• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Pełna zgoda

    Marcin Jakimowicz Marcin Jakimowicz

    |

    GN 28/2017

    dodane 13.07.2017 00:00

    Święty Jerzy jest katolikiem. Żyje sobie spokojnie w katedrze, wyżej niż prawosławny św. Mikołaj, który przed upałem ukrył się w cerkwi. Patrzą z góry na Syros, na fale, w których pluskają delfiny. I co najciekawsze, bardzo się lubią. Piją razem ouzo, gęstą kawę i oblizują usta po chałwie.

    Żyć, nie umierać

    Jak się żyje na wyspie? – Może najpierw opowiem, jak się na niej umiera – mówi proboszcz z Vari. – Gdy rodzina zawiadamia mnie o zgonie, od razu ustalamy datę pogrzebu i nagrywam te informacje na automatyczną sekretarkę. Przy nazwisku muszę dodać przydomek, by nie było wątpliwości, który to Roussos odszedł do Pana. Bijemy w dzwony. Ledwie ludzie usłyszą pierwsze dźwięki, momentalnie zaczynają do mnie dzwonić. Dzięki automatycznej sekretarce nie muszę wisieć na telefonie – śmieje się ks. Piotr.

    Hm. Taki mały cmentarzyk na tak wielką, tysięczną parafię? Zaledwie kilkanaście nagrobków. Czyżby anyżowe ouzo sprawiało, że na wyspie żyje się wiecznie? Gdzie podziało się kilkaset grobów? Ksiądz Piotr rozwiązuje zagadkę: „Pochówki to chyba najbardziej zdumiewająca rzecz, jaką tu spotkałem. Cmentarz jest tylko „poczekalnią”. Jeśli ktoś umrze rano, pogrzeb urządzamy najczęściej tego samego dnia, najpóźniej nazajutrz po śmierci. Nawiasem mówiąc, nie jest on dla rodziny tak ważny jak Msza zamówiona 40 dni po śmierci (tzw. mnimosino). Zmarli trafiają do grobów jedynie na kilka lat. Na całej wyspie pracuje tylko jeden grabarz. Ma ręce pełne roboty. Słońce wyprażające na wiór ziemię robi swoje. Po 5 latach z grobów wyciąga się suchutkie kości, a potem wkłada do przypominających skrzynki urn. Zobaczcie, jak to wygląda…

    Wchodzimy do pomieszczenia, które przypomina… bibliotekę. Wokół setki szufladek, pudełek, urn. Jan Kowalski ma prawo być zdumiony.

    La Scala i krzyżowcy

    To wyspa kontrastów. Kamieniste dzikie plaże, przejrzysta woda, na kamieniach mnóstwo jeżowców, wyprażone słońcem góry, koty, osły i kozy, a tuż obok… wierna kopia La Scali! Zdewastowany port i ikona El Greca – duma cerkwi Zaśnięcia Matki Bożej. Dominikos Theotokopulos napisał ją na Krecie, ale przewieziono ją tu w czasie ucieczki przed Turkami. Po pięknej cerkwi oprowadza nas ojciec Konstantinos. Modli się tu już 30 lat. Ma siedmioro dzieci i dwanaścioro wnucząt. Wpuszcza nas za carskie wrota, opowiadając z pasją o ikonach. Jesteśmy zdziwieni taką otwartością. Nikt dotąd (a bywaliśmy w wielu cerkwiach świata) nie wpuszczał nas za ikonostas. – Na Syros to normalne – nie rozumie naszego zdumienia o. Konstantinos. Wraz z ks. Piotrem zapalają pod ikonami świece.

    Wysuszone na wiór trawy. Wzgórza poszatkowane murkami (świetna ochrona przed ogniem. W zeszłym roku wybuchł pożar, a te kamienne szańce stanowiły naturalną ochronę domów). Nie widać tabunów turystów. Nie widać uchodźców. Syros oczarowuje połączeniem architektonicznych wpływów Wenecji, antycznej Grecji i średniowiecza. Największy ratusz w kraju, a tuż obok rdzewiejące kadłuby statków. Powybijane okna kajut, porozrzucane kotwice. Port, który był kiedyś dumą wyspy, a jeszcze kilkadziesiąt lat temu dorównywał Pireusowi, dziś ledwo zipie. To symbol kryzysu, który dotknął Grecję.

    Rodzinka.gr

    – Religia ma przede wszystkim charakter społeczny, rodzinny – opowiada ks. Kłym. – W Grecji lekcje, niezależnie od szkoły, rozpoczynają się modlitwą. Na hasło „rozdział Kościoła od państwa” zdumieni Grecy drapią się po głowie. Prawosławie jako religia państwowa ma szczególne prawa. Kapłani otrzymują państwowe pensje, są darzeni szczególnym szacunkiem. Biskupi (zarówno prawosławni, jak i katoliccy) pływający promami między wyspami nie płacą za bilet. Jak mieszkańcy zareagowali na księdza z Polski? Spotkałem się z tak ogromną gościnnością, że brakowało mi słów. Pochodzę z Przemyśla, gdzie gościnność jest na porządku dziennym, ale to, co zobaczyłem na Syros, utwierdziło mnie w przekonaniu, że na najbliższe lata będzie to moje miejsce na ziemi. Każda uroczystość jest przeżywana w rodzinie. Pierwsze Komunie przypominają małe wesela i świętowane są zawsze razem, w parafialnej świetlicy. Możesz Grekom zabrać wszystko, ale nie pozwolą dotknąć rodziny. Nasza parafialna aula jest miejscem spotkań całej wioski.

    To prawda. Dawno nie widziałem tylu szczęśliwych dzieci w jednym miejscu. Zakończenie roku szkolnego. Rozpoczynają się trzymiesięczne wakacje. Dzieciaki dyskretnie ocierają łzy (kończy się szósta klasa i trzeba pożegnać się z kumplami z podstawówki). Przyszła cała wioska. Uczniowie odtwarzają scenki ze znanych greckich filmów. Dorośli co chwilę wybuchają śmiechem. Są dumni ze swojej tożsamości. Greckie flagi łopoczą na każdym kroku. Przez cały rok.

    Następnego dnia w tej samej auli – święto miejscowego oddziału Caritas. Znów kilkadziesiąt osób, słodycze, napoje, kawa, śmiechy. Kolejnego dnia w parafii zakończenie roku przedszkolnego. Znów feeria kolorów i wybuchy śmiechu.

    Pora wracać. Prom leniwie odbija od brzegu. Przed nami cztery godziny rejsu na kontynent. Jest czwarta w nocy. Miasto chrapie. Przypomina choinkę, na której ktoś zawiesił tysiące lampek. Najmocniej świecą dwa punkty: katedry katolicka i prawosławna. Dwa punkty odniesienia.

    Kurczę, jeszcze nie odpłynąłem, a już tęsknię… •

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół