. Tym bardziej że z niepełnego rozumienia Maryi może też wynikać niepełne zrozumienie Jezusa. Brakuje nam realnego osadzenia człowieczeństwa Boga przy pomocy innych ludzi: Maryi, Józefa, a nawet pasterzy. Być może osadziliśmy Boże Narodzenie wyłącznie w ckliwej i wzniosłej stylistyce, która w jakiś sposób przysłania jego głębię. Warto więc wciąż odkrywać i przypominać sobie ludzki wymiar wcielenia, gdy Bóg w swoim Synu wchodzi w każdy aspekt naszego życia.

Może boimy się, że odkrywaniem „ludzkiego oblicza” przysłonimy to Boże?

Ludzie od wieków popadali w dwie skrajności (obydwie były herezją) i albo przyjmowali wyłącznie człowieczeństwo Jezusa, redukując Go do „fajnego faceta, który kochał ludzi”, albo też odrzucali Jego człowieczeństwo, widząc w Nim wyłącznie bóstwo. Przyjmując prawdę o Jezusie, zgłębiając ją, mamy do czynienia z wielką tajemnicą, która już się w historii świata nie powtórzy. To rzecz po ludzku niemożliwa: połączenie kruchości, śmiertelności z nieograniczonością i nieśmiertelnością. Wcielenie Syna Bożego pokazuje nasze przeznaczenie – nasze człowieczeństwo zorientowane ku boskości. Człowiek zresztą też od zawsze wyczuwał, że ma w sobie pierwiastek boski. Nie potrafił tego jednak właściwie ukierunkować. Pragnął być jak Bóg, ale chciał realizować to samodzielnie. Tymczasem droga jest inna: Bóg sam chce realizować w nas swoją boskość, ale przez Syna. Bogiem bez Boga się nie staniemy, nie ma obawy. Ale Bogiem w Bogu w jakimś wymiarze, stopniu – można. Stąd Boże zaproszenie, by stawać się rodziną Boga. W tej rzeczywistości Jezus staje się bliski.

Może Siostra wytłumaczyć przystępniej?

Syn Boży w ludzkim życiu przeżył większość bosko-ludzkiego życia na ziemi. Bardzo mnie to porusza. Taki Bóg jest dla nas, ludzi znękanych problemami, bardzo wiarygodny. Nie patrzy na nas z niebotycznej wysokości. Rozumie niepewność, ból, przemęczenie, które zna z własnego doświadczenia. Właśnie w taki obraz wprowadza nas rzeczywistość Bożego Narodzenia. Od kiedy Bóg wszedł w rzeczywistość cieleśnie, wszystko jest już inne. Wcześniej w historii zbawienia były Boże interwencje – poprzez wysłanników, proroków. Ale nie da się tego w żaden sposób porównać z wcieleniem. Tutaj Bóg zamknął się w ciele kobiety, w fizyczności człowieka. Jednocześnie przyjął ograniczenie ludzkiego życia płodowego. Urodził się, choć wcale nie musiał, bo mógł objawić się jako dorosły.

Zwykłe niemowlę potrzebuje opieki, jest całkowicie zależne. Czy Jezus jako niemowlę był jakiś… inny? Czy mógł na przykład przeżyć bez ochrony Maryi i Józefa?

Gdyby mógł, to Święta Rodzina nie uciekałaby do Egiptu. Jezus dobrowolnie podlegał tym samym prawom co my. Ziemscy rodzice nie czekali więc, aż boskie niemowlę się obroni przed żołnierzami Heroda, lecz schronili Je w Egipcie, na najbliższym terenie niepodlegającym jurysdykcji Heroda. To też nie jest przypadek, bo pokazuje, że Jezus jeszcze przed narodzeniem zdecydował o rezygnacji z kompletnej doskonałości i zgodził się na dobrowolne wzrastanie, dojrzewanie. „Wzrastał w mądrości u Boga i u ludzi” – mówi Pismo, i to bardzo głębokie słowa. Dojrzewał do swojej roli, również poprzez swą ludzką naturę, zmysły, innych ludzi.

Kiedy już jednoznacznie wiedział, kim jest?

Debaty na ten temat toczą się od lat i nie ma pewnej odpowiedzi. Moja teoria jest taka, że ważnym momentem było rozpoczęcie przez Niego samodzielnego czytania i komentowania Tory. Został w świątyni bez rodziców nie dlatego, że był złośliwy lub nie szanował ziemskich opiekunów, lecz dlatego, że był pewien, iż Józef i Maryja czują jak On: że tam, w świątyni, jest Jego miejsce. To było dla Niego już wtedy naturalne. Już wtedy miał wyjątkowy kontakt z Bogiem i zdawał sobie z tego sprawę. Odkrywał swoje Synostwo. Ja w tym opisie widzę Go również jako błyskotliwego młodzieńca pełnego pasji. W świątyni debatował ze starszymi mężczyznami, którzy nie dość, że nie pogonili „małolata” do mamusi, to jeszcze Go słuchali. Widzieli w Nim wyjątkowość, jakiś niezwykły błysk. To również przez te reakcje innych ludzi Jezus odkrywał swoją istotę, ale było to też potwierdzeniem dla Maryi: tak, to Dziecko nie jest zwykłym człowiekiem. Natomiast Jezus z pewnością wiedział już, Kim jest, podczas chrztu w Jordanie. Mimo to również później cały czas słuchał Ojca i rozpoznawał, jak ma wyglądać Jego mesjańskość, jak wypełnić wolę Ojca. Jego misja to nie był „gotowiec” – niejako wlany w Niego odgórnie. Jezus zatrzymywał się na osobności, rozmawiał, pytał, dziękował. Rozeznawał. A to rozeznanie, w którą stronę iść i kim jesteśmy, jest bardzo potrzebne również nam. Jezus wybierał zawsze w sposób wolny. Powiedział Ojcu „tak” jeszcze przed „tak” Maryi.

A skoro jesteśmy przy „tak” Maryi. W jakim stopniu była Ona świadoma skutków swojej decyzji i tego, jak będzie wyglądało Jej życie, życie Jej Dziecka? Z ludzkiego punktu widzenia młoda dziewczyna mogła… niewiele rozumieć.

Owszem, ale pamiętajmy jednocześnie, że Maryja była już odkupiona – została poczęta w sposób niepokalany, żyła bez grzechu. Jeśli zaś nie ma przeszkody grzechu, nie ma bariery lęku. W Niej lęku nie było, choć rezolutnie pytała: „Jak się to dokona, skoro nie znam męża?”. W dialogu z aniołem widzimy inteligentną, bystrą, wcale nie zahukaną dziewczynę, która podejmuje się powierzonego zadania. Wchodzi w rzeczywistość Bożą, w którą wkalkulowana jest niewiedza, konieczność zaufania mimo wszystko. Co warte podkreślenia: anioł przyszedł do Niej tylko raz. Potem musiała sobie wszystko układać, rozważać, składać wydarzenia, świadectwa, postawy innych ludzi w układankę o przeznaczeniu. Bóg przychodził potem do Niej poprzez Elżbietę, Józefa, Annę, pasterzy. To pokazuje, że perspektywa poznawania woli Bożej to nie kontrola i wiedza: ot, wciskamy enter, klikamy i od razu „transakcja” się dokonuje. W dobrej relacji z Bogiem przede wszystkim czekamy, rozważamy i słuchamy. Jak Maryja.

Nawet gdy po ludzku się nie układa? Oto Syn Boży urodził się w stajni.

„Nie było dla nich miejsca w gospodzie” – to konkretny zapis z Pisma. W innym tłumaczeniu: „nie było dla nich miejsca w górnym pomieszczeniu” domu, czyli pokoju gościnnym (por. Łk 2,7). To zresztą jest zrozumiałe, ponieważ odbywał się powszechny spis ludności, wszelkie pokoje gościnne były zajęte. Jednak najpewniej kuzyni Józefa zaoferowali z radością młodej rodzinie grotę w dolnej kondygnacji domu. Żydzi byli niesamowicie gościnni, nowe życie było dla nich świętością, więc nie wyrzuciliby z domu rodzącej kobiety. Jednak warto też pamiętać, że rodząca kobieta według ówczesnej żydowskiej tradycji zaciągała nieczystość rytualną. W owej dolnej grocie było spokojnie, zacisznie, a goście nie sprawiali kłopotu rodzinie, która użyczyła schronienia. Także dla Maryi, paradoksalnie, było bardziej komfortowo: rodząca kobieta, która dotykała fundamentu domu, czyli skały, nie rozciągała swojej nieczystości na domostwo. Gdyby rodziła na górze i np. dotknęła niektórych przedmiotów, gospodarze musieliby je zniszczyć.

Dlaczego o tym się nie mówi? Wciąż mamy w głowach obraz narodzenia Pańskiego nie z Pisma (poparty wiedzą historyczną), lecz wyłącznie z pastorałek i kolęd.

Pewna inkulturacja opisu tego wydarzenia do naszych warunków była i jest konieczna. Jednak faktycznie warto pogłębiać wiedzę o pierwszych chwilach życia Jezusa. Bez rezygnacji zresztą z piękna kolędowania.

Owieczki, żłób, chóry anielskie, pastuszkowie, zimno, szopka. A jak było naprawdę?

Był żłób z kamienia. Tyle wiadomo. Czy były tam zwierzęta, trudno powiedzieć. Tradycyjny wół i osioł wynikają z zapisu w Księdze Izajasza – „wół i osioł rozpoznają Zbawiciela” (por. Iz 1,3). Oczywiście osioł mógł być ze Świętą Rodziną z prostego powodu: przemieszczali się na osiołku, więc co by z nim potem zrobili?

Pewna siostra zakonna dawno temu wmawiała mi, że Maryja w ogóle nie cierpiała przy porodzie.

Owszem, istniały takie teorie, oparte na tym, że Maryja była bez grzechu, a bóle porodowe miały być niejako jego skutkiem. Według tych teorii Jezus miał wręcz z Maryi „wypromieniować”…

I w tym kontekście trudno byłoby się rzeczywiście zwracać do Maryi podczas trudu porodu. Skoro nie czuła, to nie rozumie…

Moim zdaniem skoro Jezusa – Boga – bolała męka, i to bolała w sposób niewyobrażalny, również Maryja doznawała fizjologicznych skutków porodu. Jezus przyjął to cierpienie świadomie. Chciał cierpieć, choć miał wybór. Maryja również przyjęła do swojego ciała Jezusa, można więc domniemywać, że cała reszta odbywała się podobnie jak u zwykłych kobiet. Urodziła, zawinęła w pieluszki – tkane być może osobiście z lnu lub wełny. Zawinęła, żydowskim zwyczajem, osobno ciałko, osobno główkę. Potem wypełnili wraz z Józefem Prawo: Dziecko zostało obrzezane, zaniesione do świątyni. Nadali Mu imię – czyli tożsamość – polecone przez anioła. To warstwa opieki duchowej, mistycznej. Ale była też warstwa opieki fizycznej: Maryja karmiła piersią, i to zapewne długo, nawet do dwóch lat (po tym czasie opiekę nad chłopcem przejął ojciec). Sama musiała też przejść tzw. oczyszczenie rytualne, 40 dni po urodzeniu syna. Myślę, że więź fizyczna Maryi z Synem – jedynakiem – była niezwykle mocna. Ogromnej mądrości, hartu ducha wymagało przejście, przekształcenie tej biologicznej więzi w relację późniejszą: z czasów nauczania, a w końcu spod krzyża. To był Jej jedyny, ukochany Syn. Mimo to potrafiła dojrzeć, by zobaczyć w Nim potem Mesjasza, Syna Bożego. Zresztą przecież to pod Jej okiem Syn poznawał i wszystko, co ludzkie, i treść wiary. Jezus w domu rodzinnym odkrywa własną więź z Bogiem, dojrzewa do publicznej działalności.

I pod okiem Józefa, zwyczajowo traktowanego jako dziadka z brodą i dłutem.

„I Józef stary, i Józef stary Ono pielęgnuje” – śpiewano do niedawna. Tymczasem Józef – cieśla, z języka greckiego tekton – to wykształcony rzemieślnik, który potrafił pracować w kamieniu, w drewnie, tworzył formy artystyczne, budował domy. Słowem – silny, pracowity, cierpliwy.

Tektoni byli uważani za elitę. Archi-tekton (znajome brzmienie, prawda?) to szef tektonów. Tektoni byli szanowani, utrzymywali się z pracy rąk własnych, nie byli nędzarzami. Znali się na wielu kwestiach. Późniejszy żydowski Talmud, używając na określenie cieśli aramejskiego terminu naggar, stosował go jako metaforę uczonego. Gdy rabini chcieli powiedzieć, że coś jest trudne, mówili: „To coś, co żaden cieśla, syn cieśli nie potrafi wyjaśnić” (Kidduszin 66a). Właśnie w takiej atmosferze wychowywał się Jezus. Józef oddziaływał na Niego mocno, pokazywał Mu pozytywny wymiar pracy i wysiłku. Dla mnie to fenomenalne: Syn Boży przez większość ziemskiego życia nie dokonuje czynów spektakularnych, czym uświęca „szarą rzeczywistość” człowieka. Takie życie właśnie niesie zbawienie i jest wypełnieniem woli Boga. Ten nasz pot pracy jest więc ogromnie cenny w oczach Boga.

Która z kolęd jest najbardziej poprawna teologicznie, najbardziej zbliża do tego poznania?

„Bóg się rodzi”. Pan niebiosów – obnażony. Ma granicę – nieskończony. Śmiertelny – Król nad wiekami.

A Słowo ciałem się stało. I mieszka między nami. Dlaczego?

Z miłości. I tyle. Aż tyle.

Siostra Judyta Pudełko

Należy do Zgromadzenia Sióstr Uczennic Boskiego Mistrza (PDDM). jest doktorem biblistyki, wykładowczynią Papieskiego Wydziału Teologicznego w Warszawie.

« 1 »
oceń artykuł

Reklama

  • Szolga
    19.01.2018 12:45
    "Boże, jak i ziemskie oblicze Maryi i Jezusa". Chciałby by autorka artykuły wyjaśniła mi teologię "Bożego oblicza Maryi" oraz gdzie w tekście siostra o nim wspomina.
    doceń 1
  • k
    19.01.2018 13:09
    Boże oblicze Maryi w przeciwieństwie do ludzkiego? A co to jest takiego? To jakieś teologiczne nieporozumienie.
    doceń 0
  • Monika
    20.01.2018 21:28
    Wg mistyków Maryja urodziła w ekstazie... Nie wiem dlaczego Siostra podważa doktrynę Kościoła Katolickiego? Ten tekst w 90 % wyjaśnia wiele, ale robi zamieszanie, którego nie mogę przyjąć...