• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Pierwszy krok do pokoju

    Szymon Babuchowski

    |

    GN 36/2017

    dodane 07.09.2017 00:00

    „Uczyńmy pierwszy krok!” – tak brzmi hasło papieskiej pielgrzymki do Kolumbii. Po trwającej przez ponad 50 lat wojnie domowej proces jednania z pewnością nie będzie łatwy.

    Jaką Kolumbię odwiedza papież Franciszek? Wyniszczoną trwającymi ponad pół wieku konfliktami, podzieloną na bogaczy i żyjących w skrajnej nędzy, ale też patrzącą w przyszłość z nieśmiałą nadzieją. Podpisane niedawno porozumienie pomiędzy rządem a lewicową partyzantką FARC w sprawie „przerwania ognia i ostatecznego zakończenia wrogości” jest efektem ponad 3 lat „dialogów pokojowych”, jakie toczyły się w stolicy Kuby – Hawanie.

    Cenę płacili cywile

    W ten dialog aktywnie włączał się Kościół, jednak kolumbijskie społeczeństwo do efektu rozmów podeszło z dużą dozą sceptycyzmu. Pierwotna wersja porozumienia została w referendum odrzucona. W tej sytuacji prezydent Juan Manuel Santos nieznacznie zmienił jego treść, nie poddając już tych zmian pod kolejne referendum. Ratyfikował je – bez głosu sprzeciwu – parlament pod koniec zeszłego roku. Problemem pozostała jednak kwestia odpowiedzialności liderów FARC za popełnione zbrodnie i akty przemocy. Liczące 300 stron porozumienie nie przewidywało bowiem dla nich kar więzienia ani zakazu pełnienia funkcji publicznych, lecz jedynie całkowite rozbrojenie organizacji. Miało ono nastąpić w czerwcu tego roku, kiedy to 6800 bojowników FARC przekazało oenzetowskiej misji w Kolumbii 7132 sztuki zarejestrowanej uprzednio broni. Czy jednak partyzanci oddali całą broń i czy oznacza to koniec konfliktu, czas pokaże.

    Sceptycyzm w tej sprawie łatwo zrozumieć, kiedy wniknie się głębiej w historię tego konfliktu. Założone w 1964 r., jako skrzydło Kolumbijskiej Partii Komunistycznej, FARC (Rewolucyjne Siły Zbrojne Kolumbii) przez 52 lata terroryzowało mieszkańców niektórych regionów tego kraju, porywając i mordując niewinnych ludzi. FARC zwalczane było z kolei przez oddziały paramilitarne, powiązane ze światem narkotykowym, które również dokonywały zbrodni na zwykłych mieszkańcach. Rząd oficjalnie nie popierał tych oddziałów, jednak trudno było nie zauważyć przyzwolenia, z jakim działali wrogowie partyzantki. Tajemnicą poliszynela są związki paramilitares z kolumbijskim wojskiem. Walki toczyły się o kontrolę nad strategicznymi zasobami, takimi jak ropa naftowa, banany czy kokaina. Strony konfliktu zmieniały położone w głębi kraju osady w bazy wojskowe, wyrzucając mieszkańców z domów. Do walk wciągane były także małe dzieci. Konflikt pochłonął przez pół wieku przeszło 200 tys. ofiar, a 6 mln ludzi musiało opuścić swoje domy.

    Zaminowany kraj

    Kiedy 4 lata temu odwiedziliśmy Kolumbię, spotkaliśmy osoby, których życie naznaczone było piętnem bratobójczych walk. Juan Murillo, 39-letni wówczas uczeń szkoły założonej przez kombonianów w slumsach Bogoty, stracił w tym konflikcie ojca. – Przyjechali oni, przywiązali go do drzewa i zatłukli na śmierć drągami – opowiadał mężczyzna, pochodzący z regionu Chocó na wybrzeżu. Znamienne było to słowo „oni”, często powtarzające się w jego wypowiedziach. W tym przypadku oznaczało lewicowych partyzantów z FARC. Kolumbijczycy bowiem o konflikcie rzadko chcą się wypowiadać wprost. Życie Juana było jedną wielką ucieczką przed różnymi „nimi”. Kilkakrotnie był świadkiem mordów na niewinnych ludziach, w końcu znalazł schronienie w Altos de Cazucá na przedmieściach Bogoty. Choć większość Europejczyków napełniałaby grozą sama myśl o zamieszkaniu w takim miejscu, on uważał je za oazę spokoju.

    Rozmiary dramatu południowoamerykańskiego narodu uświadomiliśmy sobie także podczas wizyty w siedzibie Episkopatu Kolumbii, gdzie Catalina Buesaquillo i Lina Peña pokazały nam mapę terenów objętych konfliktem. Okazało się, że właściwie nie było wówczas w Kolumbii regionu, w którym nie toczyłyby się walki o ziemie, nie ginęliby ludzie. Ogromnym problemem były miny przeciwpiechotne, granaty i inne rodzaje broni, które pozostawały wszędzie tam, gdzie przechodził konflikt. Ich ofiarami padali prości ludzie, często dzieci, które znajdując te przedmioty, myślały, że to zabawki. Wszystko to działo się w miejscach, gdzie nie ma opieki medycznej i dotarcie z pomocą zajmuje sporo czasu. Według danych rządowych w latach 1992–2013 ofiarami min padło 10 tys. osób.

    PR „nawróconej Kolumbii”

    Paradoksalnie konflikt przybrał na sile, gdy prezydentem kraju był kreujący się na chrześcijańskiego polityka Álvaro Uribe (2002–2010). Mamił on świat obrazem „nawróconej Kolumbii”. Powierzał kraj Najświętszemu Sercu Jezusowemu i przekonywał społeczność międzynarodową, że konflikt wygasa. Na tę propagandę nabrało się wielu polityków i dziennikarzy z Europy. Nabrał się też, niestety, obecny poseł Dominik Tarczyński, autor pełnego zapewne dobrych intencji, ale bardzo naiwnego filmu „Kolumbia – świadectwo dla świata”, a także jurorzy festiwalu w Niepokalanowie, którzy ów obraz nagrodzili. Tymczasem organizacje paramilitarne wspierane przez Uribe słynęły ze szczególnego okrucieństwa. Zamordowały też podczas jego rządów więcej osób – głównie cywili – niż lewicowe partyzantki FARC i ELN razem wzięte.

    Czy po podpisaniu porozumienia sytuacja się zmieniła? – Zmniejszyło się nasilenie konfliktów – ocenia brat Tomasz Basiński, kombonianin, do niedawna pracujący w Kolumbii. – Jednak wielu ludzi, przede wszystkim w regionach oddalonych od dużych miast, wciąż cierpi z powodu przemocy i jej skutków. Myślę, że potrzeba dużo pracy, aby ludzie nauczyli się przebaczać, prosić o przebaczenie i nie reagować przemocą na przemoc.

    Warto pamiętać, że obecny prezydent Kolumbii Juan Manuel Santos, laureat Pokojowej Nagrody Nobla za starania na rzecz zawarcia układu pokojowego, za czasów Uribe pełnił funkcję ministra obrony. Dziś to właśnie Uribe jest głównym przeciwnikiem porozumienia z FARC. To on stał na czele opozycji, która doprowadziła do odrzucenia pierwszej jego wersji – minimalną liczbą głosów – w październikowym referendum. Broni nie złożyła też dotąd druga lewicowa partyzantka ELN (Armia Wyzwolenia Narodowego), licząca ok. 1500 członków. Na czas wizyty papieża partyzanci ogłosili jednak jednostronne zawieszenie broni.

    Księża na celowniku

    Jednym z najważniejszych punktów papieskiej pielgrzymki w Kolumbii jest modlitwa o pojednanie narodowe, odbywająca się 8 września w parku Założycieli w mieście Villavicencio. To tam spotykają się uczestnicy gwiaździstego marszu pokojowego, który wyrusza dwa dni wcześniej z różnych stron kraju. Także w Villavicencio Franciszek dokona beatyfikacji dwóch kolumbijskich męczenników: bp. Jesúsa Jaramilla Monsalve i ks. Pedra Maríi Ramíreza Ramosa. Pierwszy z nich, ordynariusz diecezji Arauca, jest właśnie jedną z ofiar konfliktów, które targały Kolumbią przez ostatnie dziesięciolecia. Zginął w 1989 r. z rąk ELN. Drugi – proboszcz z Armero w departamencie Tolima – to też ofiara politycznych sporów, tyle że nieco wcześniejszych. Zginął w 1948 r. podczas zamieszek wywołanych zabójstwem liberalnego polityka Jorge Eliécera Gaitána. Śmierć poniósł z rąk uzbrojonych mężczyzn, którzy wdarli się do kościoła, gdzie pełnił posługę.

    Beatyfikacja obu kapłanów w trakcie procesu pokojowego ma ważną wymowę także dlatego, że przypomina o bardzo istotnym fakcie: Kolumbia jest, obok Meksyku, jednym z najbardziej niebezpiecznych krajów dla duchownych. W latach 1984–2009 zamordowano tam 2 biskupów i 67 księży, a po 2009 r. – kolejnych 20 kapłanów. Mimo to tamtejszy Kościół nie waha się zabierać głosu w ważnych sprawach społecznych. Włączał się np. w negocjacje między władzami a mieszkańcami regionu Catatumbo, gdy miała miejsce rządowa akcja likwidowania nielegalnych upraw koki, będących często jedynym źródłem utrzymania dla miejscowych. Stawał też w obronie nielegalnych imigrantów, głównie z Kuby i Haiti, gromadzących się na granicy z Panamą. I broni życia – od poczęcia do naturalnej śmierci. W sprawie zabijania nienarodzonych kolumbijskie prawo ma rozwiązania bardzo podobne do polskich – ciągle jednak trwa walka katolików o ograniczenie aborcji. W kwestii eutanazji, niestety, biskupi przegrali batalię i od 2015 r. jest ona legalna. Jednak Kościół katolicki cieszy się w Kolumbii największym poparciem spośród wszystkich instytucji – ceni go 68 proc. mieszkańców kraju.

    Bogaci nie znają biednych

    To poparcie wydaje się dość oczywiste, jeśli weźmiemy pod uwagę, że kolumbijski Kościół jest stale blisko najbiedniejszych: zakłada dla nich szkoły, pomaga ofiarom konfliktu. Przedstawiciele episkopatu przez lata docierali do zagrożonych terenów, gdzie pracowali z liderami lokalnych społeczności, ucząc ich, jak postępować w trudnych sytuacjach. Organizowali też pomoc medyczną, psychologiczną lub po prostu towarzyszyli ofiarom. Edukowali, uświadamiali im ich podstawowe prawa (wielu poszkodowanych np. nie miało pojęcia, że przysługują im protezy). Franciszek, który zawsze kładzie nacisk na wizyty wśród najbiedniejszych, także w Kolumbii odwiedzi ich domy. Będzie to miało miejsce w Cartagenie, turystycznej metropolii – milionowym mieście nad Morzem Karaibskim. Papież poświęci tam również kamień węgielny pod budowę domów dla bezdomnych. Bo, jak podkreślił arcybiskup Bogoty kard. Rubén Salazar Gómez, prawdziwy pokój zapanuje tylko wtedy, gdy zostaną zlikwidowane nierówności społeczne. Te zaś są w Kolumbii rażąco duże. 

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół