• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • U bram Europy

    Jakub Jałowiczor

    |

    GN 32/2017

    dodane 10.08.2017 00:00

    Łodzie imigrantów od dawna nie dopływają na Lampedusę. Nie oznacza to jednak, że włoska wyspa przestała być stacją przesiadkową w drodze na Stary Kontynent.

    W Libii Msgana trafił do więzienia. – Strażnicy brali telefon i dzwonili do rodziny. Rzucali, że chcą pieniędzy, i rozłączali się. Dopóki pieniądze nie doszły, trzymali nas w więzieniu. Jedzenie raz dziennie, rzadko mycie, nie było lekarza. Nikogo nie obchodziło, że jesteś chory – tłumaczy, gestykulując rękami, na których ma blizny po wrzodach. Msgana dostał przekaz od rodziny i popłynął do Europy jako pierwszy z grupy kolegów, z którymi wyruszył z Erytrei. Łódź znajdowała się na morzu przez półtora dnia, zanim znalazł ją włoski statek. Podobne historie opowiadają Nigeryjczycy, z którymi rozmawia ks. José David Albeza Asencio, który na co dzień pracuje jako wędrowny katechista na Sycylii, ale przyjechał na Lampedusę na kilkudniową uliczną misję. – Jechali ciężarówkami przez Libię – ks. Albeza wskazuje Afrykanów siedzących na schodach kościoła. – Nawet jeśli ktoś wypadł, samochód się nie zatrzymywał. Pytam ich, dlaczego Bóg pozwolił, żeby tak ich traktowano. Mówią: to nie wina tamtych ludzi, my im przebaczamy.

    Msgana liczy na to, że dostanie się teraz do Szwecji. – W Erytrei byłem stolarzem, ale mogę nauczyć się każdej pracy, jeśli dostanę szansę – zapewnia. Nie mówi w żadnym europejskim języku, ale ma szanse na azyl, bo w jego kraju panuje dyktatura. W podobnej sytuacji jest jego rodak, którego poznał już na łodzi, 20-latek, także mający na imię Msgana. Jest kierowcą, marzy o pracy na północy Europy. 20-letni Moussa jest z Mali, więc będzie miał trudniej. – Niektórzy czekają na rozpatrzenie wniosku azylowego po 2 lata, a potem dostają odmowę i stają się niewidzialni – mówi Vincenza Basta.

    Służbowy optymizm

    Na pewno żaden z Afrykanów nie zostanie długo na Lampedusie. Za to w ich miejsce przypłyną nowi. Jak podkreśla burmistrz Martello, imigranci docierali na wyspę już w 1993 r., kiedy zaczynał swoją pierwszą kadencję. Początkowo społeczność marynarzy i rybaków (na wyspie jest 30 zakładów przetwórstwa ryb) nie była zdziwiona przyjazdami obcych. Problemy zaczęły się w 2009 r. Niepokoje w krajach arabskich sprawiły, że na Lampedusę zaczęły ściągać tłumy. – Mieliśmy tu po 7, 10, czasem 20 tys. ludzi – wspomina Totó Martello. – Imigrantów było więcej niż mieszkańców. To było irytujące nawet dla tak gościnnej społeczności jak nasza. Ludzie wkurzają się, kiedy liczba imigrantów wzrasta i np. idą na plażę, a tu pojawia się 300 osób, wszystkie tego samego koloru. Jeśli nie jest ich dużo, nikt się nie złości, nawet turyści.

    Mieszkańcy, z którymi rozmawiamy, nie narzekają na przybyszów. – Problemem jest to, że toną po drodze, a nie to, że tu docierają – mówi nam starsza pani czekająca na spotkanie z burmistrzem. Nie potwierdzają tego wyniki wyborów. W czerwcu br. wygrał je Martello, który o przybyszach mówił ostrzej niż w latach 90., kiedy rządził po raz pierwszy. I ostrzej niż Giuseppina Nicolini, która sprawowała funkcję burmistrza od 2012 r. i słynęła na całą Europę z proimigranckiej polityki.

    Biblia z dna łodzi

    Imigranci, którzy wyszli poza obóz, nie mogą nie trafić do kościoła św. Gerlando. To przez tę parafię przechodzi większość środków pomocowych wysyłanych na Lampedusę z całej Europy. Proboszcz, 35-letni ks. Carmelo La Magra, z trudem znajduje dla nas 10 minut.

    – Jestem księdzem, psychologiem, animatorem życia społecznego. Nawet niewierzący przychodzą, żeby porozmawiać – tłumaczy. To do niego zgłaszają się wolontariusze z całych Włoch, którzy chcą popracować na wyspie przez kilka tygodni. Proboszcz ma w telefonie aplikację, za pomocą której śledzi ruchy statków włoskiej straży przybrzeżnej. Dzięki temu szybko się orientuje, czy na wyspę płynie kolejna grupa przybyszów. Raz przyjechali też pracownicy organizacji pozarządowych, którzy chcieli pomóc mu zorganizować pracę. Kiedy zobaczyli, jak wszystko funkcjonuje, byli pod wrażeniem. Nie mieli uwag.

    W kancelarii ks. Carmelo piętrzą się pudła Biblii w języku angielskim i francuskim. To dary od towarzystw biblijnych z Włoch i Szwajcarii, a czasem od prywatnych osób. Jak podkreśla proboszcz z Lampedusy, imigranci często przychodzą i proszą o Pismo Święte albo różaniec. W czerwcu ks. La Magra spotkał się z papieżem Franciszkiem i dał mu egzemplarz Nowego Testamentu znaleziony w jednej z łodzi, która płynęła do Europy z Libii. Ksiądz z Lampedusy nie chwali się tym, ale jest w stałym kontakcie ze Stolicą Apostolską.

    Uwaga, żółwie

    – Od 2002 r. mieliśmy coraz więcej turystów – wyjaśnia burmistrz Martello. – Później nastąpił spadek ich liczby. Od 2 lat znowu notujemy wzrost, choć nie osiągnęliśmy jeszcze poziomu z 2012 r.

    Fama wyspy imigrantów najwyraźniej przestała odstraszać letników. Może dlatego, że jeden z obozów od kilku lat nie funkcjonuje, a drugi jest starannie ukryty przed wzrokiem przyjezdnych. A może Totó Martello ma rację, kiedy twierdzi, że Włosi bardziej boją się pojechać do Belgii czy Francji niż na Lampedusę, gdzie nie doszło jeszcze do żadnego zamachu. Znalezienie kwatery w szczycie sezonu wymaga cudu. Hotele też są pełne mimo odstraszających cen. Letników przyciąga widok skalistego wybrzeża, kolor morza i plaże, takie jak Isola dei Conigli. Jej nazwa, oznaczająca wyspę królików, pochodzi od pobliskiej wysepki, na której nie ma dziś ani jednego z tych zwierząt. Być może kiedyś tu żyły, ale według innej wersji ta nazwa jest konsekwencją błędu w tłumaczeniu. Brytyjski kapitan opisał wyspę w 1824 r. jako Rabit Island. Tak określali ją Arabowie, w których języku słowo rabit oznacza połączenie lub przyjaźń. Ale po angielsku rabbit to królik – więc tak zostało. Do wyspy nie wolno nawet podpływać (choć zakaz jest regularnie łamany), a plaża jest otwarta tylko w dzień. W dodatku odgrodzono część, na której nie wolno rozstawiać parasoli ani parawanów. W ten sposób władze chronią morskie żółwie, które składają tu jaja. Populacja wielkich gadów spada, a turyści mogą to boleśnie odczuć, bo żółwie są jedynymi drapieżnikami polującymi na meduzy. Pozbawione naturalnego wroga parzydełkowce w ostatnich latach rozmnożyły się. Na Lampedusie działa ośrodek, w którym weterynarze leczą żółwie morskie. Chore zwierzęta są odnajdywane przez rybaków w całym Morzu Śródziemnym. Niektóre mają wbite w ciało haczyki do łowienia ryb. Inne same zeszły na tak dużą głębokość, że zaszkodziło im ciśnienie. Weterynarze z Lampedusy chwalą się, że opracowali metody operowania gadów stosowane teraz przez ośrodki ze Stanów Zjednoczonych. Po zabiegu zwierzęta dochodzą do siebie, pływając w wielkich baliach, jak świąteczne karpie. Oglądają je setki turystów przybywających latem na Lampedusę. Dla nich wyspa jest wakacyjnym rajem. Dla tych, którzy przypływają tu z Afryki, wciąż jest bramą do Europy.•

    Lampedusa

    • Wyspa należąca do archipelagu Wysp Pelagijskich. Baza morska w czasach Fenicjan. Później własność Rzymu. W IX w. zdobyta przez Saracenów. Docierali tu m.in. krzyżowcy, mnisi i berberyjscy piraci. • Powierzchnia: 20,2 km kw. • Ludność: 6,3 tys. osób. • Przynależność administracyjna: Lampedusa należy do Włoch, jest częścią sycylijskiej gminy Lapedusa i Linosa. • Zabytki: jest ich niewiele; warta zobaczenia jest grota Eremity z Lampedusy, który w średniowieczu pilnował istniejącego wówczas kościoła i meczetu.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół