• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Katolik z Detroit

    Maciej Kalbarczyk

    |

    GN 36/2017

    dodane 07.09.2017 00:00

    Najpierw był ministrantem, później chciał zostać księdzem. Co mu w tym przeszkodziło? Autor biografii Jacka Whiteʼa odkrywa nieznane oblicze ekscentrycznej gwiazdy rocka.

    Najpiękniejsze jest to, że większość ludzi nucących ten motyw nie ma zielonego pojęcia, skąd się wziął. Tak właśnie powstaje muzyka ludowa – mówił White o utworze „Seven Nation Army”. Charakterystyczna melodia podbiła serca fanów futbolu na całym świecie. Podczas Euro 2016 śpiewali ją po każdej zdobytej bramce swojej drużyny. Wydany 14 lat temu album „Elephant”, który otwierał wspomniany utwór, zdobył 8 statuetek Grammy i uczynił z duetu The White Stripes prawdziwe gwiazdy. Recepta na sukces była prosta: szczerość, surowość i minimalizm. Kiedy przesiąknięty bluesem i rock’n’rollem gitarzysta pozwolił usiąść za bębnami swojej świeżo upieczonej żonie, doznał olśnienia. – Kiedy Meg zaczęła dla hecy grać ze mną na perkusji, przyniosło to powiew świeżości i wolności. Było w tym coś, co mnie otworzyło – przyznał w jednym z wywiadów. Jack White odkrył, że do stworzenia zespołu wystarczą tylko dwie osoby. Machina ruszyła.

    Dzięki The White Stripes pochodzący z niezbyt zamożnej, wielodzietnej rodziny artysta stał się milionerem. Wkrótce zaczął rozwijać nowe projekty muzyczne: The Raconteurs i The Dead Weather. Rozpoczął także karierę solową. W ostatnich latach większość czasu poświęca na prowadzenie wytwórni płytowej Third Man Records, która przynosi mu ogromne zyski.

    Wydaje się, że Jack White osiągnął pełnię szczęścia. Jego ostatnia twórczość wskazuje jednak na coś odwrotnego. Wyśpiewane w utworze „Alone In My Home” z 2014 r. słowa: „I sam buduję swój własny dom, aby być pewnym, że nikt nie może mnie teraz dotknąć” świadczą o nie najlepszej kondycji psychicznej artysty. Po dwóch rozwodach i kilkunastu latach życia na pełnym gazie muzyk sprawia wrażenie wypalonego. Cały czas zmaga się z dualizmem, polegającym na próbach łączenia buntowniczego ducha rock’n’rolla z wyniesioną z domu chrześcijańską wrażliwością. Okazuje się, że katolicyzm jest w nim zakorzeniony bardzo głęboko.

    Seminarium czy rockʼnʼroll?

    – Bardzo się cieszę, że wyniosłem z tego wszystkiego wiarę w Boga – oceniał swoje wychowanie Jack White. Przyszły rockman urodził się 9 lipca 1975 r. w Detroit jako dziesiąte, najmłodsze dziecko Gormana i Teresy. Wówczas nazywał się John Anthony Gillis – imię otrzymał po Janie Chrzcicielu. Rodzina szybko zaczęła jednak na niego wołać Jackie.

    W domu pełnym dzieci musiał walczyć o swoje: jedzenie, ubrania, kawałek wolnej przestrzeni. W wywiadach wielokrotnie narzekał na trudny los najmłodszego, ale podkreślał też, że bliscy są dla niego bardzo ważni i kocha ich nade wszystko.

    Ojciec amerykańskiego gitarzysty pochodził ze Szkocji, a matka wychowała się w polskiej rodzinie. Babcia Jacka przyjechała do Ameryki w 1905 r. prosto z położonej w okolicach Krakowa Lubziny. Artysta doskonale pamięta, jak na urodziny śpiewano mu „Sto lat”.

    Rodzice White’a byli gorliwie wierzącymi ludźmi, obydwoje pracowali dla największej parafii katolickiej w Ameryce Północnej. W kościele pw. Najświętszego Zbawiciela Gorman pełnił funkcję głównego administratora diecezji, a Teresa była sekretarką kard. Edmunda Szoki, który miał wtedy silną pozycję w Watykanie. Dzięki niemu w 1987 r. 12-letni Jack znalazł się w gronie wybranych parafian, którzy wzięli udział we Mszy św. odprawianej przez papieża. Wychodząc ze świątyni, Jan Paweł II na chwilę zatrzymał się przy drobnym chłopaku, wziął go w ramiona i przytulił. – Byłem w szoku, nie oddałem uścisku, bo nie wiedziałem, czy wolno. Niesamowicie intensywne przeżycie – wspominał White.

    Jack chodził do katolickich szkół, był zaangażowanym w życie parafii ministrantem. Równolegle rozwijała się w nim fascynacja rockiem, którą zaszczepili w nim ojciec i starsi bracia. W wieku pięciu lat po raz pierwszy zasiadł za perkusją, a nieco później chwycił w dłoń gitarę. W podstawówce nosił koszulki z nazwami ulubionych zespołów i marzył o założeniu własnego. Wydaje się, że ostatecznego wyboru pomiędzy rozwijaniem swojej duchowości a karierą rockmana dokonał w wieku 14 lat. Kiedy już miał wyjeżdżać do Wisconsin, żeby kontynuować naukę w niższym seminarium duchownym, coś go przed tym powstrzymało. – Chciałem zostać księdzem, ale pomyślałem, że mam nowy wzmacniacz gitarowy i na pewno nie pozwolą mi go ze sobą zabrać – opowiadał z rozbrajającą szczerością White. Muzyka zwyciężyła.

    Zejdź mi z oczu, szatanie

    – Mam trzech ojców: biologicznego, Boga i Boba Dylana – powiedział artysta w wywiadzie dla „Rolling Stone”. Miał 18 lat, kiedy potrafił zagrać w całości pierwszą płytę zeszłorocznego laureata Nagrody Nobla. W tym czasie poznał o rok starszą Meg, która kolekcjonowała nagrania amerykańskiego barda. Była jego pierwszą dziewczyną. W 1994 r. pobrali się, a Jack przyjął jej nazwisko. Ona pracowała jako barmanka w Memphis Smoke, on studiował filmoznawstwo i wykonywał zawód tapicera. Dwa lata później postanowili założyć zespół.

    Sukces The White Stripes opierał się nie tylko na muzyce, ale także na przemyślanym marketingu. Jack od początku nie przyznawał się, że jest mężem Meg. Ku zaskoczeniu znajomych ogłosił światu, że są rodzeństwem. W wywiadach tłumaczył, że nie chciał, żeby słuchacze skupiali się na ich relacji. Wizerunku rodzinnego, wręcz dziecięcego zespołu dopełniał kolorowy image. – Dzięki temu ludzie nie zwracali uwagi na fakt, że byłem białym, urodzonym w latach 70. chłopakiem, który gra bluesa. Bardziej interesowało ich, dlaczego ubieramy się w czarne, białe i czerwone ciuchy – tłumaczył White.

    Na pierwszych płytach artysta zgłębiał tematykę samotności i tęsknoty za dzieciństwem. Na wspomnianym „Elephancie” śpiewał o pustym świecie samolubstwa, rozpusty i wyzysku. Pocieszenia szukał w nostalgicznej wizji Ameryki ery Eisenhowera, opartej na wierze, uczciwości i trosce o innych. Niestety, znał ją tylko z opowieści rodziców, sam dorastał w czasach, w których Amerykanie porzucili konserwatywne wartości. Wyjątkiem był jego rodzinny dom.

    W marcu 2000 r., zaledwie trzy lata po założeniu zespołu, Jack i Meg rozwiedli się. Do tej pory nikt nie wie, dlaczego do tego doszło, nadal grali jednak razem. W tym czasie White miał kilka partnerek, a z jego małżeństwa z Karen Elson urodziło się dwoje dzieci. Meg milczała, w 2011 r. podjęła jednak decyzję o rozwiązaniu duetu.

    W 2005 r. The White Stripes nagrało album „Get Behind Me Satan”. Tytuł płyty gitarzysta zaczerpnął ze swojego ulubionego wersetu z Pisma Świętego: „Zejdź mi z oczu, szatanie”. Trudno jednoznacznie interpretować wykorzystanie na płycie słów wypowiedzianych przez Jezusa. Być może w Jacku toczyła się duchowa walka, o której nie chciał nikomu mówić?

    Wierzący niepraktykujący

    Podczas jednego z koncertów The White Stripes na początku XXI w. z pozoru nie dzieje się nic nadzwyczajnego. Ubrany na czerwono Jack jak zwykle krzyczy do mikrofonu, szarpiąc struny swojej gitary, a Meg wali w bębny, utrzymując kontakt wzrokowy z liderem zespołu. Oglądając umieszczone w internecie nagranie, uważny obserwator dostrzeże jednak dość nietypowy jak na rockowy koncert rekwizyt: figurę Chrystusa, ustawioną tuż przed perkusją. Artystyczny manifest? Niesmaczny żart? Profanacja? Trudno stwierdzić, co działo się w głowie White’a, kiedy podejmował decyzję o zagraniu swoich mocnych riffów w towarzystwie wizerunku Zbawiciela. Z wywiadów z muzykiem wynika jednak, że osobę Jezusa traktuje bardzo poważnie. Gitarzysta podkreśla, że Chrystus jest dla niego wzorem, a Boga Ojca nazywa najlepszym rzemieślnikiem i największym artystą. – Możemy jedynie posłużyć się drewnem, które od Niego mamy, i coś z Niego zrobić. I to mnie właśnie do Niego cały czas przyciąga – mówił White.

    W innym wywiadzie amerykański artysta wyjaśniał, że dostrzega wiele podobieństw pomiędzy praktykowanymi na świecie religiami. Zaznaczył, że do wszystkich ma duży szacunek, ale obecnie nie potrzebuje żadnej do utrzymywania bliskiej relacji ze Stwórcą. W programie telewizyjnym Stephena Colberta zgodził się jednak na wzięcie udziału w teście sprawdzającym wiedzę na temat katolicyzmu. White nie pamięta co prawda, jak nazywała się matka Maryi, ale chętnie opowiada prowadzącemu o świętych, których – jak przyznaje – podziwia za umiejętność oddania się ważnej sprawie. Ten temat często pojawia się w jego rozmowach z dziennikarzami. W wywiadzie dla „New York Timesa” muzyk stwierdził, że najbliższy jest mu św. Sebastian, patron wyobraźni, oraz św. Rita, patronka rzeczy niemożliwych. Może właśnie za sprawą włoskiej stygmatyczki realny okaże się powrót Jacka na łono Kościoła? Jego twórczość jest dowodem na to, że muzyk tęskni za wizją świata, w który wierzyli jego rodzice. Bez wątpienia jego centrum była katolicka parafia przy Junction Street 1721.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    • Gość
      11.10.2017 13:32
      Lubzina leży bliżej Rzeszowa a nie Krakowa
    • Gość2
      11.10.2017 15:48
      To przedziwne, Gość drukowany przedstawia wzorce prawdziwych świętych KK, ludzi ryzykujących swoje życie dla Chrystusa i dla ludzi, a Gość wirtualny stręczy nam tutaj przykłady nie do końca chwalebne (kilka rozwodów, brak żywej a więc praktykowanej wiary) i mocno pogmatwane - w praktyce aktualnie od katolicyzmu dość odległe... Nie rozumiem tego.
    • gut
      11.10.2017 16:19
      Różne są ludzkie meandry. ;)
    • gość3
      11.10.2017 21:03
      Bohater tego artykułu ma być katolikiem? Chyba sobie żartujecie gościu.pl? Ale to niesmaczne żarty.
    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół