• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Wiedziała, po co jest poezja

    Barbara Gruszka-Zych

    |

    GN 32/2017

    dodane 10.08.2017 00:00

    – Nie wiemy, co się w nas kryje, do jakich rzeczy jesteśmy zdolni – powiedziała mi kiedyś Julia Hartwig. – Może dlatego, że większość nie podejmuje wysiłku przemyślenia swojego życia. A każdy ma w środku jakąś prawdę do wypowiedzenia. Poeta to wie i odkrywanie tego jest jego zajęciem.m.

    Poetę poznaje się, czytając, co napisał. Najbardziej zapamiętuje się tych, którzy potrafią mówić własnym głosem. Ona znalazła swój prosty, ale wyrazisty styl, mówiła cicho, ale dobitnie. Podczas tamtej rozmowy oprowadziła mnie po swoim mieszkaniu, w którym przez lata mieszkała ze zmarłym w 1996 r. mężem Arturem Międzyrzeckim, też poetą, wieloletnim szefem PEN Clubu. – Siedzieliśmy w dwóch pokojach jak w dwóch osobnych celach. Ja – w pokoju obok, gdzie dotąd pracuję, on – w malutkim pokoiku przy wejściu. Mówiłam mu: „przenieś się do dużego”, bo bardzo dużo palił. Cud, że nasza córka Daniela z tego powodu nie chorowała. Stale przychodzili do nas goście i też palili. Mieliśmy otwarty dom. Z najbliższych najczęściej wpadał Zbigniew Herbert. Nasza gosposia strasznie go lubiła i mówiła: „Zawsze mam dla pana obiad”.

    Ogromne skupienie

    Kiedy oglądałyśmy pamiątki pozostałe po jej mężu i ogromną bibliotekę, znienacka stwierdziła, że zazdrości kloszardom: – Zadziwia mnie ich życie bez trosk materialnych. My wszyscy tracimy mnóstwo czasu na rzeczy zbyteczne. Najwięcej takich ludzi widziałam we Francji. Kiedyś usłyszałam, jak dwaj kloszardzi rozmawiają o filozofii, usiłując dojść do tego, co jest w życiu ważne. To wzbudziło mój zachwyt. Kiedy wtrąciłam, że bez bogactw materialnych żyją też mnisi, przyznała, że nie trzeba być kloszardem ani mnichem, ale wystarczy być poetą.

    W „Błyskach” zanotowała: „Jedzą. Piją. Nieznajomy biedak przysiada na ławce z boku. Patrzy wzrokiem życzliwym. Nie zazdrości im. Cieszą go roześmiane twarze”. Ona też bezinteresownie cieszyła się takimi roześmianymi twarzami spotkanych ludzi. „Piękna to rzecz: poczucie dumy z cudzej zasługi, wywyższenia, mistrzostwa, geniuszu” – zanotowała w tym samym tomie.

    Nieraz w jej wierszach powracał Lublin, w którym przyszła na świat 14 sierpnia 1921 r., ojciec Ludwik i matka Maria Biriukow, uciekinierka z porewolucyjnej Rosji, która nie potrafiła odnaleźć się w nowym miejscu i popełniła samobójstwo. Koleżanki z żeńskiego Gimnazjum im. Unii Lubelskiej, także Żydówki, genialnie przez nią opisane, jak stoją zawstydzone przed lubelskim gettem, czytelnym znakiem ich wygnania poza dotychczasową rzeczywistość. Utalentowani bracia – endokrynolog Walenty i klasyk fotografii Edward, ale też starsza siostra.

    – Bycie poetą wymaga ogromnego skupienia – powiedziała mi. – W wierszach zachowuje się wszystko, cośmy przeżyli. Może nie znajdujemy w nich wytłumaczenia tego, co zaszło, ale czujemy ten stan ducha. Pisanie to chęć niepozostawania głuchym na to, jak wygląda świat. W wielu wierszach zachwycałam się pejzażami, sytuacjami, miejscowościami, ludźmi.

    Kiedy zwróciłam uwagę, że w jej ostatnich tomach pojawia się więcej refleksji niż szczegółów, odparła: – Widocznie weszłam już w taki etap myślenia o świecie, że nie trzeba mi strumieni i lasów. Zastanawiam się nad problemami, które stawia przede mną życie.

    Ceniła sobie swoją samotność: – Bywają zwariowane okresy spotkań autorskich, ale to nie jest dla mnie czas naturalny. Choć dzięki nim nabieram ufności do tego, co robię.

    Przypomniała, jak niedawno pewna dziewczyna zwierzyła się jej, że ma chorego ojca i kiedy przeczytała jeden z jej wierszy, zrozumiała, że to, co dla niego robi, to jeszcze za mało. – Jeśli do tego przydaje się moje pisanie, to dzięki Bogu – spointowała. – Czytelnicy bezustannie pytają mnie: „Jak żyć?”. To wzruszające i bolesne pytanie. Nie potrafię na nie udzielić odpowiedzi, ale mówię o własnych doświadczeniach.

    Pod przymusem

    Zadebiutowała w 1936 r. na łamach szkolnego pisma. Ze szkolną koleżanką, poetką Anną Kamieńską, poprosiła Józefa Czechowicza o ocenę swych młodzieńczych wierszy. Maturę zdała w 1939 r. i kilka miesięcy później została łączniczką Armii Krajowej. Studiowała polonistykę i romanistykę na tajnym Uniwersytecie Warszawskim, a po wojnie – na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim i Uniwersytecie Warszawskim. W latach 1947–1950 przebywała we Francji, a od 1970 do 1974 mieszkała w Stanach Zjednoczonych, co zaowocowało wydaniem „Antologii poezji amerykańskiej” i wyboru wierszy amerykańskich poetek „Dzikie brzoskwinie”.

    W jej ostatnich tomach powracał temat poczucia winy za swoje czyny. – To nie jest dziwne w moim wieku, kiedy przychodzi czas rozrachunku – wyjaśniła mi. – Wcześniej też miewałam takie okresy, zwykle po utracie kogoś bliskiego. Pytałam wtedy o swoją winę wobec niego. Czy byłam zawsze kochająca, czy nie zawiodłam go?

    Nie musiała się tłumaczyć ze swoich politycznych wyborów. W 1976 r. podpisała „Memoriał 101”, wyrażający protest przeciw projektowanym zmianom w Konstytucji PRL. Potem była związana z NSZZ „Solidarność”. Cały czas pisała, coraz częściej publikując nowe tomy, za które została doceniona m.in. nagrodami: im. Szymborskiej, im. Norwida, Polskiego PEN Clubu im. Jana Parandowskiego. – Piszę, bo to rodzaj przymusu wewnętrznego. Nie wystarczy tylko czytać. Lektura nas wzmacnia, ale tak naprawdę trzeba siąść i samemu walczyć o nową jakość. Czasami budzę się ze snu i notuję gotowe wiersze.

    Mimo wieku nie poddawała się zgorzknieniu. – To zależy od wewnętrznej postawy. Ciągle jestem ciekawa, co się dzieje wokół. Codziennie z radością siadam do stołu, bo wiem, że mam tyle do zapisania.

    Najlepiej pracowało jej się wieczorem i w nocy. Chodziła spać między pierwszą a wpół do drugiej. Teraz wieczorom i nocom brak poetki, która potrafiła zagospodarować je swoimi wierszami. Na szczęście o każdej porze możemy sięgnąć po jej wiersze, które, jak „Odwiedziny”, prowokują do praktykowania ulubionego przez nią namysłu nad życiem: „(…) Cała taśma waszego życia wyświetla się/ gdzieś w górze ukazując wszystko co nie zapisane, a było./ Spada ze stukiem kasztan, wiatr uderza gałęzią o pomnik./ Czy nas kochacie? Czy się za nas modlicie? Kto komu zadaje to pytanie?”. •

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół