• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Jak ubrać się do szkoły?

    Agata Puścikowska

    |

    GN 37/2017

    dodane 14.09.2017 00:00

    Czy naprawdę nie ma nic pomiędzy pstrokatym i wyzywającym byle czym a mundurkami z tarczą? Otóż „trzecia ubraniowa droga” istnieje.

    Nie we wszystkich szkołach obowiązuje noszenie identycznego stroju, co jednak nie musi oznaczać, że dzieci przychodzą do szkoły ubrane jak na dyskotekę. Coraz więcej szkół stawia na kulturę ubioru, zwaną z angielska dress code’em. Wszystkim: uczniom, nauczycielom i rodzicom, wychodzi to na dobre.

    Dżinsy z koronką

    Córka pani Magdaleny Seńczuk kończy gimnazjum. W szkole nie ma mundurków. Ale opięte czy dziurawe rurki – hit mody wielu nastolatek – nie przejdą. – Córka chodzi do Ogólnokształcącej Szkoły Muzycznej I i II stopnia im. Fryderyka Chopina w Bytomiu. Wcześniej tę szkołę skończył nasz starszy syn. Wtedy właśnie, jeszcze za min. Giertycha, była próba wprowadzania mundurków. Od razu było wiadomo, że nie przejdą. Ale elegancja i kultura – jak najbardziej – opowiada pani Magda.

    Szkoła przyjęła stosunkowo prosty w realizacji pomysł, by ujednolicić zasady dotyczące uczniowskich strojów. Są przestrzegane do dziś. – Na co dzień obowiązują kolory: czarny, granatowy i szary. Długość spódnicy: do kolan, latem też krótkie spodenki. Na getry powinna być założona tunika lub spódniczka – opowiada pani Magdalena. – Oczywiście podczas uroczystości obowiązuje też klasyczny strój galowy: biało-czarny lub biało-granatowy.

    Według pani Magdy, nawet gdy sporadycznie starsi uczniowie się buntują, zazwyczaj nie ma problemu z utrzymaniem ubraniowego porządku.

    – Myślę, że tak naprawdę uczniowie sami czują, że takie zdyscyplinowanie wpływa na ogólną dobrą atmosferę. W dodatku dzieci od małego potrafią wybierać i rozróżniać: na dyskotekę zakładamy ubrania dyskotekowe, rozciągnięte spodnie są do biegania po ogródku, a do filharmonii nosi się garnitur i elegancką suknię.

    Z tym ostatnim, czyli umiejętnością doboru stroju do sytuacji, nawet dorośli coraz częściej mają jednak kłopoty. Kanon elegancji się zaciera. – Niedawno próbowałam kupić córce eleganckie, wizytowe spodnie. Pani w sklepie z odzieżą próbowała mi sprzedać… dżinsy z koronką. Jeśli dżins z koronką jest traktowany jako ubranie wizytowe przez osoby teoretycznie znające się na modzie, to jest to dowód, że trzeba mądrze wychowywać nasze dzieci. Same się nie nauczą.

    Bożena Korzeniec jest pedagogiem szkolnym w bytomskim „muzyku”. – Czym skorupka za młodu nasiąknie… Wychowujemy naszą młodzież od pierwszej klasy tak, by dbała o strój. Tłumaczymy, jak ważny jest wygląd. A potem wystarczy tylko przypominać i oczywiście subtelnie pilnować. Zaszczepione u młodszych dzieci dobre nawyki zostają u starszych – twierdzi pedagog. Dodaje przy tym, że istotne są również zachowanie i ubiór pedagogów, nauczycieli. – Jeśli my ubieramy się schludnie, sami tworzymy dobrą atmosferę. Trudno byłoby wymagać od dzieci poprawnego stroju, a samemu ubierać się w sposób nieodpowiedni. Dzieci są przecież doskonałymi obserwatorami.

    Oczywiście, bywa i tak, że jeden czy drugi uczeń postanawia się zbuntować. Długością stroju, kolorowymi paznokciami (są zabronione) czy fryzurą. – Ponieważ wszystko dokładnie jest opisane w regulaminie szkoły, a regulamin dzieci znają, przypominamy go regularnie. W sytuacjach kryzysowych zwykle wystarczy się do niego odwołać. Uczeń rozmawia z wychowawcą. Jeśli to nie pomaga – ze mną. A jeśli nadal łamie regulamin, rozmawiamy wspólnie z rodzicami. Rodzicom również trzeba czasem przypominać i tłumaczyć, dlaczego obowiązuje u nas szkolny dress code.

    Powrót tarczy czy… mundurka?

    W wielu szkołach podstawowych, choć mundurki się nie przyjęły, pozostały ich namiastki. Czyli np. jednakowe bluzki z logo szkoły. Albo istnieje dowolność ubioru, jednak na koszulce powinna być przypięta tarcza. Same ubrania natomiast muszą być w określonych kolorach.

    – W szkole mojej córki, SP nr 218 im. Kajki w Warszawie, istnieje obowiązek noszenia tarczy. Poza tym dzieci chodzą ubrane w jednakowe bluzeczki. Obowiązują trzy kolory: jasnoniebieski, granatowy i biały. Uczniowie mają też modnie skrojone bluzy szkolne. A pierwszoklasiści kamizelki – opowiada Urszula Tużnik, mama Zosi z VI b. – Córka sama doświadcza, że podobne stroje mają wiele zalet: czuje się po prostu swobodnie, nie przejmuje się „modą”. Na nią ma zresztą czas po lekcjach. Co ciekawe, pierwsza szkoła córki nie przywiązywała wagi do kultury stroju, co przenosiło się na brak kultury na szkolnych korytarzach. Dzieci wręcz walczyły ze sobą metodami „a ty masz stare i niemodne buty, i niemarkowe spodnie”.

    W szkole syna Katarzyny Kok również nie ma mundurków. Jednak dzieci są ubrane schludnie, w sposób stonowany. A wszystko zapisane jest w regulaminie.

    – I bardzo dobrze. Nie chodzi przecież o tworzenie jakiejś atmosfery „ubraniowego terroru”, ale o spokojny umiar. Przy odrobinie dobrej woli nauczycieli i rodziców taki stan osiąga się w sposób naturalny. Mundurki do tego nie są potrzebne.

    Natomiast pani Agnieszka, matka dziecka chodzącego do szkoły katolickiej, bezmundurkowej, twierdzi, że wolałaby mundurki. Byłaby bardzo zadowolona z ich wprowadzenia. – A szkoła nie chce! Podobno jest duży opór wśród rodziców. Mnie natomiast mundurki bardzo się podobają i chciałabym, by córka mogła je nosić. To ułatwiłoby codzienne życie, poranne wstawanie i szukanie ubrań. Poza tym nawet gdy w szkole jest regulamin ubraniowy, przy dowolności strojów zawsze jest jakaś rewia mody. Mundurki by jej zapobiegały.

    Czy aby na pewno? – Po szkole natychmiast się przebieramy – śmieje się 15-letnia Kinga. Chodzi do szkoły „mundurkowej”. – Już kilka minut po ostatnim dzwonku w szatni każda z nas wygląda jak chce. A wtedy niektóre dziewczyny wręcz szaleją z ubraniem.

    Dlatego można powiedzieć, że od mundurków ważniejsza jest praca nad świadomością uczniów, dzieci i rodziców. Należy tłumaczyć, że nie szata zdobi człowieka, ale ważne jest jednak, jak człowiek w tej szacie się prezentuje. I czy tym ubraniem szanuje siebie i innych.

    Bez dziur i ćwieków

    Aneta Liberacka jest mamą czworga dzieci. Najstarszy syn jest już studentem, najmłodsza córka ma 16 lat. – Jako człowiek z pokolenia „fartuszkowego” mam pewną niechęć, gdy myślę o tych śliskich fartuszkach i sztywnych kołnierzyczkach – śmieje się pani Aneta, która łączy rolę matki z prowadzeniem portalu Stacja7. – Jednak obecnie jako rodzic jestem pewna, że jednolitość stroju, zasady i kultura ubioru powinny być elementami szkolnego wychowania. To wychowanie powinno być z kolei bardzo ważnym elementem programu szkolnego.

    Pani Aneta przypomina, że mundurek szkolny w większości krajów noszony jest z dumą, ponieważ podkreśla przynależność i tym samym elitarność danej szkoły. – Kiedy mieszkaliśmy w Panamie, wszystkie dzieci nosiły stroje szkolne i przedszkolne. Tam nie było żadnych wątpliwości i rozterek, czy to dobrze, czy źle. Po prostu tam jednakowy strój jest normą. Zasady dotyczące wyglądu są zresztą proste i warto przenosić je na polskie realia: każdy uczeń ubrany jest w strój, który nie ma dziur, ćwieków i innych błyskotek. Każdy uczeń zobowiązany jest też do schludnej fryzury. To doskonały element wychowania dzieci, nauczenia kultury ubioru. Co ważne: to sposób na wyrównywanie szans dzieci ze skromniej sytuowanych rodzin.

    Obecnie pani Aneta mieszka z rodziną w Krakowie. – Każde z moich dzieci elementy garderoby z emblematami szkoły (bluzy, krawaty, przypinki) nosiło i nosi z dumą. Mamy szczęście, że licea, do których chodzą, kładą duży nacisk na kulturę stroju. Jeśli nawet nie są to mundurki, to obowiązują – i są egzekwowane – pewne zasady: długie spodnie, odpowiedni dekolt, stonowana kolorystyka. Myślę, że nie jest to trudny manewr, by wprowadzić do regulaminu szkoły zasady ubioru, a potem je egzekwować. To również złoty środek między mundurkami a zupełną dowolnością strojów.

    Pani Marzena jest dyrektorką jednej ze szkół średnich na Pomorzu. Prosi o anonimowość. – Prawda jest taka, że każda w miarę dobra szkoła chciałaby, żeby uczniowie wyglądali schludnie. Wiele szkół, w tym państwowych, stara się wprowadzać jednakowe elementy ubioru. Wygląd uczniów także u nas zaczyna być wyznacznikiem renomy szkoły. Dlatego niektóre placówki wynajmują stylistów, by na specjalnych warsztatach, pokazywali uczniom, jak ubierać się z klasą. Jednak jest jedno „ale”: wszystkie takie przedsięwzięcia muszą być popierane przez rodziców. To rodzice muszą rozumieć i wspierać ich sens. Jeśli próbuje się wprowadzić zasadę „brak dziur” i stonowane kolory, a na wywiadówkę przychodzi mama w odblaskowej kurteczce i opiętych, dziurawych spodniach, to jak mam ją przekonać, że podobny strój córki jest nieodpowiedni? Może warto stopniowo, również rodzicom, tłumaczyć, czym jest kultura ubioru? I że znajomość właściwego dress code’u – najpierw w szkole, potem w dorosłym życiu, w pracy czy każdej innej sytuacji – po prostu się opłaca. Kulturalnie ubrani rodzice zazwyczaj sami dbają o kulturalny wygląd dzieci. 

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    • Ppp
      19.10.2017 08:49
      Argument, że “coś jest w wielu innych miejscach” jest z definicji
      bez sensu – każdy powinien mieć własny rozum i popierać to, co jest rzeczywiście dobre.
      Wszystko sprowadza się do zdrowego rozsądku po obu stronach. Mundurki nie mają sensu tak samo, jak bal przebierańców. Należy jednak pamiętać, że strój codzienny, użytkowy, ma być przede wszystkim czysty i wygodny.
      W sumie problem uważam jednak za nieco wydumany – szkoła ma przede wszystkim uczyć, a nie czepiać się wyglądu. Nie jest ważne, jak uczeń wygląda, lecz co umie.
      Pozdrawiam.
    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół