• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Ta wojna już trwa

    Piotr Legutko

    |

    GN 36/2017

    dodane 07.09.2017 00:00

    Czy generał NATO przewidział prawdopodobny scenariusz ataku Rosji na państwa bałtyckie?

    Za naszą wschodnią granicą 14 września zaczynają się manewry Zapad ’17. Litwa, Łotwa i Estonia spodziewają się, że Rosjanie mogą podczas tych „ćwiczeń” dokonywać granicznych prowokacji, Ukraina mówi wprost: „To przygotowania do wojny”. Nawet dowódca sił NATO w Europie gen. Ben Hodges porównuje tegoroczne manewry do wprowadzania na Białoruś konia trojańskiego w postaci ogromnej ilości uzbrojenia. Do czego i przeciw komu mogłoby ono być użyte?

    Jeszcze kilka lat temu spekulacje o możliwości ataku na państwa bałtyckie – przed którym ostrzegał prezydent Lech Kaczyński podczas pamiętnego wiecu w Tbilisi po agresji na Gruzję – traktowane były jako czysta spekulacja. Wszystko zmieniła aneksja Krymu. Wiosną 2014 roku wyższa izba parlamentu Rosji zezwoliła na użycie sił zbrojnych Federacji Rosyjskiej na terytorium Ukrainy. O zgodę taką zwrócił się Władimir Putin, uzasadniając to „zagrożeniem życia diaspory rosyjskiej”. Prezydent pokazał tym samym, że jest gotów użyć siły militarnej, aby osiągnąć cele polityczne. I zmienił europejskie granice przy użyciu armii.

    „Wojna z Rosją już trwa od trzech lat”. To nie publicystyczna opinia, ale poważna diagnoza, bo jej autor, sir Richard Shirreff, to były zastępca naczelnego dowódcy Sojuszniczych Sił Zbrojnych w Europie. Wojna ta nie polega (jeszcze) na zmasowanym ataku rosyjskich dywizji pancernych na Zachód. Kreml realizuje swoje cele przez media, manipuluje mniejszościami etnicznymi, atakuje w przestrzeni cybernetycznej. Ale równocześnie nieustająco testuje system obronny NATO i podnosi własną gotowość bojową. Jak może wyglądać przejście do otwartej fazy konfliktu, gen. Shirreff opisał w powieści „2017. Wojna z Rosją”. – To nie jest fikcja literacka, ale oparta na twardych przesłankach symulacja tego, co może się zdarzyć – zapewnia autor.

    Zaczyna się od prowokacji

    Chodzi o prowokacje, które wstrząsną opinią publiczną i pokazane w światowych telewizjach dostarczą Rosji propagandowych argumentów do przeprowadzenia interwencji zbrojnej. Ofiary muszą być zatem starannie dobrane. Według Shirreffa może ich dostarczyć (na przykład) atak rakietowy na pełną dzieci szkołę w Donbasie, przeprowadzony z terenu Ukrainy, tak by można było obciążyć jej władze moralną i polityczną odpowiedzialnością za masakrę. Potem, znów pod pretekstem ochrony rodaków, Rosja przeprowadzi inwazję, której faktycznym celem będzie uzyskanie lądowego połączenia z Krymem – nie przy użyciu „zielonych ludzików”, ale regularnych wojsk pancernych. Wojsk, rzecz jasna, radośnie witanych przez rosyjskojęzyczną ludność, co pokażą usłużne zachodnie telewizje, korzystając z podsuniętych im unikatowych zdjęć.

    Równocześnie z inwazją na Ukrainę w państwach bałtyckich uruchomiona zostaje V kolumna, narasta fala niezadowolenia mniejszości rosyjskiej. W mediach społecznościowych mnożą się apele do „Matki Rosji”, by wzięła wszystkie swoje dzieci w opiekę. Tą samą drogą, przez internet, organizowane są zarówno marsze protestu, na które wzywani są „prześladowani” Rosjanie, jak i kontrdemonstracje nacjonalistów. W Rydze dochodzi do walk ulicznych. Snajper z działającej pod przykryciem jednostki specjalnej KGB zabija trzy piękne Rosjanki. „Przypadkiem” na miejscu jest ekipa telewizji Russia Today, pokazująca ofiary łotewskich terrorystów. Świat zamiera z oburzenia, Putin ogłasza, że nie może bezczynnie przyglądać się krzywdzie swoich rodaków. Lotniska i kluczowe punkty w państwach bałtyckich zostają zaatakowane przez wojska desantowe, rosyjskie czołgi przekraczają granice.

    NATO nie zdecyduje się na odwet

    Czy taka błyskawiczna inwazja na trzy państwa należące do NATO jest realna i możliwa? Tak, ponieważ w scenariuszu Shirreffa zostaje ona połączona z cyberatakiem na ogromną skalę, który paraliżuje systemy obronne państw bałtyckich. Także reakcja lotnictwa NATO jest spóźniona, bo „znieczulona” nieustannym naruszaniem przestrzeni powietrznej przez Rosjan. Kreml ma tu doskonałe rozeznanie słabych punktów i niezwykle silną agenturę. Atak jest starannie przygotowany, Rosjanie nie wahają się zatapiać brytyjskich statków i strącać amerykańskich F-16, bo Putin jest przekonany, że NATO nie zdecyduje się na odwet.

    I tu docieramy do najbardziej niepokojących wątków książki „2017. Wojna z Rosją”. Jej autor, znający od podszewki funkcjonowanie NATO, pokazuje, jak piorunującą mieszanką jest skrzyżowanie biurokracji z polityką. Nawet w sytuacji oczywistego zagrożenia sojusz militarny 28 państw brnie w poszukiwanie jednomyślności, a jego każdy krok znany jest Moskwie, jeszcze zanim zostanie wykonany. Nawet gdy udaje się wreszcie wcielić w życie artykuł 5, będący fundamentem NATO, żołnierze nie są w stanie go przekuć w czyn. Sojusz okazuje się kolosem… ale na glinianych nogach. Symbolem tego paradoksu jest w książce duma brytyjskiej floty, lotniskowiec Queen Elizabeth. Rzucony do walki i wysłany na Morze Bałtyckie, zostaje szybko trafiony torpedą przez rosyjską łódź podwodną. Idzie na dno, bo wcześniej, w ramach cięcia kosztów, pozbawiono go odpowiednio solidnej osłony z morza i powietrza.

    A co z atomowymi gwarancjami bezpieczeństwa? Jak do tego scenariusza ma się uspokajająca wszystkich mantra o równowadze arsenałów nuklearnych, która wielokrotnie zatrzymała świat na krawędzi kolejnego globalnego konfliktu? Otóż Putin jest przekonany, że Wielka Brytania czy Francja nie zaryzykują całkowitego zniszczenia Europy dla ratowania trzech krajów bałtyckich i Ukrainy. Powstrzymają też od atomowego odwetu prezydenta USA. Tak przynajmniej wynika z rozmów, jakie toczą na Kremlu bohaterowie książki Shirre- ffa. I znów trafnie kalkulują, bo NATO rzeczywiście nie decyduje się na użycie głowic, nawet tych taktycznych, o mniejszym zasięgu rażenia. Za to Rosja w swoim planie absolutnie nie wyklucza ich zastosowania. By być pewnym braku odwetu, zakłada jedynie, że celem nie będzie Paryż czy Berlin, ale Warszawa. Political fiction? Nie do końca. We wstępie do książki naczelny dowódca europejskich sił NATO gen. James Savardis pisze o Rosji: „oni są dziś gotowi do użycia broni atomowej”.

    Nowa Jałta

    Zostawmy literaturę, wróćmy na ziemię. Które z przestróg gen. Shirreffa należy potraktować najbardziej serio? Choć oczywiście wojny nigdy nie bywają racjonalne, można z dużym prawdopodobieństwem założyć, że ta następna, która może wybuchnąć w Europie, będzie jednak miała charakter starcia konwencjonalnego. A jeśli tak, to NATO znalazło się na bardzo niebezpiecznym zakręcie, bo zapatrzone w swój nuklearny pancerz oraz pacyfistyczne teorie o końcu historii, od lat konsekwentnie się rozbraja. Miesiąc po tym, jak Putin zajął Krym, z Niemiec wyjechały ostatnie amerykańskie czołgi, które stacjonowały tam przez 69 lat. Wielka Brytania w czasie rządów premiera Camerona ograniczyła liczebność zawodowej armii o 20 tys. żołnierzy. Kończąc blokadę morską Libii, odesłała prosto do stoczni złomowych część swoich fregat i niszczycieli. To wtedy właśnie brytyjski generał Shirreff przeszedł na wojskową emeryturę i stał się powieściopisarzem, niejako w geście protestu przeciw ciągłemu osłabianiu potencjału NATO.

    Potencjał to jedno, a wola i gotowość jego użycia to drugie. Groźniejszy nawet od słabnącej liczebności wojsk czy czołgów jest brak woli. Zachód wydaje się dziś przekonany, że armia nie służy do walki, lecz niesienia pomocy humanitarnej. Mamy w Europie klimat niebezpiecznie przypominający rok 1939. „Perspektywa powiedzenia poddanym, że brytyjscy żołnierze będą umierać za Łotwę, kraj, o którym mało wiemy i który guzik nas obchodzi, nie wchodzi w rachubę” – mówi jeden z bohaterów książki… ale zapewne tak właśnie myśli dziś większość mieszkańców Anglii, Francji czy Niemiec.

    Władimir Putin doskonale wyczuwa te nastroje, dlatego wciąż testuje, jak daleko może się posunąć, odbudowując sowiecką strefę wpływów. Na razie opór napotyka jedynie w Waszyngtonie, ale reakcje najważniejszych europejskich stolic na zaostrzenie sankcji wobec Moskwy nie nastrajają optymistycznie. Dla nas najgroźniejsze są zaś bazujące na tych nastrojach zapowiedzi Putina, że czas pomyśleć o nowym systemie bezpieczeństwa dla Europy. Jego zdaniem trwały pokój zapewnić zaś może jedynie „nowa Jałta”.

    Strachy na Lachy?

    Co czeka nas w najbliższych miesiącach? Na pewno nie ustaną graniczne prowokacje i cyberataki. Trudno rzeczywiście przewidzieć, do czego mogą one zmierzać. Jaki scenariusz wybierze Putin? Na ile poważnie należy traktować alarm Ukrainy, która obawia się, iż rozpoczynające się właśnie manewry są wstępem do kolejnego etapu agresji na ten kraj?

    NATO zostało już dwa razy zaskoczone przekraczaniem granic (dosłownie i w przenośni) przez Rosję. Sojusz, mimo iż jest nieustannie prowokowany, wciąż obawia się, by zdecydowane wzmocnienie wschodniej flanki nie zostało odebrane przez Kreml jako prowokacja. W Unii Europejskiej jedni wciąż wierzą, że mają do czynienia z cywilizowanym i przewidywalnym partnerem, inni liczą, że apetyty Moskwy faktycznie skończą się na kolejnej Jałcie. „Europa będzie nas błagać, byśmy nie poszli dalej. I pewnie nie pójdziemy. Paryż wolimy odwiedzać jako turyści” – mówią rosyjscy generałowie w książce Shirreffa.

    A może to wszystko tylko klasyczne Strachy na Lachy, od zawsze uprawiane przez wojskowe lobby i wspierających je polityków? Niestety, raczej nie. Wypada jeszcze raz powtórzyć za emerytowanym generałem NATO: „Ta wojna już trwa”. 

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół