• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Powstrzymają Catalexit?

    Leszek Śliwa

    |

    GN 41/2017

    dodane 12.10.2017 00:00

    Hiszpania się nie rozpadnie. Separatyści nie mają poparcia nawet większości swych rodaków. Ale rany wywołane próbą oderwania się Katalonii od Hiszpanii będą poważne i jeszcze długo się nie zabliźnią.

    Niedziela, 8 października 2017. Chyba jeszcze nigdy w Barcelonie nie powiewało tyle hiszpańskich flag. Prawie milion osób demonstrowało swój sprzeciw wobec prób oderwania Katalonii od Hiszpanii. Większość ludzi przyniosła na manifestację dwie flagi – oprócz hiszpańskiej także katalońską. Hasła skandowano w obu językach. Z okien mieszkań demonstrantów pozdrawiali ludzie wymachujący hiszpańskimi flagami.

    Głos milczącej większości

    To był w Barcelonie niezwykły widok. Do tej pory ulice miasta były całkowicie opanowane przez separatystów. Około dziesięciu, a może kilkunastu procent mieszkańców zaznacza swoją chęć oderwania się od Hiszpanii, stale ozdabiając balkony mieszkań esteladas – czyli czerwono-żółtymi flagami Katalonii z dodanym trójkątem z gwiazdą. Aż do 8 października nie było nigdzie (z wyjątkiem budynków państwowych) hiszpańskich flag.

    Katalończycy niechętnie mówią o tym milczeniu jednej ze stron konfliktu, i to tej, która według sondaży czy po uwzględnieniu niskiej frekwencji w nielegalnym referendum stanowi większość. Zapytani o to, tracą ochotę do kontynuowania rozmowy, jakby bojąc się, co też sobie zagraniczny dziennikarz pomyśli o ich rodakach. W hiszpańskich mediach są jednak tacy, którzy mówią, że boją się reakcji sąsiadów. Być katalońskim nacjonalistą to może ekstrawagancja, ale w pełni zrozumiała, bo mamy przecież demokrację, wolność wypowiedzi, każdy może myśleć, co chce. Natomiast hiszpański nacjonalizm kojarzy się w Katalonii bardzo mocno z generałem Franco, który zakazywał nawet mówić po katalońsku. Są ludzie, którzy skarżą się, że po wywieszeniu hiszpańskiej flagi byli nazywani przez sąsiadów faszystami. Dlatego jednym z haseł skandowanych w niedzielę było: „Nie jesteśmy faszystami, jesteśmy Hiszpanami”.

    Wielka manipulacja

    Kiedy piszę te słowa, rozstrzygnięcie konfliktu jest jeszcze wielką niewiadomą. Trzeba przyznać, że do tej pory separatyści rozgrywali tę partię szachów po mistrzowsku, a rząd w Madrycie wpadał we wszystkie założone przez nich pułapki.

    Na dzień przed nielegalnym referendum w Katalonii premier Hiszpanii Mariano Rajoy mówił: „Pragnę uspokoić wszystkich Hiszpanów. Referendum się nie odbędzie”. Nie przewidział, że katalońska policja, Mossos d’Esquadra, odmówi mu posłuszeństwa i zamiast zamykać lokale wyborcze, będzie przenosić urny w inne miejsca. W rezultacie hiszpańska policja użyła przemocy i dostarczyła fantastycznych argumentów separatystom, którzy tylko na to czekali. Natychmiast hasło „España nos roba” (Hiszpania nas okrada) zostało zamienione przez separatystów na „España nos pega” (Hiszpania nas bije). Referendum było kompletną farsą. Do rangi symbolu urasta „cud” w małej miejscowości Palol de Revardit. Mieszka tam dokładnie 470 osób łącznie z noworodkami. Tymczasem okazało się, że w referendum oddano tam 992 głosy, w tym 982 za niepodległością. Nawet w oficjalnych wynikach, podanych kilka dni po tym wydarzeniu, jest wiele tego typu absurdów. Nikt na świecie nie mówił jednak o farsie przy urnach, tylko o brutalności policji.

    Jedynie część mediów po kilku dniach od referendum zauważyła, że nawet ta brutalność jest w dużej mierze mistyfikacją. Dziennikarze hiszpańscy w krążących po sieci filmikach i zdjęciach znaleźli wmontowane zręcznie wstawki z wydarzeń, do których doszło gdzie indziej albo w innym czasie.

    Najbardziej szokująca jest historia Marty Torrejillas, która była w komisji w jednym z lokali podczas nielegalnego referendum. 1 października poważny kataloński dziennik „La Vanguardia” zamieścił na swym portalu filmik z jej wstrząsającą relacją. „Policjant złamał mi wszystkie palce u ręki. Łamał je po kolei, jeden po drugim. Potem dotykał mi piersi i śmiał się ze mnie” – mówiła Marta, pokazując dłoń z opatrunkiem. Jej przykład jako bestialstwo policji przywołał wobec zagranicznych dziennikarzy sławny kataloński trener Josep Guardiola. Oficjalnie o zbadanie sprawy wystąpiła burmistrz Barcelony Ada Colau, wstrząśnięta towarzyszącą torturze agresją seksualną. Załączony do opowieści Marty Torrejillas filmik pokazuje, jak policjant wyprowadza ją siłą z lokalu, ciągnąc za rękę. Ona kładzie się na schodach, a on próbuje ją podnieść. Dziennikarze katalońskiej telewizji TV3, zdecydowanie popierającej separatystów, postanowili pójść śladami tej tragedii. I co się okazało? Marta wyznała reporterom TV3, że była w szoku, dlatego mówiła o łamaniu palców, ale tak naprawdę było zupełnie inaczej. Nikt nawet nie próbował łamać jej palców. Nikt też nie dotykał jej biustu ani się z niej nie śmiał. Marta ma tylko stan zapalny przy paznokciu jednego palca (zresztą nie w tej ręce, za którą ciągnął ją policjant) i profilaktycznie założono jej opatrunek na trzy dni.

    Prawdopodobnie niebezpieczeństwo konfrontacji w sądzie sprawiło, że Marta Torrejillas postanowiła wycofać się z kłamstwa.

    Politycy katalońscy doliczyli się 1 października 893 rannych. Sam w to uwierzyłem, dziwiłem się tylko, czemu dziennikarze katalońscy w następnych dniach nie badają losów ofiar. Po kilku dniach okazało się, że nie bardzo jest co badać. Spośród 893 rzekomo rannych noc spędziły w szpitalach... zaledwie cztery osoby! Dwie z nich były trochę potłuczone i następnego dnia wróciły do domu. Hospitalizowani wciąż są dwaj mężczyźni. Jeden z nich, 70-latek, nie brał udziału w zamieszkach i nie ma żadnych obrażeń zewnętrznych. Idąc ulicą, doznał zawału serca. Uratowali go hiszpańscy policjanci, którzy odwieźli go do szpitala. Obecnie czuje się już lepiej. Drugi z tych, którzy wciąż są w szpitalu, rzeczywiście brał udział w zamieszkach. Gumowa kula trafiła go w okolice oka. Na szczęście nie stracił go i wraca już do zdrowia.

    Takie są fakty. U nas po pierwszym lepszym meczu ligowym bywa więcej osób pokiereszowanych, a katalońskie referendum odbyło się przecież w regionie, w którym mieszka 7,5 miliona ludzi, z których podobno 2,2 miliona głosowało. Ranne zostały tylko trzy osoby (zawałowca nie liczę) i nikogo nie zatrzymano. Niemniej jednak media na całym świecie wciąż powtarzają, że wskutek brutalnej interwencji policji zostało rannych prawie 900 osób.

    Ale to nie jedyne zwycięstwo propagandowe Carlesa Puigdemonta. Co chwilę słychać w mediach jego gorące apele do rządu w Madrycie o wycofanie z Katalonii brutalnych hiszpańskich policjantów. Przebywałem w Barcelonie przez kilka dni, chodziłem po mieście wzdłuż i wszerz i widziałem ich tylko w niedzielę, gdy ochraniali manifestację. Po jej zakończeniu natychmiast wyjechali. Światowa opinia publiczna sądzi jednak, że mundurowi chodzą codziennie po ulicach z bronią gotową do strzału i polują na zwolenników niepodległości Katalonii.

    Władze tego regionu zachowywały się więc do tej pory zręcznie, szkoda tylko, że z uczciwością miało to niewiele wspólnego. Władze Hiszpanii zachowywały się uczciwie, szkoda tylko, że ze zręcznością miało to niewiele wspólnego.

    fanatycy

    Dość długo hiszpańska opinia publiczna sądziła, że premier Katalonii Carles Puigdemont prowadzi swoistą grę z Hiszpanami, domagając się kolejnych przywilejów dla swojego regionu. Tak było przez wiele lat, dlatego nawet ci Katalończycy, którzy czują się Hiszpanami, w większości głosowali w wyborach na regionalne partie, by wytargowały jak najwięcej od Madrytu. Idea niepodległości była straszakiem, którego nikt nie traktował poważnie. Teraz jednak to już nie jest gra. Władzę w Katalonii opanowali fanatyczni nacjonaliści. Za ideę niepodległości są gotowi nawet pójść do więzienia. Madrycki dziennik „ABC” ujawnił niedawno, że w grudniu 2016 roku władze Katalonii próbowały kupić dla kontrolowanej przez siebie policji Mossos d’Esquadra znaczne ilości nowoczesnego uzbrojenia. Hiszpańskie ministerstwo obrony zablokowało ten kontrakt i poprosiło Carlesa Puigdemonta o wyjaśnienia. Odpowiedzi nie było.

    Rząd Hiszpanii w tym konflikcie ma poparcie większości Katalończyków. Mimo to jest jednak w trudnej sytuacji. Każde rozwiązanie siłowe grozi rozpętaniem się wojny domowej. Do tej pory było tak, że gdy demonstrowała jedna strona konfliktu, druga znikała z ulic. Nie było żadnej kontrmanifestacji. Ale społeczeństwo jest tam dramatycznie podzielone. Wprawdzie wszyscy Katalończycy, z którymi rozmawiałem, byli pewni, że wojny domowej nie będzie, jednak przyszłość jest jedną wielką niewiadomą.

    &nbsp

    Tak myślą Katalończycy

    Josep pracownik baru koło stadionu Camp Nou

    Od piętnastego roku życia walczę o niepodległość Katalonii. Wreszcie moje marzenie się spełni. Na pewno się uda. Nawet jeśli Hiszpanie wyprowadzą czołgi na ulice, to Unia Europejska ich od razu wyrzuci. Nie mają żadnych szans.

    Lili urzędniczka (na zdjęciu z mężem i córką)

    Nie chcę, by Katalonia oddzieliła się od Hiszpanii. Separatystów jest wielu, ale jestem pewna, że ludzi myślących tak jak ja jest w Katalonii więcej. Separatyści zupełnie ignorują to, że większość Katalończyków zbojkotowała ich referendum.

    Sandra recepcjonistka w hotelu w centrum miasta

    Zawsze byłam przeciwko niepodległości, właściwie dalej jestem, ale ostatnio to już sama nie wiem, co mam myśleć. Rząd   w Madrycie nas lekceważy, w czasie referendum policja brutalnie interweniowała. Mam wrażenie, że nikogo w Hiszpanii nie obchodzi nasze zdanie.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół