• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Niepokalana zwycięży

    Ks. Jerzy Szymik

    |

    GN 36/2017

    dodane 07.09.2017 00:00

    Strzeżcie się, by wpływ zachodnioeuropejski nie przemienił was w niewierzących egoistów.

    Druga niedziela września to dla mnie i wielu moich bliskich najbardziej maryjny dzień w roku. W Pszowie, maryjnym śląskim sanktuarium, gdzie mój dom i korzenie, jest to bowiem tzw. Wielki Odpust – niedziela po Narodzeniu NMP. Od prawie trzystu lat Madonna o dyskretnym, łagodnym uśmiechu tworzy tu klimat serdecznej modlitwy, a pszowska bazylika jest określana jako Sanktuarium Nadziei.

    Tego lata byłem z przyjaciółmi w Altoetting, bawarskim sanktuarium maryjnym, ukochanym miejscu Benedykta XVI. Tak pisał o nim Wolfgang Buescher, niemiecki mistrz reportażu: „Religia nie była tu czymś rzeczowym, jak u protestantów, nie była też cukierkowa jak w Boże Narodzenie. Była tym Innym, tajemnicą, krzakiem gorejącym, nocną walką Jakuba. Był w niej brud, była cielesność, wręcz krew praktykowania wiary (…), zamknięte w srebrze książęce serca, sceny w świątyni, nagromadzenie wotywnych darów, przepychanie się pielgrzymów, stara kobieta, która powoli, krok za krokiem, niosła ciężki drewniany krzyż wokół kaplicy. Zapach kadzidła i potu”.

    Właśnie ten zapach, jego ostrość, jest znamieniem katolicyzmu, znam go z pszowskiego dzieciństwa, przenika do trzewi. Kłęby kadzidła, opary potu, pątnego, górniczego, ale też wymieszanego z końskim, zwierzęcym, rolniczym (tak pachniały też chomąta u Maksa Glenca i Francka Pacioka, sąsiadów), zapach ludzkiego mozołu i rozgrzanej ziemi. Ciepły zapach sierpniowego wnętrza kościoła o masywnych, barokowych murach, wonność sama, w której błąka się echo organowej muzyki; wrześniowe światło, feeria różańcowej polichromii; pamięć milionów zdrowasiek, zapach piwonii i lilii św. Józefa, świeżo ściętych młodych brzózek na Boże Ciało…

    Kto ma prawdziwie teologicznego nosa, ten wie: katolicyzm jest zmysłowy, ale nie tylko – katolicyzm ma wszystko. Katolicki znaczy powszechny, kat’holon to po grecku „dotyczący całości”. Dlatego katolicyzm jest syntezą tego, co duchowe, i tego, co materialne, niebieskie i ziemskie, żeńskie i męskie, rozumne i zmysłowe. Katolicyzm to jedność ciała i duszy, grzechu i przebaczenia, Starego i Nowego Testamentu, dumy i uniżenia, pokornej ascezy i triumfu baroku, tronu i ołtarza. W niepodrabialnych proporcjach. Nie spotkałem zdań, które by to celniej opisywały (może niektóre stronice Chestertona? tonacje homilii Jana Pawła II?) niż tych kilka autorstwa Aldo Marii Vallego: „Katolikowi, temu dziwnemu stworzeniu z innej epoki, z bezczelną niekonsekwencją (…) udaje się uchwycić naraz przeciwieństwa. Grzeszy, ale pozwala, żeby mu przebaczono, i ze swej strony przebacza. Zdolny jest pościć, ale umie też świętować. Wciąż patrzy w niebo, ale nogami mocno stoi na ziemi. Osiąga szczyty osobistej ascezy, ale umie też żyć we wspólnocie. Docenia i kocha milczenie, ale pielęgnuje słowo bardziej może niż ktokolwiek inny. Jest erosem, ale i agape. I tak dalej. Dla kogoś, kto ocenia go z zewnątrz, jest niezrozumiały, jest uosobioną niekonsekwencją. Lecz ze swoim i… i… jest w sposób oczywisty szczęśliwy, szczęśliwszy od tych, którzy – umiejąc tylko praktykować albo… albo… – pozostają więźniami klatki, którą sami sobie zmontowali”.

    Maryjność jest esencją katolicyzmu i jego najpotężniejszą siłą. Dlatego sanktuaria maryjne są katolicyzmu oczkiem w głowie. Pszowskie sanktuarium także.

    Dwadzieścia lat temu podczas wrześniowego odpustu kardynał Meisner mówił do nas w Pszowie z mocą proroka, ale i z bolesną nostalgią niemieckiego pasterza: „Najważniejszym produktem eksportu waszej ojczyzny dla Europy jest Maryja”. I dodał zdanie, które z roku na rok rozumiemy coraz lepiej: „Strzeżcie się, by wpływ zachodnioeuropejski nie przemienił was w niewierzących egoistów”.

    Próbujemy, Ona zwycięży, jak zawsze i bez wątpienia…

    Jak zwyciężyć razem z Nią? Jak Ona zwycięża w nas i z nami?

    To proste. Urodziny Mamy (a tym jest pszowski odpust) na Śląsku – gyburstag Mamulki – to wielka sprawa. Schodzą się dzieci, które przynoszą prezenty, a Ona je częstuje. To, czym gości nas Matka na odpustowych urodzinach w Pszowie, to Jej Syn i Jej przesłanie z Kany: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie” (J 2,5 – które to słowa prowadzą do Księgi Rodzaju, kiedy faraon tłumaczy Egipcjanom, jak uratować się przed śmiercią w czasie siedmiu lat głodu: „udajcie się do Józefa i co on wam powie, czyńcie”, Rdz 41,55). Chcecie wiedzieć, dzieci moje, jak się uratować przed głodem i śmiercią oraz czym jest wielkie wesele i szczęśliwe życie? To proste: co wam mój Syn powie – czyńcie! Tak brzmi urodzinowe przesłanie Solenizantki w pszowskiej Kanie.

    Moja babcia, Matylda, odmawiała przed Uśmiechniętą modlitwę św. Bernarda z Clairvaux, tzw. Memorare, ze słowami: „Pomnij, o Najświętsza Panno Maryjo, że nigdy nie słyszano, abyś opuściła tego, kto się do Ciebie ucieka”. Odmawiała ją też nieraz w domu, z grubego modlitewnika i w grubych brylach, na głos, przy stole w kuchni. Słuchałem. I zapytałem kiedyś: „Babciu – nigdy? Żodnego???”.

    Babcia popatrzyła na mnie przenikliwie i powiedziała (słyszę po dziś dzień): „Nigdy, żodnego, Jerziczku. Żodnego”. 

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół