• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Bóle porodowe

    Marcin Jakimowicz Marcin Jakimowicz

    dodane 05.09.2017 10:40

    Zbliża się „Powrót Króla”. Jest bliżej o tę chwilę, w której czytasz ten tekst. Przyjdzie jak bóle na mającą porodzić.

    „Kiedy bowiem będą mówić: Pokój i bezpieczeństwo – tak niespodzianie przyjdzie na nich zagłada, jak bóle na brzemienną, i nie ujdą (1 Tes 5,3).

    Wiecie, co zastanawia mnie w tym porównaniu? To, że kobieta oczekująca dziecka mniej więcej domyśla się, kiedy przyjdą bóle porodowe. To prawda, „nie zna dnia ani godziny”, ale w ósmym miesiącu ciąży ma prawo oczekiwać, że rozwiązanie jest blisko.

    Rozwiązanie jest blisko? Mamy prawo tego oczekiwać?

    „W pewnym momencie Duch Święty uświadomił mi, że całe Jego działanie jest dziś ukierunkowane na powtórne przyjście Jezusa” – ta intuicja ks. Petera Hockena (1932-2017) mocno mnie poruszyła.

    „Jerozolima będzie deptana przez pogan, aż czasy pogan przeminą” – zapowiedział Jezus (Łk 21,24). Czy to słowo nie wypełniło się przed 50 laty? Po wojnie sześciodniowej? Czy odczuwamy już bóle porodowe przed powrotem Mesjasza?

    – Nie było jeszcze takiego momentu w historii, w którym tak wyraźnie widzielibyśmy, jak spełniają się zapowiedziane przez Biblię proroctwa – opowiadał mi Karol Sobczyk ze wspólnoty Głos na Pustyni. – Nie mówię o wybuchach wulkanów, trzęsieniach ziemi, tsunami, zjawiskach tetrady krwawego Księżyca, bo takie zjawiska wydarzały się przecież w historii. Mówię o znakach, które obserwuje dopiero nasze pokolenie. Na przykład o biblijnych obietnicach dotyczących Izraela. Bóg obiecał, że Żydzi powrócą do swej ziemi. Od 1948 roku Izrael ma własne państwo. Obiecał, że Jerozolima na nowo połączy się z Izraelem. To proroctwo również się spełniło, w 1967 roku. Dziś obserwujemy inne dynamiczne zjawisko: żydów mesjanistycznych, czyli tych, którzy odkrywają w Jezusie obiecanego Mesjasza. Czy jako chrześcijanie czekamy jeszcze na przyjście Jezusa? Pamiętajmy, co działo się w pierwszym Kościele, który żył w napięciu, oczekiwaniu: Król nadchodzi! Otrzymaliśmy Ducha po to, aby przygotował nas na ten dzień. A jeśli Kościół nie oczekuje powrotu Jezusa, trudno, by wszedł w miejsce, do którego został powołany.

    Mariusz Orczykowski, rektor seminarium oo. franciszkanów w Krakowie, dopowiada: – Jeśli proroctwa o Wcieleniu odczytujemy konkretnie, dlaczego mamy problem z odczytywaniem zapowiedzi dotyczących paruzji? A proroctwa biblijne mówią jasno: miejscem przyjścia Mesjasza będzie Góra Oliwna. Widzimy coraz większy ruch żydów mesjańskich. Izrael ma swe państwo. Jerozolima jest w rękach Żydów. Widzimy wielką aliję Żydów do Ziemi Świętej (przymierze Abrahama było związane nie tylko z ludem, ale i z ziemią). Te proroctwa wypełniają się na naszych oczach. Spełnia się zapowiedź Izajasza, że wszystkie narody i ludy przyjdą do tego miejsca. Możemy mieć nadzieję, że ziemia, która nosiła proroków i Jezusa, na nowo zajaśnieje chwałą.

    – Skoro nie wiemy, kiedy nadejdzie Chrystus, to od dwóch tysięcy lat każde trzęsienie ziemi, każda wojna, każdy kryzys Kościoła są antycypacją tych znaków ostatecznych – podsumowuje Rafał Tichy. – Nie wiemy, czy to jest ta miara znaków, która oznacza, że On już stoi u drzwi. Grzegorz Wielki, który podczas upadku Cesarstwa Rzymskiego widział pożogę, krew, mógł myśleć: spełnia się Apokalipsa. My też mamy takie prawo…

    Czekamy na „Powrót Króla”.

    Marana tha! Przyjdź!

    «« | « | 1 | » | »»

    Wybrane dla Ciebie

    • Gość
      05.09.2017 13:10
      Podstawowy problem z recepcją tematu "Czasów ostatecznych" jest oczywisty - jeśli zapowiedź przyjścia Mesjasza nie spełnia się w pierwszym, drugim, piątym i pięćsetnym pokoleniu, to po prostu świat przestaje czekać. Apostołowie wzięli sobie do serca słowa o paruzji, czekali gotowi do drogi - i się nie doczekali. Ich następcy czekali, może już z odrobinę mniejszą gorliwością - i też się nie doczekali. Następcy ich następców zaczęli tłumaczyć słowa Pana Jezusa alegorycznie, może nawet usprawiedliwiać... Ale kiedy kolejne pokolenia się na paruzję "nie doczekują", to nie ma się co dziwić, że pomału przestają czekać. Ciekawe ilu z nas mogłoby z ręką na sercu powiedzieć, że jesteśmy przygotowani i czekamy na paruzję? Jeszcze na śmierć w sensie "osobistego końca świata" jesteśmy mniej lub bardziej gotowi, ale na doświadczenie paruzji - czyli tak naprawdę ominięcia śmierci - kto jest na to duchowo ukierunkowany? Jasne, że nie siedzę w głowach i sercach nas wszystkich, ale też niespecjalnie doświadczam tej gotowości - ani w sercu, ani w swoim (gorliwym i pobożnym, nie tekturowym) otoczeniu.

      I druga sprawa - to pytanie o "formę" paruzji, jej kształt. Skoro już od czasów niemal apostolskich tłumaczy się nam alegoryczność wypowiedzi Pana Jezusa dotyczącej "terminu" nadejścia czasów ostatecznych, to czy przypadkiem nie zaczęliśmy traktować całego zjawiska paruzji alegorycznie? Skoro "już niedługo" może oznaczać (i jak na razie oznacza) tysiące lat, to może "przyjdę" oznacza coś równie... niekonkretnego?

      Na poziomie akademickim te pytania ocierają się pewnie o pięć herezji - ale mówimy o poziomie ludzkiego serca, tak mocno przecież opierającego się na własnych doświadczeniach.
    • gostek
      05.09.2017 21:39
      Paruzję po prostu czuć w powietrzu. Czy tego dożyjemy, wie tylko Bóg :)
    • Gość
      06.09.2017 14:25
      A pan redaktor czuł bóle porodowe ?
    • Gość
      09.09.2017 01:53
      Nieee, błagam! Tylko nie "chrześcijański syjonizm"! Zostawmy to protestantom, amerykańscy neokonserwatyści dość już krwi przelali w imię tej popularnej wśród ich wyborców herezji! Paruzja -- tak, dorabianie do tego ideologii -- nie!
    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      przewiń w dół