• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Polski paradoks

    Ks. Tomasz Jaklewicz Ks. Tomasz Jaklewicz

    |

    GN 28/2017

    dodane 13.07.2017 00:00

    O przemianach demograficznych w Europie i w Polsce mówi Nicholas Eberstadt.

    Ks. Tomasz Jaklewicz: Dużo mówi się o nadchodzącej katastrofie demograficznej w Europie. Co to właściwie oznacza? Czy ta katastrofa już jest, czy nadejdzie dopiero za 20 lub więcej lat?

    Nicholas Eberstadt: 40 lat temu kiedy moi koledzy demografowie krzyczeli o eksplozji demograficznej, była ona związana z eksplozją zdrowia. Ludzie przestali w końcu umierać jak muchy, dlatego wzrosła liczba ludności. Rozwój medycyny nie jest rzeczą złą. Wszystkie maltuzjańskie przepowiednie [teorie przeludnienia – przyp. red.] okazały się jednak całkowicie błędne. Nie nastąpiło katastrofalne wyczerpanie się zasobów Ziemi. Wspominam o tym, bo mówi się aktualnie o katastrofalnym spadku populacji.

    Czyli słyszmy dziś coś zupełnie odwrotnego.

    Oczywiście spadek populacji w Europie, który rysuje się na horyzoncie, z pewnością będzie powodował problemy i trudności. Ale to wszystko dzieje się w kontekście wzrostu stanu wykształcenia, zdrowia, wiedzy. Ludzie potrafią działać rozsądnie i dalekowzrocznie, aby podtrzymać dobrobyt w kurczącym się i starzejącym się społeczeństwie, jeśli tylko tego zechcą. To kwestia pewnego planu ekonomicznego. Jeśli chodzi natomiast o plan moralny czy duchowy, z tym jest nieco inaczej. Spadek liczby dzieci, osłabienie struktury rodziny, narastająca atomizacja społeczeństwa – wszystko to zapowiedzią świata bardziej wyludnionego. Wygląda na to, że świat będzie w przyszłości smutniejszy niż dziś. Czy to możliwe, by ten przyszły świat był zarazem smutniejszy i bogatszy? Być może taki paradoks nas czeka. Świat z mniejszą liczbą dzieci, z dużą liczbą osób starszych, z mniejszym przywiązaniem do tradycyjnej rodziny. To wszystko nie brzmi optymistycznie. Ale czym innym jest mówienie o świecie, który będzie smutniejszy i mniej ludny, a czym innym mówienie o demograficznej katastrofie, która doprowadzi do wyginięcia ludzkości. Nie spodziewam się tego drugiego, natomiast tego pierwszego – owszem, tak.

    Te katastroficzne tony odnoszą się być może nie tyle do tego, że wyginie ludzkość, ile do tego, że wraz z załamaniem się demograficznym w Europie upadnie zachodnia cywilizacja. Napływają imigranci, którzy mają więcej dzieci.

    Jeśli patrzymy na historię ludzkości pod kątem demograficznym, to zawsze mieliśmy do czynienia z historią zastępowania jednych populacji innymi. Grupy, które nie miały dzieci, były zastępowane tymi, które je miały. Ta zasada sprawdza się także wewnątrz różnych społeczeństw. Ludzie, którzy mają dzieci, trwają, bo mają spadkobierców. Trwa ich kultura. Ludzie, którzy nie mają dzieci, zajmują miejsce w podręcznikach historii i należą do zamkniętej przeszłości. Uderzającym faktem we współczesnych zjawiskach demograficznych, nie tylko w Europie, ale i w USA, w Japonii czy w innych miejscach, jest wzrost bezdzietności na własne życzenie i wzrost liczby osób prowadzących samotne życie. Pojęcie autonomii jednostki, tak jak ludzie dziś ją rozumieją, sądząc po ich wyborach życiowych, prowadzi do ostrego konfliktu z tradycyjną, naturalną rodziną. Duża liczba ludzi wybiera opcję autonomiczną zamiast małżeństwa i rodziny. Oczywiście to oni właśnie zostaną zastąpieni.

    Fakt, że idea tak pojętej autonomii jednostki prowadzi do demograficznego samobójstwa, powinien powodować bicie na alarm, ale jakoś tego nie słychać. Być może dlatego, że zmiany w demografii zachodzą powoli.

    Dotknął ksiądz bardzo ważnej sprawy. Pomyślmy o dzisiejszych urządzeniach, o stylu życia, pogonią za wiadomościami w internecie czy notowaniami giełdy. Zmiany w demografii zachodzą znacznie wolniej, niż toczy się życie w internecie. Ale w ciągu dwóch pokoleń to właśnie one mogą totalnie zmienić świat. Kierunek tych zmian może okazać się niewybaczalny. Zmiany w populacji wydają się dokonywać w ślimaczym tempie. I dlatego nie przyciągają wystarczającej uwagi liderów opinii publicznej, polityków podejmujących ważne decyzje lub mediów. Ale te zmiany zachodzą i przemieniają rzeczywistość.

    Są jednak rządowe programy próbujące zaradzić problemom demograficznym. Były one wdrażane np. we Francji. W Polsce od ponad roku działa program 500 Plus. Czy takie finansowe dowartościowanie dzietności może przyczynić się do zwiększenia przyrostu naturalnego?

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    • Gość
      02.09.2017 14:51
      Niestety rozmówca najwyraźniej unika problemów postawionych w pytaniach. Zmienić rozmówcę, a wywiad będzie konkluzywny!
    • Gość
      02.09.2017 16:43
      Po pierwsze żadne pieniądze(tzw 500+) nie zachęci kobietę do urodzenia dziecka gdy Ona tego nie chce.Nawet 1000+, czy 2000+ tego nie zmieni.Ludzie stają się wygodni ,mają możliwości których 30,40 lat temu nie było.Gdy byłam dzieckiem to żeby dostać paszport trzeba było pisać wniosek do urzędu i urzędnik decydował czy wyda czy nie.A dzisiaj, bilet na samolot kupujemy przez internet i wciągu kilkunastu godzin jesteśmy prawie w każdym miejscu na świecie.Społeczeństwo staje się bogatsze i widzi inne perspektywy dla ciebie niż opieka nad dzieckiem.Kiedyś ludzie mieszkali w jednej miejscowości , jednej wsi od pokoleń i raczej nigdzie się nie ruszali, nie widzieli innego świata , dzisiaj jest inaczej.Po drugie prawdziwych WIERZĄCYCH katolików jest bardzo mało , może 30, 40%.Reszta chodzi do kościoła , przyjmuję księdza po kolędzie ale katolikami są z nazwy bo taka tradycja.Nie ma w nich wiary, nie ma Ducha Św, nie ma w sercu Słowa Bożego , nie ma radości bycia z Bogiem. Jeżeli ludzie powtórnie się nie narodzą (rozmowa Jezusa z Nikodemem) to będzie jeszcze gorzej
    • LazC
      03.09.2017 03:09
      Ten demograf mówi, że nie wierzy, że wsparcie finansowe może wpłynąć na dzietność. A chwilę później mówi, że jednak tak się dzieje w krajach, które kładą na to nacisk. Następnie nie rozumie, dlaczego w Polsce nie ma dużej liczby dzieci. A niby jak miałaby być? Mając dwadzieścia parę lat w Polsce, trzeba wykonywać jeden z dosłownie kilku zawodów, żeby zarabiać przynajmniej 4k netto. Olbrzymia część zawodów przez okres pierwszych lat pracy jest zamknięta w pułapce 3k brutto. Jak tu mieć dużo dzieci? Trzeba by mieszkać w chatce z drewna albo rodzić 4 dzieci po trzydziestce, kiedy człowiek już nie ma takiej kondycji, by zajmować się małymi dziećmi. Podsumowując, jakiś marny ten specjalista.
    • Gość
      03.09.2017 12:00
      Odpowiedź na polski paradoks jest bardzo prosta. Pobożność Polaków jest jak fasada zniszczonej w trzęsieniu ziemi bazyliki św. Benedykta. Wewnątrz tylko ruiny. Tyle zostało z przedsoborowego Kościoła.
    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół