Nowy Numer 8/2018 Archiwum

Tęsknił za światłem

O duchowości Leonarda Cohena, śpiewaniu niskim głosem i tłumaczeniu, które jest sztuką rezygnacji, mówi Marcin Styczeń.

Szymon Babuchowski: Nagrałeś płytę z piosenkami Leonarda Cohena. Jej tytuł – „Lubię gadać z Leonardem” – pochodzi z piosenki samego Cohena, ale w Twoich ustach nabiera nowego znaczenia.

Marcin Styczeń: Piosenka „Going Home” faktycznie zaczyna się od słów: „I love to speak with Leonard”. W oryginale to jest rozmowa Cohena z samym sobą – jego głębokie, prawdziwe „ja” dialoguje z tym wykreowanym. Choć można to też rozumieć tak, że podmiotem lirycznym, który rozmawia z Cohenem, jest Bóg. Natomiast kiedy ja śpiewam te słowa, rzeczywiście sygnalizuję, że to ja rozmawiam z Leonardem Cohenem. Podejmując próbę przetłumaczenia piosenek, musiałem odbyć niejedną taką rozmowę, bo tłumaczenie, zwłaszcza piosenki, nigdy nie jest dosłowne. Zawsze trzeba pójść na pewne kompromisy, z pewnych rzeczy zrezygnować, aby zmieścić się w konkretnym rytmie, zachować układ rymów. Tym samym musiałem Cohena trochę „pytać”, czy mogę pewne rzeczy powiedzieć nieco inaczej. Myślę, że się zgodził. (śmiech)

W jakim stopniu czułeś się tłumaczem, a na ile kimś, kto Cohena interpretuje, parafrazuje?

Moje tłumaczenia nie są tak wierne jak świetne przekłady Macieja Zembatego, do których przyzwyczaili się słuchacze. To dzięki niemu tak naprawdę Cohena znamy i on miał największy wkład w popularyzację jego twórczości. Natomiast w moim przypadku jest to bardziej interpretacja Cohena. Przekładam go na swój język i jego piosenkami opowiadam też trochę swoją historię. Oczywiście robię to w pewnych granicach. To nie jest tak, że to są zupełnie nowe piosenki, natomiast na pewno inaczej rozkładam akcenty. Z niektórych rzeczy celowo rezygnuję, bo tłumaczenie też jest sztuką rezygnacji.

Co było dla Ciebie największą trudnością w tłumaczeniu Cohena?

Dobry poeta i autor piosenek pisze zwykle tak, żeby piosenka była wieloznaczna. I chyba najtrudniej było zachować te wieloznaczności. Do tego dochodzi specyfika języka angielskiego. Dla tłumacza to bardzo frustrujące, że w oryginale znajduje się mnóstwo dodatkowych sensów, które okazują się nie do przeniesienia na polski. Natomiast z rzeczy stricte warsztatowych najtrudniejsze są, oczywiście, jednosylabowce. To zmora wszystkich tekściarzy. Jest na płycie piosenka w oryginale zatytułowana „Nevermind”. Ja to przetłumaczyłem jako „No i co”, więc tu też – dla lepszego brzmienia – odszedłem trochę od oryginału, ponieważ „Nevermind” to raczej „mniejsza z tym”, „nieważne”. W tej właśnie piosence jest duże nagromadzenie jednosylabowców. Każda fraza kończy się rymem męskim. W moim przekładzie brzmi to tak: „To wojny kres/ Złożyłem broń/ Ścigali mnie/ Uciekłem stąd”. Cała piosenka zbudowana jest na takich krótkich frazach, zakończonych akcentem na ostatnią sylabę, a polski język tych słów zbyt wiele nie ma.

W tekstach są też chyba sensy szczególnie trudne do oddania. Jak choćby ten: „You want it darker – we kill the flame” (Chcesz, by było ciemniej – gasimy płomień). Ty śpiewasz: „Tylko w moim mroku możesz światłem być”. Zastanawiam się, czy jako tłumacz nie idziesz zbyt daleko, dopowiadając to światło.

Niektórzy zagorzali fani Cohena dość mocno mnie krytykują za ten właśnie fragment. Natomiast dla mnie ważniejsze jest to, o czym jest ta piosenka i jaki jest jej całościowy sens. Ten tekst, oparty na przeciwieństwach, ewidentnie jest rozmową z Bogiem. To piosenka dotycząca sensu ciemności i jej konieczności w naszym życiu. Cohen przypisuje tę konieczność Bogu – mówi, że to Bóg chce, żeby na ziemi była ciemność. Można zapytać, jaki to obraz Boga: czy to jest Bóg chrześcijański, judaistyczny, czy może jeszcze inny? Natomiast ja odwróciłem to Cohenowskie spojrzenie. Cohen śpiewa, że Bóg chce, żeby było ciemniej, a my, ludzie, zabijamy płomień. Ale dla mnie, w domyśle, jest to Boski płomień. Bo jaki płomień możemy zabić my, ludzie?

A może to obraz mistyczny? Coś podobnego spotykamy przecież u św. Jana od Krzyża, kiedy dusza, oślepiona przez światło, odbiera je jako ciemność…

Myślisz, że Cohen nawiązuje do Jana od Krzyża?

Nie twierdzę, że nawiązuje, ale może przecież podobnie odczuwać. Chyba że nadinterpretuję?

No właśnie, obaj jesteśmy katolikami i próbujemy interpretować te teksty w kontekście swojej duchowości. Pytanie, czy tak można. Wielu zagorzałych „cohenowców” twierdzi, że trzeba dokładnie, literalnie, próbować dociec tego, jak Cohen myślał i jak on odbierał tę rzeczywistość duchową. I pewnie też mają rację. Myślę, że na podstawie tej piosenki mogłaby się wywiązać bardzo ciekawa dyskusja teologiczna między ludźmi różnych tradycji religijnych. Mój przekład stał się w niej pierwszym głosem, może trochę bezczelnym, ale wiem, że niektórym ta bezczelność się podoba.

Wybrałeś piosenki Cohena z jego trzech ostatnich płyt. Czy to ze względu na szczególną obecność w nich wątków duchowych?

Uważam, że u Cohena wątek duchowy jest najciekawszy. Zawsze interesowało mnie to, że on poruszał się na granicy różnych tradycji religijnych. Na trzech ostatnich płytach było to szczególnie widoczne, ale myślę, że we wcześniejszej twórczości to odniesienie do Boga też zawsze było obecne. To dość charakterystyczne dla twórców żydowskiego pochodzenia, że oni z Bogiem dyskutują, a nawet się kłócą.

Czego dowiedziałeś się o duchowości Cohena podczas pracy nad tłumaczeniami?

Mam wrażenie, że cały czas się miotał. Moja płyta też jest takim przechodzeniem ze światła do mroku i później znowu szukaniem tego światła. Kiedyś wydawało mi się, że jego ostatnią płytą będzie „Old Ideas”, bo wspomniana piosenka „Going Home” ma bardzo pozytywne przesłanie. Cohen śpiewał w niej, że wraca do domu bez brzemienia, które dźwigał. Natomiast on później jeszcze dołożył dwie płyty i zakończył to swoje ziemskie tworzenie mrocznym akcentem. A ja, mieszając te piosenki z trzech różnych płyt, pokazuję Cohena, który cały czas był w tej ciemności, w depresji, ale jednocześnie tęsknił za światłem.

Nie porzucił osobowego Boga?

Nie. I to mimo tego, że był zafascynowany buddyzmem. Tego w jego piosenkach nie słychać, bo metaforyki buddyjskiej w nich nie ma, natomiast wiadomo, że uczył się medytacji w klasztorze buddyjskim, gdzie spędził ponad sześć lat. Posłuchał jednak wskazania swojego mistrza Joshu Sasaki, który powiedział mu: nie chcę z ciebie zrobić buddysty, masz pozostać żydem. Cohen pozostał nim na pewno w sposobie patrzenia, ale jednocześnie był to artysta otwarty na chrześcijaństwo i cały czas odnoszący się do przesłania Jezusa. Pisze o Jego nauce, że jest piękna, wzniosła, ale sam nie byłby w stanie jej sprostać. Słychać to szczególnie w piosence „It Seemed the Better Way” – u mnie: „Lepszą drogą pójść”.

Na ile, śpiewając Cohena, musiałeś „stać się” Cohenem? Jak ważny był dla Ciebie muzyczny pierwowzór?

Chciałem, żeby ta płyta w jakimś sensie odnosiła się do pierwowzorów, ale żeby nie była to wierna kopia. Postanowiłem więc pójść drogą podobną do Cohena. On też wychodził od grania trochę „bardowskiego”, z gitarą, charakterystycznego dla środowiska piosenki poetyckiej, ale później zaczął zatrudniać producentów i na płytach pojawiły się instrumenty elektroniczne, dużo loopów, klawiszowych przestrzeni. Zależało mi na tym, żeby wykreować przestrzeń, która będzie bardzo ciekawa, ale jednocześnie pozwoli tym tekstom wybrzmieć. Żeby strona muzyczna nie konkurowała z warstwą tekstową.

To było też chyba wyzwanie wokalne. Barwy głosu Cohena z ostatnich płyt nie sposób podrobić.

Dlatego nie starałem się go naśladować. Jedyne, co zrobiłem, to zaśpiewałem nisko. Podobny efekt udało mi się zresztą uzyskać już na poprzedniej płycie – „Zbieg”. Pamiętam, że kiedy byłem gościem audycji „Gitarą i piórem”, prowadzący Janusz Deblessem po jednej piosence powiedział: „Śpiewasz tutaj jak Cohen”. Wtedy jeszcze w ogóle nie wiedziałem, że taką płytę nagram. Głosu nie musiałem obniżać, po prostu zaśpiewałem tak, jak mówię, kiedy np. pracuję jako lektor. Dla mnie samego było to duże zaskoczenie – że pojawiły się zupełnie inne środki wyrazu. I że mniej w tym przypadku znaczy więcej. Piosenki Cohena przez to, że śpiewa się je takim niskim, męskim głosem, brzmią jakoś dosadniej.

Nim zająłeś się Cohenem, śpiewałeś własne teksty, wiersze Ernesta Brylla, Karola Wojtyły. Czy dałoby się znaleźć jakiś wspólny mianownik, który te wszystkie projekty łączy?

Wydaje mi się, że kluczem jest mistyka. Myślę, że św. Jan od Krzyża zaistniał w naszej rozmowie nieprzypadkowo. Na mojej pierwszej płycie też się pojawił, bo pokazywałem tam inspiracje duchowe poezji Karola Wojtyły, a on przecież bardzo się wzorował na tym hiszpańskim mistyku. To jest ta duchowość, która w mojej twórczości się przewija. Duchowa strona Cohena jest ciemniejsza, dotyka mroków ludzkiej duszy, ale cały czas jest to szukanie Boga – nie tyle na zewnątrz, ile w swoim sercu. To jest droga, która wiedzie też przez konfrontację z ciemnością w sobie samym. Nie jest to więc łagodna duchowość z pięknymi śpiewami i Bogiem, który klepie cię po ramieniu. Raczej stąpanie nad przepaścią.•

Marcin Styczeń

Rocznik 1978. Wokalista, gitarzysta, kompozytor, autor tekstów, dziennikarz i lektor. Mieszka w Warszawie.

« 1 »
oceń artykuł

Reklama