• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Ekstremalna droga Orlika

    Agata Puścikowska

    |

    GN 40/2017

    dodane 05.10.2017 00:00

    Nic nie zapowiadało kataklizmu. A przyszedł. Stał się pokutą i miłosierdziem.

    Sierpniowy piątek. Upał, jak to w wakacje. Poruszająca się na wózku s. Otylia modliła się i pisała listy do przyjaciół. Młodziutka s. Faustiana popołudnie spędziła w ogrodzie, wśród drzew, świętych figurek i stacji drogi krzyżowej zawieszonych na smukłych sosnach. A s. Mirona wyjechała do Gniezna. Do dziś zastanawia się: „Dlaczego mnie wtedy z nimi nie było...”.

    Niedaleko Orlika, w Główczewicach, rodzina Warnke cieszyła się narodzinami najmłodszego dziecka, Fabianka. Kilka dni wcześniej wrócił z mamą ze szpitala. A pani Zofia z córką Julcią z Wysokiej Zaborskiej akurat przebywała u znajomych, od domu ponad 20 kilometrów.

    Orlik ze skały

    Siostra Mirona, przełożona prowincjalna Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek od Pokuty i Miłosierdzia, oprowadza po orlickich włościach. Włości dostały od natury w kość. Półtora miesiąca po nawałnicy panuje tu porządek. Setki drzew, które w kilka chwil nawałnica przewróciła i wyrwała z korzeniami, zostały pocięte i poukładane w kubiki. Do uporządkowania pozostał duży las obok. Ale tego już 40 zakonnic nie jest w stanie zrobić.

    – Właśnie mija 150 lat, jak jesteśmy w Polsce. Taki to nasz jubileusz – s. Mirona uśmiecha się. – Najpierw przyleciały na dach klasztoru bociany. Aż dziewięć. Usiadły zmęczone, przestraszone. Byłyśmy zdziwione, bo nigdy czegoś takiego nie widziałyśmy. Następnego dnia jechałam do Gniezna. Dziwiło mnie, że widzę dużo dzikich zwierząt na drodze. Jakby wszystkie uciekały.

    Piątkowego wieczoru nic nie zapowiadało nieszczęścia. Siostry po modlitwach kładły się spać. Aż nagle... – Słyszę wielki świst i gwizd! Bałam się spojrzeć w okno. Drzewa się przewracały jak zapałki. Myślałam, że to koniec świata – opowiada najstarsza z franciszkanek s. Otylia, powstrzymując łzy. – Zaczęłam się modlić do Bożego Miłosierdzia, żeby nam się nic nie stało. Wyjechałam wózkiem na korytarz, tam już szła woda, wiało. Siostry się mną zaopiekowały. Wszystko ucichło po pół godzinie. Bóg nas uratował, żadnej nic się nie stało.

    Nie było prądu. Siostra Otylia do dziś blisko łóżka trzyma lampkę ledową. Na wszelki wypadek. – W nocy, gdy przyszła ta nawałnica, nie było czasu myśleć. Biegałyśmy i ratowałyśmy co się da. Gdy nad ranem zrobiło się jasno, nie wierzyłyśmy własnym oczom – opowiada s. Faustiana, nowicjuszka. – Wielki żal, że takie zniszczenia. I wielka bezradność. Z drugiej strony też jakaś... wdzięczność. Że nam się nic nie stało, że 70-letnie drzewa nie uszkodziły mocno dachu i murów, bo upadając, zatrzymywały się dosłownie kilkanaście centymetrów od domu. Wszystkie drzewa w ogrodzie, na których były stacje drogi krzyżowej, ocalały. Podobnie kapliczki ze św. Franciszkiem, Bernadettą i Matką Bożą z Lourdes.

    – Gdy dowiedziałam się, że u nas stało się coś złego, natychmiast zawróciłam. Próbowałam się dodzwonić do domu, telefony nie działały. Od Chojnic były już zniszczenia. A im bliżej Orlika, tym trudniej było się przebijać przez drogę. Dom ujrzałam z daleka. Wiedziałam wtedy, że jest bardzo źle, bo wcześniej był schowany w gęstym lesie – opowiada s. Mirona.

    Przyjeżdżali też od samej nocy sąsiedzi z okolicznych wiosek, pytając, czy siostrom nic nie jest. Troszczyli się, oferowali pomoc, mimo że sami stracili tak wiele...

    Punkt dowodzenia

    Pomoc zaczęła najpierw docierać do poszkodowanych wzdłuż głównych dróg, w większych miejscowościach. Maleńkie, otoczone gęstymi lasami, Główczewice czy Wysoka Zaborska, czyli sąsiednie miejscowości Orlika, dość długo musiały radzić sobie same. – Dojechać tam autem nie było można, bo drzewa leżały wszędzie. Musiałyśmy dotrzeć do ludzi. Młodsze siostry zapakowały chleb i wodę do plecaków. I wsiadły na rowery albo szły piechotą. Jedna z sióstr włożyła co się dało do starej walizki na kółkach, doczepiła ją do roweru i tak pojechała – mówi s. Mirona.

    – Widziałam rozpacz ludzi, którzy stracili część domu, zabudowania gospodarcze, a przede wszystkim poczucie bezpieczeństwa – opowiada s. Faustiana. – Przywoziłyśmy im chleb, ale widziałam, że tu bardziej potrzeba dobrego słowa i obecności. Potrzebowali nadziei i zapewnienia, że nie są sami...

    – Przyszłam do starszego pana. Był załamany, mówił o samobójstwie. Dom był zrujnowany – wspomina s. Mirona. – Rozmawialiśmy długo. Trudna to była rozmowa... Obecnie pan otrzymał pomoc, odbudowuje dom.

    Siostra Mirona zaczęła mówić o swoich sąsiadach w mediach. Powstała też facebookowa grupa wsparcia „Pomoc mieszkańcom Kaszub i Borów Tucholskich po huraganie”, na której siostry są aktywne. I dzień po dniu stało się tak, że duża część pomocy od ludzi dobrej woli przychodziła właśnie do sióstr z Orlika. By siostry przekazywały ją dalej. A franciszkanki coraz mocniej angażowały się w pomoc poszkodowanym. – Materiały budowlane z całej niemal Polski, ubrania, chemia gospodarcza, koce, śpiwory. To wszystko przyjeżdżało do nas przez wiele dni, tygodni. Do tej pory jeszcze przyjeżdżają transporty. Rozdzielamy dary, przekazujemy potrzebującym – opowiada s. Mirona. – To takie nagłe zadanie dla nas, zaskakujące i ogromnie trudne. Ale potrzebne – stwierdza. Do dziś s. Samuela, gdy jedzie gdzieś samochodem, zabiera ze sobą jedzenie, środki czystości, przeróżne dobra. I tak jakoś się układa, że gdzie się zatrzyma, tam akurat znajdzie potrzebującego, chętnego na zawartość bagażnika. Mówią więc o klasztorze: „nieformalny punkt dowodzenia”, „sztab kryzysowy u sióstr”. Siostry z Orlika, mimo że same nadal potrzebują pomocy przy wycince zniszczonych drzew i porządkowaniu terenu, opiekują się 12 rodzinami z okolicy. Zwracają też uwagę, że gdyby nie współpraca z lokalnymi władzami, pomoc ludziom byłaby bardzo utrudniona.

    Niebieski dach nad głową

    Nawałnica zabierała i niszczyła wszystko na wysokości powyżej 3 metrów. Niektóre domy są niemal zupełnie zniszczone. Jak u państwa Warnke w Główczewicach. Rodzina mieszkała w murowanym domu z użytkowym poddaszem. Teraz mieszkają w kontenerze. W przyczepach reszta rodziny. – Siostry zaproponowały żonie i dzieciom schronienie. Ale żona chce być z nami, doglądać wszystkiego, pomagać jak się da... – mówi pan Arek. – Jak się ochłodzi, to będzie musiała do sióstr na trochę iść. Nie wiem, czemu nam się to wydarzyło. – Jak tak zaczęło wiać, to po prostu się modliłam – opowiada Ania, najmłodsza siostra Arkadiusza. – Wszyscy zebraliśmy się do Różańca – dopowiada starszy brat. – Jak po chwili ucichło, to z mężczyznami wyszliśmy ratować co się da. Z latarkami chodziliśmy po domach, kilkanaście godzin bez odpoczynku oczyszczaliśmy drogi z powalonych drzew. Nie myślało się o niczym, tylko działało.

    Myślenie przyszło, gdy opadła adrenalina. Przyszedł też wielki ból. Ale i wtedy trzeba było się wziąć do roboty, powoli zebrać materiały potrzebne do odbudowy. – Dajemy radę, dziękujemy za dary. Musimy poradzić sobie, żeby jakoś przed zimą skończyć. Za chwilę robimy strop, będziemy odbudowywać dach – mówi pan Arkadiusz. Jego pasja – prowadzenie świetnego (!) klubu piłki nożnej dla ministrantów przy klasztorze w Orliku – będzie musiała poczekać. Zresztą na razie na boisku i tak leżą pocięte drzewa...

    Kilka kilometrów dalej. Wysoka Zaborska. Pani Zofia, jak mówi o sobie: „osoba niedosłysząca”, i jej 8-letnia długowłosa Julka. Mieszkają z bratem pani Zofii w niewielkiej przyczepie kempingowej. Śpią raczej, ułożeni bardzo ściśle, bo mieszkać to tam się nie da. Niedługo przed nawałnicą pani Zofia wyremontowała skromny dom. Dach zabrała wichura, wszystko zalały strugi deszczu. Dziś kolorowe pokoje mają niebieski dach z nieba. Ale im bliżej zimy, tym niebo mniej błękitne, a bardziej stalowo-zimne. – Wtedy, w sobotę, byłyśmy z Julką u znajomych. W nocy przyszedł huragan. Od razu chciałyśmy wrócić do domu, ale jak, gdy drogi nieprzejezdne? Szłyśmy do domu piechotą, przez te krzaki, drzewa zwalone. Moja Julka, dzielna, nie skarżyła się ani trochę – opowiada pani Zofia.

    – Bardzo płakałam, bo mi trampolinę zniszczyło... A ja na tę trampolinę wiele czasu zbierałam pieniążki – opowiada Julka.

    Opowiedziała o tej swojej zniszczonej trampolinie w telewizji. Dobrzy ludzie usłyszeli i przysłali (na adres sióstr z Orlika) wiele trampolin. Dostały je niemal wszystkie okoliczne dzieci. Taka skacząca terapia w czasie dramatycznym. – Byłam przerażona, bo zniszczyło też dach na naszej stodole. Naprawiliśmy sami, z bratem – pani Zofia pokazuje nowy dach. – Musimy się trzymać razem, bo inaczej to by się przyszło załamać. Do pomocy przy pracy przychodzą też młodziutkie siostry z Orlika. Pracują jak chłopy, a takie drobniutkie... Marzę tylko, by na Wigilię usiąść przy własnym stole. I żeby mieć nad nim prawdziwy dach.

    Siostra Mirona prowadzi z powrotem do Orlika. Prowadzi drogą leśną, krętą, która do niedawna służyła jako trasa Ekstremalnej Drogi Krzyżowej. Bardziej ekstremalna niż teraz być nie może.

    Ten czas to pokuta czy miłosierdzie? – Mimo wszystko widzę więcej miłosierdzia, ludzkiego dobra, chęci pomocy, dużo modlitwy i zawierzenia. Mnie nauczyło to dystansu do spraw mało istotnych, do codziennej gonitwy, pilnowania spraw, porządków. Wszystko, co ludzkie, kiedyś przeminie. A nad tym wszystkim jest Pan Bóg.

    Pozostałości zakonnego ogrodu. Na połowie sosny, przełamanej przez wicher, Pan Jezus wisi na krzyżu. Dwunasta stacja drogi krzyżowej. Inne drzewa wokół już nie istnieją, a to drzewo z Jezusem, choć obłamane, stoi. On też przeżył nawałnicę.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół