• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Na scenie jest święto

    dodane 07.09.2017 00:00

    O różnych odcieniach bluesa, zachwycie śpiewem gospel i festiwalu bez alkoholu opowiada Ireneusz Dudek.

    Szymon Babuchowski: Rawa Blues odbywa się już po raz 37. Nie grozi jej „kryzys wieku średniego”?

    Ireneusz Dudek: Przeciwnie, festiwal ciągle się rozwija. Od ponad dwudziestu lat jest imprezą międzynarodową. Pięć lat temu otrzymałem w Luizjanie nagrodę „Keeping the Blues Alive”. To jedyny festiwal w tej części Europy, który dostał to wyróżnienie.

    Marzył Pan, tworząc Rawę w siermiężnych latach 80., że będzie to kiedyś największy na świecie festiwal bluesowy pod dachem?

    Ja zawsze byłem marzycielem, dlatego myślałem o takiej imprezie, ale było to wtedy bardzo trudne do realizacji. Dolar kosztował wówczas 100 zł. Nawet gdybym dostał zezwolenie na ściągnięcie jakichś gwiazd, to zabiłoby to bud­żet. Teraz jest zupełnie inna sytuacja. Na początku lat 90., mieszkając w Amsterdamie, spotkałem Harry’ego Muskee, ojca holenderskiego bluesa. Znałem dobrze jego muzykę, bo jako 15-latek oklaskiwałem go w Katowicach, w Hali Parkowej. Udało się go zaprosić, zebrać cały autobus muzyków i przyjechać do Katowic – tak zaczęła się międzynarodowa Rawa Blues.

    Na Rawie Blues pojawia wiele gatunków, które się z bluesem łączą.

    Rawa ma uświadomić ludziom, że blues jest różnoraki: inny np. na południu Stanów Zjednoczonych, gdzie ma pogodny charakter, a inny w Teksasie, gdzie gra się ostro. W Polsce patrzymy często na bluesa przez pryzmat Dżemu czy Nalepy, a to jest bardzo wąski wycinek tego gatunku. Dlatego ludzie, którzy przychodzą na festiwal, dziwią się: o, to jest moja młodość! Często nawet nie są świadomi, że wychowali się na bluesie czy rhythm and bluesie.

    Gdzie tkwi rdzeń bluesa?

    Blues zrodził się z muzyki ludzi idących do pracy. Był facet, który coś sobie podśpiewywał, a reszta ludzi, idąca za nim, odśpiewywała. Tak powstał tzw. call-response. Teraz też tego w muzyce używamy, kiedy wokalista śpiewa jakąś frazę, a gitarzysta mu odegra. Ale był też blues skierowany do Boga, czyli gospel, spirituals. Z tego nurtu wyszli najlepsi wokaliści. W tym roku będziemy mieli na festiwalu Tima Woodsona, który ma niesamowite brzmienie głosu. Dostałem płytę od jego zespołu, posłuchałem pierwszego utworu i mówię: święty Boże, jak oni pięknie, czysto śpiewają! Myślałem, że może w studiu coś pokombinowali. A tu po pierwszym utworze słyszę brawa, czyli to płyta live!

    W internetowych komentarzach wyczytałem już, że obecność gospel na Rawie to efekt „dobrej zmiany”…

    Ja z tymi głosami nie dyskutuję, bo nie chcę ludzi obrażać. One się biorą z niewiedzy. Przecież pierwszym elementem bluesa był głos, a ten jest najlepszy w muzyce gospel. Zresztą poprosiłem Tima Woodsona, żeby zaśpiewał też ze dwa utwory Jamesa Browna i on powiedział: OK. Ci muzycy nie są zasklepieni w swoim gatunku, mogą zaśpiewać również coś innego, ale śpiewając dla Boga, robią to z przekonania, a nie dla biznesu. Zapraszając Tima na festiwal, biorę pod uwagę jego walory wokalne. On mnie zachwyca głosem. Ostrzegano mnie przed tym atakiem, ale ja jestem odważnym człowiekiem. Przecież nikogo nie oszukuję. Chcesz – posłuchasz, chcesz – wyjdziesz, jak będą śpiewać gospel. Będziesz miał jeszcze paręnaście zespołów, które grają zupełnie inaczej.

    Być może będą i tacy, którzy przyjdą głównie na gospel.

    Na takich też liczę. W Polsce jest cały ruch gospel – amatorski, oddolny. Wiem, bo sam byłem na takich warsztatach w Bielsku. Było tam ze dwieście osób – nie tylko ze szkoły muzycznej, także z innych liceów. Ten ruch się rodzi z potrzeby wspólnego śpiewania. Sam zaprosiłem na Rawę parafialną scholę z Jaworza, gdzie mieszkam. Dałem im bilety, żeby mogli usłyszeć wzór. Wszyscy się wybierają. Chcę, żeby ludzie, którzy są katolikami wrażliwymi na dobre dźwięki, na sztukę, mogli się zachwycić muzyką gospel w brzmieniu naprawdę profesjonalnym.

    Co jeszcze usłyszymy w tym roku?

    Gwiazdy przyjeżdżające z USA mówią, że takiej liczby młodych ludzi słuchających rhythm and bluesa nie spotkali na całym świecie. Ale żeby ściągnąć tych młodych, muszą pojawić się artyści, którzy mają dużo energii. Tak jak Kris Barras, który bierze nawet udział w walkach MMA. Ale również 20-letni Marcus King, śpiewający jak Janis Joplin. Z drugiej strony pojawi się Sonny Landreth, który pokaże gitarową wirtuozerię. On poprowadzi też warsztaty gitarowe w sali kameralnej NOSPR. To, że są koncerty w dużej sali NOSPR, jest dla mnie bardzo istotne, bo ludzie zaczynają bluesa traktować poważniej. Do tej sali trzeba dać wirtuozów, którzy zachwycą swoim graniem, głosem, aranżacjami. W tym roku pojawi się Eden Brent – trzykrotna laureatka Blues Music Awards. Śpiewa wspaniale i ma niesamowitą barwę głosu. Grała już na Rawie, ale w Spodku. Zrozumiałem, że musimy to powtórzyć w tej sali właśnie, gdzie wszystkie fortepianowe niuanse wybrzmią na tym wielkim steinwayu.

    Pan też zagra w NOSPR – repertuar z płyty „No. 1”, z połowy lat 80.

    Tak, na ten koncert przyjedzie specjalnie ze Stanów Jurek Piotrowski – znakomity perkusista, z którym gram już ponad pięćdziesiąt lat. Będzie też wielu innych muzyków, z którymi współpracuję już trzy dekady. „No. 1” ukazał się zaraz po „Złotej płycie” Shakin’ Dudi. Świat wtedy oszalał i wszyscy myśleli, że będzie drugi taki album. A ja mówię: teraz zrealizuję to, co zawsze chciałem. Zrobiłem big-band, Bronek Duży napisał ze mną aranżacje i okazało się, że np. „Something Must Have Changed” jest ponadczasowym utworem. Chętnie powracam do tej płyty. Ale ostatnio wziąłem też na tablet Raya Charlesa. To niedościgniony wzór, warto traktować jego utwory jak etiudy. My też spróbujemy je zagrać w sali NOSPR.

    Rawa to impreza rodzinna, bez alkoholu. Ludzie już się temu nie dziwią?

    Nie kojarzmy alkoholu z muzyką! Jak przyjdziesz na Rawę, to zobaczysz, jak muzyka kręci. Nikt nic nie wypił, a ludzie nie chcą wyjść ze Spodka. Bo oni chcą słuchać muzyki – i to jest najważniejsze. A jest to również festiwal rodzinny, bo dzieci do 12. roku życia mają wejście za darmo. Nie mogę pozwolić na to, żeby dzieci widziały, nie daj Boże, swojego ojca pijanego. A nawet wystarczy, że zobaczyłyby w takim stanie jakiegoś człowieka obok. Tylko raz zgodziłem się na piwo na festiwalu, bo odpadł inny sponsor. Warunkiem było jednak, że będzie tylko jedno stanowisko z piwem. I to jedno stanowisko narobiło wiele złego. W prasówkach z Rawy Blues widziałem potem, zamiast zdjęć ze sceny, pijanego klienta, który leżał pod toaletą. Czy tak ma się prezentować nasze społeczeństwo? Musimy od siebie wymagać. Jeżeli chcemy się napić piwa, jest wiele miejsc, gdzie możemy to zrobić. Tutaj zachwycajmy się dźwiękami.

    Łamie Pan stereotyp muzyka pijącego...

    Tak, od 30 lat jestem całkowitym abstynentem. A stało się tak, że moja żona widziała mnie w akcji po jakimś koncercie. I powiedziała mi wprost: jeśli mamy wziąć ślub kościelny, musisz obiecać, że nie będziesz pił. Ja na to: w ogóle? Tak, w ogóle. Więc pomodliłem się, bo jestem wierzącym człowiekiem, i Bóg mi pomógł. Zresztą przez całe życie Bóg nam pomaga. Tak samo było przy odejściu Dorotki, naszej córki. Gdybym nie wierzył w Boga, ta tragedia by mnie załamała. A jednak jestem pogodnym człowiekiem. Najważniejsze jest dla mnie, żeby z tej mojej roboty Bóg był zadowolony. I żebym umiał spojrzeć każdemu w oczy.

    Co się w Panu zmieniło od pierwszej Rawy Blues?

    W 1981 r. byłem bigbitowcem, znanym tylko w wąskich muzycznych kręgach, przede wszystkim jako instrumentalista. Przez niezdrowy tryb życia, nadmiar alkoholu, jedzenie jakichś kotletów wieczorem, po koncertach, przyszedł atak trzustki, potem drugi. Zacząłem się nad sobą zastanawiać: jak długo będę się szlajał po tych klubach? Przyszedł czas na Shakin’ Dudi – ogromna popularność, a ja rozrabiałem na scenie, rozlewałem wodę, skakałem po fortepianach. Nie mogłem sobie wtedy pozwolić na to, żeby być na kacu albo pijany. Ale od czasu do czasu zdarzały się jakieś tam balangi. Dopiero pod koniec lat 80. zacząłem inaczej myśleć, chciałem stać się bardziej odpowiedzialny. Wziąłem ślub i przed Bogiem przyrzekłem, że już w ogóle nie będę pił. I tak się człowiek prostuje troszkę, co nie znaczy, że jestem bez wad. Ale dzięki temu mogę zapanować nad tak wielkim festiwalem. Codziennie też ćwiczę swoje umiejętności muzyczne, choć mam 66 lat. Dzięki temu mam satysfakcję z wyjścia na scenę, która odkrywa wszelkie walory i niedoskonałości. Człowiek przygotowany będzie się cieszył graniem, a ludzie będą się cieszyć jego dźwiękami. W przeciwnym razie – wyjdą niezadowoleni. Dla mnie wyjście na scenę to jest święto i muszę traktować bardzo poważnie wszystkich, dla których gram.

    Ireneusz Dudek

    Rocznik 1951. Kompozytor, wokalista, multiinstrumentalista, autor tekstów. Dyrektor festiwalu Rawa Blues, którego 37. edycja odbywać się będzie od 28 do 30 września w Katowicach – w siedzibie NOSPR i Spodku. Szczegóły: www.rawablues.com.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół