• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Brytyjska ruletka

    Jacek Dziedzina

    |

    GN 24/2017

    dodane 15.06.2017 00:00

    Jest taki rodzaj wygranej, który trudno nazwać zwycięstwem. A łatwiej nawet nazwać klęską. Tak jest w przypadku wyniku wyborów w Wielkiej Brytanii. W przeddzień rozpoczęcia twardych negocjacji w sprawie Brexitu Londyn jest osłabiony słabszym niż przed wyborami rządem.

    Jeśli tak modne dziś i często nadużywane słowo „samozaoranie” może się do czegoś przydać, to z pewnością do opisania w skrócie tego, co zrobiła premier Wielkiej Brytanii. Miało być zwycięstwo – jest klęska. Bo pomimo nominalnej wygranej – Partia Konserwatywna zdobyła przecież najwięcej głosów – nie o zwykłą większość w tych wyborach chodziło. Premier Theresa May niespodziewanie ogłosiła przyspieszone wybory, licząc na zwiększenie przewagi swojej partii w parlamencie (sondaże były obiecujące), a tym samym na zyskanie silnego mandatu przed negocjacjami z Brukselą w sprawie Brexitu. Tymczasem zamiast zwiększenia przewagi nad opozycją – jest utrata samodzielnej większości. Z posiadanych 331 mandatów przed wyborami teraz udało się zdobyć tylko 318 (do samodzielnej większości potrzebnych jest 326).

    Gra va banque

    Sytuacja początkowo wydawała się patowa, bo brak możliwości stworzenia większościowego rządu skazywałby Wielką Brytanię na paraliż polityczny. Pojawiły się głosy wzywające Theresę May, by podała się do dymisji, a opozycyjna Partia Pracy była gotowa przejąć rządy, wchodząc w szeroką koalicję z mniejszymi partiami. W tym całym zamieszaniu trzeba przyznać, że stan zawieszenia premier May zdołała pokonać bardzo szybko, doprowadzając do porozumienia konserwatystów z – i tu niespodzianka – Demokratyczną Partią Unionistów z Irlandii Północnej. W chwili wysyłania tego numeru GN do druku nie było jeszcze wiadomo, czy będzie to formalna koalicja, czy też mniejszościowy rząd konserwatystów z poparciem unionistów, ale Theresa May, po spotkaniu z królową, ogłosiła oficjalnie, że nie rezygnuje, tylko tworzy rząd i że zamierza współpracować z różnymi siłami w parlamencie, ze szczególnym uwzględnieniem poparcia ze strony DPU. Ta sprawna akcja nie zmienia jednak faktu, że pozycja torysów będzie słabsza w stosunku do tego, co mieli przed tymi niepotrzebnymi, jak widać, wyborami. To zresztą część szerszego problemu. Brytyjscy konserwatyści od dłuższego czasu grają va banque – stawiają wszystko na jedną kartę i przegrywają. Przelicytował się David Cameron, który rozpisał referendum w sprawie Brexitu tylko po to, by uspokoić eurosceptycznych członków swojej partii, jednocześnie licząc na wygraną zwolenników pozostania w Unii. Przelicytowała się teraz Theresa May, doprowadzając do osłabienia własnej partii i rządu, będąc zmuszona albo do stworzenia koalicji, albo do liczenia na poparcie mniejszego i nieformalnego sojusznika. W czasie chaosu spowodowanego zagrożeniem terrorystycznym, w momencie krytycznym dla przyszłości Wielkiej Brytanii i całej Unii Europejskiej, gdy obie strony przygotowują się do procesu rozwodowego, nikogo nie stać na dodawanie kolejnego kłopotu. Theresa May sama go sobie zafundowała, grając trochę jak rasowa, a więc niezupełnie ostrożna hazardzistka. Jeśli więc przyspieszone wybory i spodziewane jeszcze miesiąc temu zdecydowane zwycięstwo torysów miało wzmocnić Londyn przed rozmowami z Brukselą, to jak na ten proces wpłynie zupełnie odwrotny do zakładanego scenariusz?

    Miękki Brexit?

    Po pierwsze, zmianie uległa pozycja Wielkiej Brytanii, przynajmniej w sensie symbolicznym i pod względem pewnego klimatu politycznego. Bo chociaż formalnie dla Unii jako całości dotychczasowe prężenie muskułów przez Londyn nie miało znaczenia – „to wy wychodzicie z UE, to wy chcecie zachować pewne przywileje, więc to wy musicie liczyć się z kosztami” – to jednak rząd Theresy May przed własnymi wyborcami chciał pokazać, że to po stronie Brytyjczyków jest piłka i że to oni będą stawiać warunki. Ten przekaz miał być wzmocniony właśnie spektakularnym zwycięstwem (sondaże jeszcze miesiąc temu dawały torysom 20 proc. przewagi). Jednak w szeregach partii rządzącej pojawiały się głosy, że w razie niepowodzenia w wyborach konserwatyści nie będą już tacy „mocni w gębie”, a tym samym dodadzą paliwa unijnym negocjatorom. Wśród tych głosów szczególnie mocno zabrzmiała wypowiedź brytyjskiego ministra ds. Brexitu Davida Davisa, który w rozmowie w telewizji Sky News w przedwyborczy piątek przyznał, że Partia Konserwatywna może „stracić mandat do wyjścia z wolnego rynku UE w procesie opuszczania Wspólnoty”. Chodzi o tzw. twardy Brexit, który w interpretacji Theresy May miał oznaczać formalne opuszczenie wolnego rynku i unii celnej (dwóch filarów UE) przy jednoczesnym zachowaniu dostępu do niego na zasadzie nowych, specjalnych warunków i relacji z Europą. „Twardość” tej formy Brexitu miała polegać właśnie na tym, że to Londyn w praktyce dyktowałby warunki – zrzucałby z siebie obowiązki i jednocześnie zachował część przywilejów. Dziś można powiedzieć, że prognoza Davida Davisa – w końcu ministra w resorcie, którego te sprawy bezpośrednio dotyczą – może się sprawdzić, biorąc pod uwagę osłabienie pozycji negocjacyjnej nowego rządu Theresy May. W praktyce i tak liczy się również to, co ze swojej strony gotowa jest zaoferować Bruksela i 27 stolic unijnych, na jakie ustępstwa iść z Londynem. Możliwe, że brytyjskie wybory wzmacniają stronę unijną w tych i tak nierównych negocjacjach.

    Unioniści kulą u nogi?

    Sprawa jest o tyle skomplikowana, że cały proces może ulec opóźnieniu, właśnie ze względu na formowanie i zaprzysiężenie nowego rządu w Wielkiej Brytanii – mniejszościowego lub w koalicji z Demokratyczną Partią Unionistyczną. To kolejny element, który na starcie osłabia Wielką Brytanię w rozmowach z Brukselą. Cały proces ma się zakończyć do 29 marca 2019 roku, czyli 2 lata od złożenia formalnego wniosku o wystąpienie z UE, ale w tym momencie ten termin staje pod znakiem zapytania. Także sojusz z partią irlandzkich unionistów – czy nieformalny, czy w realnej koalicji – komplikuje sprawę. Demokratyczna Partia Unionistów, choć programowo bliska jest Partii Konserwatywnej, to jednocześnie reprezentuje region, który w zeszłorocznym referendum w większości głosował za pozostaniem w Unii Europejskiej. Nawet nazwa tej partii, oznaczająca w genezie zwolenników unii Irlandii Płn. z resztą Zjednoczonego Królestwa, w tym wypadku nabiera podwójnego znaczenia, bo za unionistów można dziś uznać także przeciwników Brexitu.

    A jeśli powtórzymy referendum…

    To jednak i tak nic w porównaniu z kłopotami, które mogą zacząć się w momencie, gdy nowy rząd Theresy May nie podoła w sytuacji obecnego napięcia. Nie można wykluczyć i takiego scenariusza, że w momencie niepowodzenia – czy to na etapie dogadywania się z unionistami, czy na etapie formułowania na nowo pakietu negocjacyjnego z Brukselą, a nawet już w trakcie formalnych rozmów (np. w przypadku fiaska jakiegoś punktu, na którym Londynowi zależy) – dojdzie do upadku tego rządu i albo rozpisania kolejnych wyborów, albo… przejęcia władzy przez silniejszą po zeszłotygodniowych wyborach opozycję, czyli Partię Pracy. Jej lider, Jeremy Corbyn, już w noc powyborczą dał sygnał, że jest gotowy zaproponować swoje usługi dla kraju. Trudno się dziwić: jego partia zyskała prawie 30 mandatów w porównaniu z 2015 rokiem, podczas gdy torysi stracili 12. I choć oficjalnie również Corbyn, podobnie jak jego środowisko polityczne, akceptuje wynik zeszłorocznego referendum jest za rozpoczęciem negocjacji brexitowych, nie byłoby niczym dziwnym, gdyby za parę miesięcy, po jakiejś spektakularnej porażce Londynu w starciu z Brukselą, przejął pałeczkę i ogłosił konieczność drugiego referendum w sprawie członkostwa w UE. Ta wyglądająca na ryzykowną hipoteza jest o tyle prawdopodobna, że w tych przyspieszonych wyborach obudził się elektorat, który był mocno uśpiony w czasie referendum – młodzi, z małych i dużych miast, zwolennicy Partii Pracy i przeciwnicy wyjścia z UE. To oni zdecydowali o tym, że konserwatyści utracili teraz samodzielną większość. I trudno będzie ignorować ich głos, gdy sprawy „okołobrexitowe” staną się jeszcze bardziej chaotyczne niż obecnie. Oni sami też mogą poczuć wiatr w żaglach i zacząć domagać się powtórnego głosowania. Osłabiona Theresa May, która chyba jednak nie będzie nową Margaret Thatcher, będzie musiała ustąpić Jeremy’emu Corbynowi. Jedno jest pewne: przez najbliższe dwa lata Wielka Brytania, zamiast zbierać plony własnej potęgi, będzie musiała walczyć o zachowanie lub odbudowę swojego dorobku.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Wybrane dla Ciebie

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół