• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Reparacje dla wybranych

    Jacek Dziedzina

    |

    GN 37/2017

    dodane 14.09.2017 00:00

    W październiku 2010 roku Niemcy zapłaciły ostatnią ratę odszkodowań dla Wielkiej Brytanii i Francji… za I wojnę światową. Pewnie do dziś Francuzi i Anglicy rumienią się ze wstydu, że tyle lat po wojnie nękali swoich niemieckich partnerów.

    Trudno pisać o tym bez ironii czy nawet sarkazmu. Pomijając bowiem różne okoliczności historyczne, w jakich zapadały decyzje o reparacjach wojennych dla Francji i Wielkiej Brytanii, a także to, że dotyczyły one I wojny, a my mówimy głównie o II wojnie, pomijając także spór prawny o domniemane (czy raczej rzekome) zrzeczenie się przez Polskę odszkodowań, głównym argumentem, jakim żonglują przeciwnicy podejmowania tego tematu, jest „zamierzchłość” sprawy. Krótko mówiąc: zbyt wiele czasu upłynęło, by do tego wracać. I dalej: zbyt wiele nas z Niemcami łączy, by podnoszeniem kwestii odszkodowań psuć dobre relacje z sąsiadami. Tymczasem niezależnie od motywacji samych pomysłodawców, którzy wpuścili ten temat w obieg, i niezależnie od możliwości politycznych oraz prawnych w ewentualnym wyegzekwowaniu jakichkolwiek reparacji, jedno jest pewne: jako kraj, który poniósł najwięcej strat materialnych i ludzkich w czasie II wojny światowej, jesteśmy na szarym końcu beneficjentów jakiejkolwiek materialnej formy zadośćuczynienia.

    Odpowiedzialność „ponoszona”

    Zacznijmy od… obrony Niemców. Obrony przed oskarżeniami, że zrzucają z siebie odpowiedzialność za II wojnę światową, przypisując winę „beznarodowym” nazistom, tudzież hitlerowcom. Tak się już utarło w polskiej debacie publicznej – zwłaszcza po prawej stronie – że Niemców oskarża się o relatywizowanie historii, polegające właśnie na wypieraniu prawdy o nazistowskim uwiedzeniu znacznej części niemieckiego społeczeństwa. Owszem, jest problem, a to z Eriką Steinbach i Związkiem Wypędzonych, a to z narracją historyczną w serialu „Nasze matki, nasi ojcowie”, a to z jeszcze innymi próbami zacierania pamięci o prawdzie tamtego czasu. Jednak oficjalne wypowiedzi najważniejszych polityków niemieckich nie pozostawiają wątpliwości. Przykład z 1 września tego roku: ambasador Niemiec w Polsce Rolf Nikel napisał na Twitterze: „Obchodzimy dziś rocznicę zbrodniczej napaści na Polskę – dokonanej z premedytacją z rąk Niemców i w imieniu Niemiec”. Idźmy wyżej. Kanclerz Angela Merkel na nagraniu zamieszczonym na oficjalnej stronie Urzędu Kanclerskiego mówiła: „W czasach nazizmu Niemcy siali strach i grozę na świecie; zginęły miliony ludzi, przede wszystkim w obozach koncentracyjnych; doszło do zagłady Żydów”. Merkel dodała też, że z tego faktu wynika „nieustająca odpowiedzialność ponoszona przez Niemców za historię”. Z innych barw politycznych – dawny lider niemieckich Zielonych i były szef niemieckiej dyplomacji Joschka Fischer w swoich pamiętnikach, wydanych i rozchodzących się jak ciepłe bułeczki, napisał: „Niemcy ponoszą nadal historyczną i moralną odpowiedzialność za zbrodnie popełnione w czasie wojny. Polska strasznie wycierpiała na skutek niemieckiej okupacji w II wojnie światowej, a narodowo-socjalistyczne Niemcy chciały pozbawić ten europejski naród o długich tradycjach elit, mordując je, oraz zdegradować go do roli narodu niewolników dla Rzeszy Wielkoniemieckiej”. I wreszcie Joachim Gauck, jeszcze jako prezydent Niemiec, na łamach dziennika „Sueddeutsche Zeitung” przyznał, że „Niemcy muszą być świadomi, że są potomkami tych, którzy w czasie II wojny światowej pozostawili w wielu krajach ślady spustoszenia. (…) Znający swoją historię kraj powinien wysondować, jakie możliwości zadośćuczynienia istnieją”. Ani słowa o „kosmitach – nazistach”, z którymi Niemcy jako naród nie mają nic wspólnego.

    Ta obrona Niemców przed oskarżeniem o wypieranie prawdy o historii ma oczywiście swoje drugie dno: skoro powyższe cytaty wskazują na ich poczuwanie się do odpowiedzialności, logiczną konsekwencją jest również oczekiwanie na jakąś formę zadośćuczynienia. Zwłaszcza ostatnie zdanie Joachima Gaucka powinno być dobrym punktem wyjścia, tym bardziej że słowa te wypowiedział w kontekście żądań ze strony Grecji, która bezskutecznie starała się o reparacje za II wojnę światową. I tak też odebrano wówczas słowa Gaucka – jako otwarcie pewnej furtki do rozmów na ten temat. Oczywiście ani Gauck nie zrobił nic więcej w tej kwestii, ani żaden inny znaczący polityk niemiecki, niemniej jeśli traktować poważnie deklaracje kanclerz Merkel o „nieustannej odpowiedzialności ponoszonej przez Niemców za historię”, należałoby zadać pytanie, czym konkretnie to „ponoszenie” miałoby się przejawiać.

    Nie w naszym imieniu

    Z reparacjami od Niemiec Polska ma problem polityczny i prawny już od wspomnianej na początku I wojny światowej. Argumentem przeciwko wypłacaniu nam pieniędzy – tak jak Francji i Wielkiej Brytanii – było to, że Polska jako państwo odrodziła się dopiero po zakończeniu działań wojennych, a w czasie podpisywania rozejmu formalnie nie istniała, bo jej terytorium znajdowało się pod zaborami. Tyle że Polacy nie tylko aktywnie brali udział w tej wojnie, ale też terytoria przyszłej II Rzeczypospolitej poniosły dotkliwe straty, nie mniejsze niż Francji czy Wielkiej Brytanii, które do 2010 roku otrzymywały regularnie wypłatę niemieckich reparacji. Polsce przyznano wprawdzie ponad 6 proc. wysokości reparacji (8,5 mld marek w złocie), jednak tworzone od podstaw państwo było zbyt słabe, by te środki wyegzekwować i w rezultacie nigdy ich nie otrzymaliśmy. W tym kontekście – słabości państwa – należy rozumieć również rzekome zrzeczenie się przez nas reparacji po II wojnie światowej. Rzekome, bo deklaracja komunistycznych władz z 1953 roku (zresztą nie ma po niej śladu w postaci oficjalnego dokumentu, poza informacją w partyjnej prasie) nie była stanowiskiem suwerennego rządu polskiego, tylko rządzonej z Moskwy kolonii. Ponadto deklaracja ta dotyczyła jedynie NRD, jako bratniego sąsiada, któremu socjalistyczni krewni ze Wschodu życzliwie darowali długi. PRL nie uznawała wówczas RFN jako państwa niemieckiego, więc tym samym zrzeczenie się reparacji nie mogło dotyczyć zachodnich Niemiec. Warto przypomnieć, że konferencja poczdamska z 1945 roku przyznała Polsce 15 proc. reparacji, wypłacanych… na rzecz ZSRR. I to Moskwa właśnie miała decydować o sposobie rozdzielenia tych środków (w efekcie Polska dostała tylko 2 proc. z tej kwoty). W tym też kontekście należy postrzegać rzekome zrzeczenie się przez nas reparacji. Problem w tym, że na ten socjalistyczny gest marionetkowego rządu w PRL do dziś powołują się już zjednoczone Niemcy. Ewentualnie na zdawkową, rzuconą od niechcenia, „deklarację” premiera Marka Belki, który w 2004 r. zapytany przez dziennikarzy o reparacje, powiedział krótko, że sprawa „jest zamknięta”.

    Ochłapy rzucone

    Przeciwnicy występowania o reparacje przywołują również argument, że Niemcy wypłaciły ofiarom wojny świadczenia o charakterze humanitarnym. Owszem, specjalna niemiecka ustawa odszkodowawcza (już po zjednoczeniu Niemiec) nakazywała wypłacić poszkodowanym Polakom 2 mld marek w ciągu 10 lat (1996–2006). Do tego dochodzi drugie 2 mld marek, wypłaconych przez Fundację „Pamięć, Odpowiedzialność, Przyszłość” w analogicznym czasie. Tyle tylko, że dzieląc te kwoty na liczbę beneficjentów, realne świadczenia przypadające na konkretne osoby okazały się naprawdę symboliczne. Bo jeśli za kilka lat przymusowej i niewolniczej pracy w niemieckich obozach ktoś otrzymał kilka tysięcy złotych, to o jakiej rekompensacie można mówić? Ale nawet gdyby te odszkodowania dla konkretnych ofiar były dużo większe, to i tak nie pokryłyby wszystkich strat wojennych, jakie ponieśliśmy. A mówimy o naprawdę gigantycznych kwotach. Już w 1947 roku Biuro Odszkodowań Wojennych wyliczyło, że same straty rzeczowe wyniosły prawie 90 mld zł. Osobno wyliczono straty w rolnictwie, lasach oraz szkolnictwie – w sumie dawało to prawie 18 mld zł. Jednak prawdziwe wrażenie robią dane o stratach w produkcji – blisko 170 mld zł. W 2004 roku z różnych wyliczeń wynikało, że straty te, biorąc pod uwagę aktualną wartość pieniądza, można liczyć w okolicach 500 mld euro! O stratach nieprzeliczalnych na żadne złotówki, marki czy dolary nie trzeba chyba przypominać.

    Równi i równiejsi

    Temat reparacji od Niemiec co jakiś czas wypływa również w Grecji. Tam sprawa jest jednak jeszcze trudniejsza niż w Polsce. W 1960 roku bowiem, na mocy porozumienia obu stron, Grecja otrzymała 115 mln marek niemieckich. W umowie strona grecka wyraźnie deklarowała, że tym samym wszystkie jej roszczenia zostały zaspokojone. Temat zaczął jednak wracać w 2015 roku, gdy targana kryzysem Grecja, będąca pod silnym naciskiem właśnie Niemiec, zaczęła domagać się wypłaty prawie 280 mld euro. Z jednej strony Niemcy mogą pomachać im dokumentem, w którym sami Grecy rzeczywiście zrzekają się dalszych reparacji. Z drugiej poczucie niesprawiedliwości wśród Greków jest olbrzymie, bo okazuje się, że po latach państwo, któremu nie tylko darowano długi, reparacje, ale które skorzystało również z planu Marshalla, przyciska swoich dawnych wierzycieli, by wywiązali się ze zobowiązań wobec strefy euro i – przede wszystkim – niemieckich banków. Trudno o bardziej czytelną ironię historii.

    Trudno też nie dostrzec wyraźnej nierówności w traktowaniu beneficjentów reparacji. Reparacje bowiem są regularnie wypłacane (potwierdzają to dane niemieckiego rządu), głównie ofiarom przymusowych robót, ale przede wszystkim obywatelom krajów zachodniej Europy, USA, Izraela i… Niemiec. Z ponad 70 mld euro wypłaconych już tytułem zadośćuczynienia, Polska otrzymała mniej niż 3 procent. Kraj, który najbardziej ucierpiał na skutek działań wojennych. Dariusz Pawłoś, prezes Fundacji Polsko-Niemieckie Pojednanie, w jednym z ostatnich wywiadów tak mówił o tym problemie: „Najbardziej spektakularne dysproporcje w traktowaniu ofiar niemieckich obozów zagłady widzimy na przykładzie tych samych więźniów, którzy w Europie Zachodniej, w Niemczech, w Izraelu otrzymują comiesięczne wsparcie ze strony Republiki Federalnej Niemiec, a w Polsce mogli liczyć 15–20 lat temu na jednorazowe świadczenia. I to świadczenia, których nie można w żaden sposób nazwać odszkodowaniami, bo to było około 15 tys. marek niemieckich (ok. 7,5 tys. euro); a odszkodowania prawdziwe otrzymują ich koledzy mieszkający w krajach Europy Zachodniej, Niemczech czy w Izraelu”.

    Być może od strony politycznej polskie starania o nadrobienie tej niesprawiedliwości są skazane na niepowodzenie – w Niemczech nie ma obecnie siły politycznej, która byłaby skłonna przychylić się do takiego postulatu. Trudno jednak odmawiać nie tylko moralnych, ale też – wiele na to wskazuje – prawnych racji tym, którzy kwestię reparacji chcieliby odświeżyć po dekadach zaniedbań i zwykłych nieporozumień. 

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół