• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Polska, dawaj! 2018

    Piotr Legutko

    |

    GN 41/2017

    dodane 12.10.2017 00:00

    Mamy awans, mamy drużynę na mundial w Rosji. I kapitana, którego świat nam zazdrości.

    Polska reprezentacja piłkarska po raz ósmy w historii pojedzie na mistrzostwa świata w piłce nożnej. Podczas dwóch ostatnich turniejów – w Korei (2002) i w Niemczech (2006) – już sam awans wydawał się wielkim sukcesem. Zwłaszcza że później przez dekadę nie udawało nam się go wywalczyć. Ale dziś Polska notowana jest bardzo wysoko w rankingu FIFA, awans był więc niejako obowiązkiem. Nagrodą – zakwalifikowanie naszej reprezentacji do ósemki najlepszych drużyn w Europie. Oznacza to, że 1 grudnia w Moskwie podczas losowania grup mistrzostw świata Polacy znajdą się w pierwszym koszyku razem z gospodarzami i sześcioma innymi najlepszymi drużynami z rankingu FIFA.

    Po zakończeniu ostatniego, zwycięskiego spotkania z Czarnogórą na stadionie narodowym podopieczni Adama Nawałki włożyli koszulki z napisem: „Polska, dawaj! 2018” i wykonali rundę honorową wokół boiska, dziękując kibicom za doping. Trybuny długo świętowały, a w szatni piłkarzy pojawił się z gratulacjami prezydent Andrzej Duda.

    Sukces reprezentacji niejako spadł nam z nieba, bo przyszedł paradoksalnie w momencie wielkiej smuty w polskiej piłce. Po obiecującym roku 2016 nastąpiło tąpnięcie. Kluby sięgnęły dna, odpadając z wszystkich możliwych rozgrywek międzynarodowych w rekordowym tempie. Najlepsi gracze wyjechali za granicę, poziom ligi wygląda tragicznie, piękne, nowo wybudowane stadiony zaczynają świecić pustkami, prezesi jeszcze szybciej niż zazwyczaj wymieniają trenerów, chuligani zaczynają terroryzować piłkarzy. I tylko kadra Adama Nawałki ratuje psychikę polskich kibiców przed całkowitą depresją.

    Uśmiech losu

    Otwierając szampana, warto jednak pamiętać, że w tych eliminacjach sprzyjało nam szczęście. Najpierw podczas losowania, kiedy Polsce przydzieleni zostali rywale średniej klasy. Tym razem nie przyszło więc kadrze toczyć dramatycznych bojów z Portugalią, Anglią albo Niemcami. W opinii ekspertów po znakomitej postawie na boiskach Francji byliśmy faworytami grupy E. Tyle że nie zawsze faworyci wygrywają, a Polska nie miała dotąd okazji, by przyzwyczaić się do takiej roli.

    Zaczęło się od wpadki. Z Kazachstanem w Astanie Polska zaledwie zremisowała 2:2 mimo prowadzenia 2:0. Potem, po heroicznym boju, udało się wygrać z Danią 3:2, ale – znów – nasza reprezentacja po strzeleniu trzech goli stanęła i do końca wynik wisiał na włosku. Po raz trzeci to samo przeżywaliśmy w ostatnim meczu z Czarnogórą, gdy prowadząc 2:0, daliśmy sobie strzelić dwie bramki w ciągu pięciu minut.

    Być może te eliminacje mentalnie wygraliśmy w wyjazdowym meczu z Rumunią, zakończonym pewnym zwycięstwem 3:0. To był przełom, bo przecież nawet w udanych eliminacjach do ostatnich mistrzostw Europy kadra Nawałki na wyjazdach nie potrafiła sobie poradzić nie tylko z Niemcami (co zrozumiałe), ale nawet ze Szkocją czy Irlandią. Mecz z Rumunią był prawdopodobnie najlepszy w naszym wykonaniu, a potem przyszła kolejna wyjazdowa wygrana – z Czarnogórą, jeszcze ważniejsza, bo osiągnięta po… słabym spotkaniu, ale nad ówczesną rewelacją grupy – drużyną, która pokonała Duńczyków w Kopenhadze. Pokazaliśmy, że – jak w stadionowej piosence – gramy do końca, bo przepiękna bramka Łukasza Piszczka padła na parę minut przed ostatnim gwizdkiem. Jeszcze raz los uśmiechnął się do nas w meczu z Armenią w Warszawie, gdy zwycięskiego gola strzeliliśmy w piątej minucie doliczonego czasu gry.

    Kapitan i lider

    Wszyscy kibice pamiętają tamtą „główkę” Roberta Lewandowskiego. Jak wycenić wkład naszego kapitana w awans? Bezcenny! Strzelił w eliminacjach 16 bramek, ale statystyki nie mówią wszystkiego. Trzy gole w meczu z Danią, trzy z Rumunią, trzy z Armenią na wyjeździe – i wszystko jasne? Nie, bo przecież tamten gol strzelony Ormianom na 2:1 w 95. minucie był jeden, ale na wagę trzech punktów. Podobnie trzeba wycenić bramkę strzeloną w ostatnim meczu batalii o mundial w Rosji. Gdy drużyna była w dołku, bo pozwoliła Czarnogórcom strzelić dwa gole i mogła roztrwonić wysiłek włożony w 10 spotkań, to właśnie Lewandowski po indywidualnej akcji wyprowadził Polskę na prowadzenie. Sportowa złość na siebie i kolegów nie mogła z niego opaść jeszcze długo po zakończeniu meczu. Gdy na boisko wpadł Zbigniew Boniek, by pogratulować swemu kapitanowi, ten wcale się nie uśmiechał, ale z dezaprobatą kiwał głową, tłumacząc prezesowi (a potem dziennikarzom na konferencji prasowej), że z taką grą Moskwy nie podbijemy.

    – Zrobiliśmy dopiero pierwszy krok – mówił Robert Lewandowski podczas stadionowej fety, dziękując kibicom za fantastyczny doping. Wielu komentatorów było wręcz zaskoczonych tym tonowaniem entuzjazmu, ale właśnie taka postawa może napawać optymizmem. Lider drużyny jest profesjonalistą i najlepiej wie, jak dużo Polsce jeszcze brakuje, by faktycznie należeć do światowej piłkarskiej ekstraklasy. A z pewnością w Rosji nie będzie go satysfakcjonował klasyczny mundialowy zestaw: „mecz otwarcia, mecz o wszystko, mecz o honor”. Lewandowski przyzwyczaił się w Bayernie do gry o najwyższe cele, tego też wymaga od siebie i kolegów z reprezentacji. Zapewne śni mu się też po nocach sromotne lanie 0:4, jakiego doznaliśmy w Kopenhadze. Wtedy obyło się bez konsekwencji, ale tamtą porażkę trzeba uznać za bardzo ważne doświadczenie, bo nic tak dobrze nie robi na bujanie w obłokach jak kubeł zimnej wody.

    Krótka ławka, krótka kołdra

    Trudno sobie wyobrazić w Rosji reprezentację Polski bez Lewandowskiego. Jest dziś nie do zastąpienia. Od co najmniej dekady wiadomo, że „Lewy” to piłkarz wybitny, światowa klasa, ale w kadrze Smudy czy Fornalika jego potencjał nie był właściwie wykorzystywany. U Nawałki jest inaczej. Kapitan rządzi i to widać na boisku.

    Ostatnie dwa mecze pokazały też, jak ważną postacią w narodowej drużynie jest Grzegorz Krychowiak. Jego powrót zmienił oblicze reprezentacji – na plus. Na minus można zaliczyć zejście z boiska Łukasza Piszczka po pierwszej połowie meczu z Czarnogórą z powodu kontuzji. Niestety, nie mamy zmienników dla naszych najjaśniej świecących gwiazd. – Głównym problemem tej kadry jest krótka ławka – potwierdza Jacek Gmoch w rozmowie z „Gościem”.

    Doświadczony trener, który święcił z polską reprezentacją sukcesy na mundialach w Niemczech (1974) i Argentynie (1978), martwi się, bo brak konkurencji jest problemem w każdej drużynie. I choć mamy kilku piłkarzy niewątpliwie wybitnych, to wystarczą kontuzje (jak w wypadku Arkadiusza Milika) lub żółte kartki, by nasza jakość gry znacząco się obniżyła. Dodatkowym problemem jest fakt, że wielu kluczowych piłkarzy reprezentacji nie mieści się w podstawowych składach swoich zachodnich klubów. To przypadek Krychowiaka, który wypadł z kadry, bo nie grał w Paris Saint-Germain. Na szczęście zmienił ligę francuską na angielską i wrócił do normalnej dyspozycji. Ale zniknął nam z oczu (i z kadry) Bartosz Kapustka, odkrycie ostatnich mistrzostw Europy. Polską ligę opuszczają za nim kolejne młode talenty aspirujące do reprezentacji. Teoretycznie mają się w ten sposób rozwijać, grając w bardziej wymagającym towarzystwie, ale praktycznie rozwijać się przestają, bo mecze oglądają z wysokości ławki rezerwowych.

    Ale dość narzekania. Jedziemy w 2018 roku na podbój Rosji i mimo wszystkich problemów wcale nie będziemy tam bez szans. Dlaczego? – Bo o sukcesach nie decydują pieniądze czy nawet umiejętności poszczególnych zawodników, ale mentalność, wola walki, morale drużyny – wylicza Jacek Gmoch. A te elementy w polskiej reprezentacji wyglądają jego zdaniem bardzo obiecująco. Widać to zresztą gołym okiem.

    Jest drużyna!

    Mamy zespół, a nie przypadkowy zestaw piłkarzy zbierających się na mecze reprezentacji. Pięć lat temu nasze gwiazdy z zagranicznych lig zaufały trenerowi bez wielkiego doświadczenia, na którego uparł się prezes Boniek. Zapewne dlatego, że piłkarze zobaczyli w nim perfekcjonistę nastawionego na sukces. Krążą legendy o „dziwactwach” Adama Nawałki, ale jego metody okazują się skuteczne. Reprezentacja na pewno nie potrafi wciąż grać na równym, wysokim poziomie, upada, ale potrafi się podnieść (jak po laniu w Kopenhadze), często śpi na boisku, ale jest w stanie się we właściwym momencie obudzić (jak w niedzielę w Warszawie). I to jest jej siła. – Determinacja jest potrzebna, żeby w takich kluczowych momentach rozstrzygać losy meczu na swoją korzyść – przyznał selekcjoner po dramatycznym meczu na PGE Narodowym.

    Jacek Gmoch zna Adama Nawałkę od blisko 40 lat. To on powołał go do kadry i zabrał na mundial do Argentyny, a dziś, odwołując się także do swojego doświadczenia pracy w klubach zagranicznych, uważa polskiego selekcjonera za mistrza w swoim fachu. – Adam jest teraz „na topie”, a inni trenerzy mają się czego od niego uczyć – zapewnia. Dodając od razu, że sukces trenera nie byłby możliwy bez wsparcia prezesa PZPN. I właśnie w obecnym sposobie funkcjonowania piłkarskiej centrali, całkowicie odmiennym od tego, co działo się za czasów działaczy – „leśnych dziadków”, Gmoch upatruje genezę obecnych sukcesów reprezentacji. – Nawałka i Boniek doskonale znają się nie tylko na piłkarskiej kuchni. Są także sprawnymi organizatorami. Świetnie ustawili wszystkie elementy logistyczne w kadrze, dbają o każdy detal, wszyscy pracują na końcowy wynik – chwali swoich następców były selekcjoner.

    Z pewnością miejsce, jakie zajmujemy obecnie w rankingu FIFA, nie oddaje faktycznej klasy polskiej reprezentacji. Do Rosji pojedziemy wyposażeni w spory kredyt od losu. Nie wypada go teraz zmarnować. 

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół