• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Jak kamień w wodę

    Marcin Jakimowicz

    |

    GN 24/2017

    dodane 15.06.2017 00:00

    Jesteśmy pokoleniem duchowo osieroconym, zabieganym. Czy to źle, że szukamy na modlitwie oddechu, odpoczynku? Często uzależniamy „owocność” modlitwy od emocji, które nam towarzyszyły. To ślepa uliczka? Jakie znaczenie mają emocje, które odczuwamy na modlitwie.

    Wiele razy słyszałem, że w czasie uwielbienia otwiera się nad nami niebo. To nieprawda. Ono jest otwarte nieustannie. 24/7. Bóg nie spuszcza z nas oka. Nasze uwielbienie nie dodaje Bogu ani grama chwały. Jeśli przestaniemy Go wychwalać, zaczną to robić kamienie. Albo trzody. Cała przyroda, natura oddaje Mu chwałę nieustannie. Drzewa, wiatr, zwierzęta, szczyty Tatr. „W Jego pałacu wszystko woła: »chwała«” (Ps 29,9).

    Jeden z najpiękniejszych biblijnych hymnów uwielbienia powstał w… piecu. Czyli w sytuacji, która obiektywnie jest ostatnim miejscem, w którym można uwielbiać Najwyższego. Nie kojarzy się z emocjonalnym „fruwaniem pod sufitem”. Gdyby trzej młodzieńcy byli Polakami, zaczęliby pewnie śpiewać naszą narodową przyśpiewkę „tak mi źle, tak mi źle, tak mi szaro”, a zamiast kantyku Nabuchodonozor i jego świta musieliby wysłuchać listy skarg i zażaleń. Skazańcy wychwalali Boga w najbardziej absurdalnym miejscu, jakie możemy sobie wyobrazić. W środku ognia. W ich kantyku „synowie ludzcy” są wymienieni na 26. miejscu tej wyliczanki (i to licząc zbitki „rosy i szrony” czy „błyskawice i chmury” jako pojedyncze puzzle!). Tuż za… trzodami. Tak, drodzy państwo, wyprzedzają nas trzody. Uwielbienie jest stylem życia, nie emocją, która towarzyszy graniu i śpiewaniu w czasie spotkania wspólnoty.

    Sztuczne pompowanie

    Zazwyczaj jako wzór modlitwy uwielbienia (taka wspólnotowa miara skopiowana z Sèvres pod Paryżem) podaje się przykład króla Dawida, który rozebrał się i tańczył przed Arką („wraz z całym domem izraelskim prowadził Arkę Pańską, wśród radosnych okrzyków i grania na rogach”). To prawda. Raz tańczył. Ale to nie jest cała prawda o jego uwielbieniu. Ile razy leżał na posadzce i płakał? Ile razy krzyczał: „Z głębokości wołam do ciebie”? I co? To nie była szczera modlitwa?

    Czy emocje, które odczuwamy na modlitwie, są ważne? Czy mówią coś o tym, czy podoba się ona Bogu? Z jednej strony słyszymy, by w czasie modlitwy nie skupiać się na odczuciach, a z drugiej czytamy, że biblijni autorzy, pisząc o oddawaniu chwały Bogu, używali często hebrajskich zwrotów: halal (świętować, hałaśliwie uwielbiać) i tehillah (głośno, z mocą wyśpiewywać). A nie da się tego robić bez emocji… Wystarczy zerknąć, jak entuzjastycznie świętują Żydzi. Jak pogodzić te skrajności?

    – Uczucia i emocje na modlitwie nie mówią nic o Bogu ani o samej modlitwie. One mówią o nas – wyjaśnia s. Bogna Młynarz ze zgromadzania Duszy Chrystusowej, doktor teologii duchowości. – Najpierw trzeba trochę uporządkować nasze myślenie o uczuciach. Emocje towarzyszą nam zawsze. A więc także na modlitwie. W każdej chwili coś czujemy. Problem w tym, że mamy sprecyzowane zapotrzebowanie na konkretne uczucia: pragnę czuć pokój, błogość, radość… A tego nie da się wyprodukować. Nad uczuciami nie mamy takiej władzy. Można je próbować sprowokować, rozbudzać, ale sami czujemy, że to trochę sztuczne pompowanie. Myślę więc, że zamiast „tworzyć emocje”, warto zauważyć te, które już mamy na modlitwie. Oczywiście taka refleksja nad emocjami, które nam towarzyszą w trakcie modlitwy, to jest raczej zadanie na czas po jej zakończeniu. Kiedy się modlimy, zamiast koncentrować się na emocjach, które są jak kręgi rozchodzące się na wodzie, lepiej skupić się na samym centrum. Bo za czym tak naprawdę tęsknimy, pragnąc doświadczenia prawdziwej radości, obecności Boga, ukojenia, pokoju? My pragniemy Boga, który jest źródłem tego wszystkiego! Gdyby trzymać się dalej tej symboliki, w której uczucia są jak kręgi na wodzie, to On sam, a raczej chwila spotkania z Nim, jest kamieniem rzuconym w wodę naszej duszy. Jest jeden sposób, by autentycznie rozradować się w Panu: to akt wiary w Boga obecnego i działającego w nas i pośród nas. To jest ten moment, gdy z siłą ciskamy kamień do wody. I nie ma to być puszczanie kaczek, ale potężny głaz aktu wiary. Czy Jezus nie powiedział, że wiara przeniesie nawet górę i potrafi ją wrzucić w morze? Wtedy wcześniej czy później pojawią się kręgi na wodzie. Czasem nawet tsunami. Wtedy będziemy głośno krzyczeć z radości i tańczyć. Przestaniemy robić z naszych wspólnych modlitw stypy przy pustym przecież grobie Jezusa. I to będzie autentyczna radość, a nie sztuczna fala na basenie, w którym bawią się dzieci szukające jedynie atrakcji.

    W ciemno

    – No dobrze. Ale co to konkretnie znaczy? Czym jest ten akt wiary? Jak Jan Kowalski ma zabrać się za rzucanie kamieni w wodę? – przerywam s. Bognie. – Akt wiary jest czymś bardzo prostym, ale jednocześnie niełatwym. Prostym, bo cóż prostszego niż powiedzieć: „Panie, stoję przed Tobą i wierzę, że jesteś obecny. Działaj we mnie i przeze mnie”. A równocześnie niełatwym, bo jest to krok w ciemno. Trzeba to zrobić, zanim się poczuje obecność Boga, a nawet wtedy, gdy się jej wcale nie poczuje. Jednak te proste akty wiary, wzbudzane nie tylko podczas spotkań modlitewnych czy osobistej modlitwy, ale też w pracy, w czasie odpoczynku, pośród ludzi i w chwilach samotności, będą tworzyć masę krytyczną. Bo Bóg nie umie zostać obojętnym wobec ufnego wołania!

    – W pierwszym etapie życia duchowego uczucia i emocje są bardzo ważne. Utrwalają doświadczenie. Na tym poziomie człowiek utożsamia odczucia emocjonalne z doświadczeniem Boga, Jego obecności, chwały – nie ma wątpliwości ks. Krzysztof Kralka, pallotyn, założyciel wspólnot Przyjaciele Oblubieńca. – Jeśli jednak zaczynamy się rozwijać i wchodzić w głębsze relacje z Bogiem, mamy stopniowo coraz większą wewnętrzną wolność wobec tego, co czujemy. Wiemy, że emocje, tańce, śpiewy nie świadczą w najmniejszym stopniu o przeżywaniu Jego obecności czy bliskości. Przychodzi etap, w którym Bóg nas oczyszcza: zabiera te emocje, uczucia, daje poczucie oschłości, pustyni. Po co? By człowiek mógł być z Nim sam na sam, a nie z emocją, która mu dotąd towarzyszyła. Co więcej, szukanie na siłę (zwłaszcza we wspólnotach) jakiegoś modlitewnego haju jest niebezpieczne: łatwo skupić się na emocjach, a nie na Jezusie. To może być pułapka. Zbytnio skupiamy się na tym, co odczuwamy, a nie na Bogu. Doświadczenie emocjonalne jest ważne tylko na pierwszym poziomie zawierzenia. Dojrzałość odznacza się tym, że jestem wierny niezależnie od tego, co czuję. Wejście w ciemność wiary – wtedy naprawdę zaczyna się uwielbienie. Gdy trwam przy Bogu wbrew temu, co czuję, mimo przeciwności, zapierając się samego siebie. To są szczyty uwielbienia. Łatwo wytrwać przy Bogu, gdy dobrze się przy Nim czujemy, ale wytrwanie przy Nim, gdy czujemy się fatalnie – to dopiero sztuka. Interesuje mnie jedna rzecz: jak ludzie, którzy tak żywiołowo uwielbiają we wspólnotach, reagują w domu na cierpienie. Co wtedy robią? Patrzę na Abrahama. Co czuł, idąc na górę Moria z Izaakiem? Myślę, że czuł się fatalnie. A przecież to wtedy zdobył się na największy akt wiary i uwielbienia Boga.

    Grochem o ścianę

    Na koniec osobista wycieczka. Dokładnie przed trzema laty przeżywałem ogromny kryzys. Był to czas, gdy znajomy kapłan podpowiadał, bym w czasie bezsennych nocy czytał po kolei psalmy. Czytałem. Nie pomagało. Miałem wrażenie, że mówię do ściany, że moje modlitwy to rzucanie grochem o ścianę. Wołałem, a Bóg nie odpowiadał. Ale właśnie wtedy napisałem do „Gościa” tekst „Pan Bóg? Uwielbiam!”. Choć było to uwielbienie, któremu nie towarzyszyły żadne wzniosłe emocje, dziś widzę (poznaję po owocach), że były to szczere i wysłuchane przez Boga modlitwy. Nieustannie wracały do mnie wówczas słowa Izajasza: „Niech głos podniesie pustynia z miastami, osiedla, które zamieszkuje Kedar. Mieszkańcy Sela niech wznoszą okrzyki, ze szczytów gór niech nawołują radośnie!” (Iz 42,10-13). Brzmi to porażająco, gdy czytamy, że rdzeń słowa „Kedar” oznacza „być ciemnym, brudnym, być w stroju żałobnym, odprawiać żałobę”, a „Sela” to „skała, być twardym, skalistym, skamieniałym, nieurodzajnym”. Bóg podpowiada: jesteś twardy, wypalony, jałowy, skamieniały, zgnieciony, rozdarty „wyprany z emocji”? Błogosław! W ciemno. Nie zważając na emocjonalne „okoliczności przyrody”. Niezwykle ważny jest dalszy ciąg tego cytatu. Mówi o tym, jak Bóg reaguje na ten modlitewny szturm. „Posuwa się jak bohater, jak wojownik pobudza waleczność; rzuca hasło, okrzyk wydaje wojenny, góruje męstwem nad nieprzyjaciółmi” – czytamy.

    Jan od Krzyża w swej znakomitej „Pieśni duchowej” (właśnie ukazało się nowe tłumaczenie tego mistycznego bestsellera!) podpowiada: „Nawet jeśli dusza doświadczałaby nadprzyrodzonego obcowania czy też poznania, to nie powinna przyjmować tego, co doznaje, za posiadanie czy też jasne i istotowe poznanie Boga. Nie oznacza to również, że ma Boga więcej lub że jest w Bogu bardziej, nawet gdyby tak miało być. A gdyby nawet wszystkich tych zmysłowych i duchowych łask zabrakło, a dusza pogrążyłaby się w oschłości, w mroku i osamotnieniu, nie powinna przez to sądzić, że wówczas bardziej jej Boga brakuje”. Czyż to nie genialna intuicja? 

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    • JAWA25
      15.06.2017 15:49
      którzy "my" jesteśmy tym "pokoleniem" ?
    • Ania
      18.07.2017 11:31
      Brawo, to chyba najlepszy Pana tekst, najbardziej do mnie przemówił. Po raz kolejny przeczytałam (po wersji w papierowym "Gościu") z takim samym zainteresowaniem.
    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół