• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Pocztowy zawrót głowy

    Maciej Kalbarczyk

    |

    GN 20/2017

    dodane 18.05.2017 00:00

    Prawo pozwala na wysyłanie ptaków i pszczół, innych zwierząt już nie. W największym pocztowym centrum sortowniczym w Europie Środkowo- -Wschodniej zdarzały się już jednak „polowania” na pająki i węże.

    Ulica Łączyny, niespełna 4 km od Lotniska Chopina. Tak niewielka odległość od portu nie jest przypadkowa, to właśnie tutaj docierają przesyłki z całego świata. Codziennie na tym krótkim dystansie poruszają się ciężarówki, które z oddziału Poczty Polskiej na lotnisku zabierają setki tysięcy listów. Żeby dotrzeć do odbiorców, przesyłki najpierw muszą przejść kontrolę celną, później są sortowane na województwa, miejscowości… Pracy jest w bród.

    Statystyki robią wrażenie: na dobę sortuje się tutaj ponad 3 miliony przesyłek. – Samodzielnie rozwozimy je na terenie woj. mazowieckiego, a oprócz tego wymieniamy z podobnymi sortowniami. W naszym kraju działa w sumie 14 tzw. WER-ów – mówi GN Marcin Drąg, kierownik Wydziału Ekspedycyjno-Rozdzielczego w Warszawie.

    Na parkingu stoi kilka ogromnych, 24-tonowych ciężarówek. Pocztę zabiera stąd 250 takich samochodów. Odbieramy przepustki, przechodzimy przez bramkę. Za chwilę znajdziemy się w świecie listów i paczek.

    Człowiek vs. maszyna

    Codziennie pod halę podjeżdża kilkanaście autobusów, które z podwarszawskich miejscowości dowożą na ul. Łączyny pracowników WER-u. Sortowaniem przesyłek zajmuje się prawie dwa tysiące osób, zatrudnionych na etatach w Poczcie Polskiej. Większość z nich pracuje w systemie 12/24, w dzień i w nocy, na jednej zmianie przebywa zazwyczaj ok. 400 osób. W okolicach świąt, kiedy ruch jest większy, firma korzysta z usług outsourcingowych. Chociaż na hali z listami, od której zaczynamy zwiedzanie, słychać szum nowoczesnych maszyn, bez człowieka ani rusz.

    – Pracuję tutaj już 15 lat, przez moje ręce przechodzi kilka tysięcy listów na godzinę – mówi GN pani Małgorzata. Nasza rozmówczyni pracuje przy maszynie, którą obsługują cztery osoby. Listy są automatycznie pobierane, pędzą przez długi tunel i na podstawie odczytu wideo są zrzucane do odpowiedniej kasety. W plastikowym koszyku, przypominającym te z hipermarketów, znajdują się wszystkie przesyłki mające trafić do danego rejonu. Maszyna sortuje 40 tys. listów ekonomicznych na godzinę. Zadaniem pani Małgorzaty i pozostałych pracowników tego działu jest opróżnianie kaset, układanie ich w zbiory oraz umieszczanie na wózkach, które trafią później do hali ładunkowej.

    Mijamy kontenery wypełnione listami i pracowników uwijających się przy układaniu skrzynek. Przy drewnianym, zaokrąglonym stelażu, przypominającym duży plaster miodu, nad pudłem z listami siedzi pani Teresa. – Od 27 lat zajmuję się głównie ręcznym sortowaniem przesyłek na poszczególne rejony Warszawy – opowiada. Marcin Drąg tłumaczy, że duża część listów ze względu na zawartość, wagę, kształt czy folię nie nadaje się do rozdziału maszynowego, dlatego trafia tutaj.

    Dogonić papugę

    Sortowanie listów to żmudna praca, z paczkami bywa i śmiesznie, i… strasznie. Coś na ten temat wiedzą celnicy, którzy urzędują w osobnym, zamkniętym pomieszczeniu. To dział, w którym kontroluje się wszystkie przesyłki zza granicy, do WER-u napływa ich nawet 200 tys. na dobę. Ze względu na wymogi bezpieczeństwa nie możemy wejść do środka. Marcin Drąg opowiada, że to standardowa procedura, dokładnie tak, jak na lotnisku: maszyna prześwietla paczki, a w razie potrzeby funkcjonariusze sprawdzają, co jest w środku. Nasz rozmówca wspomina sytuację, która przydarzyła się celnikom przy okazji otwierania pewnej paczki. – Jej zawartość po prostu ich zmroziła. W środku był wielki, włochaty pająk – mówi kierownik sortowni. Wydawało się, że to tylko zasuszony okaz, ale nagle zaczął szybko uciekać. Po pewnym czasie funkcjonariuszom udało się zamknąć go w słoiku. – Do tej pory nie wiemy, czy był jadowity, czy nie – przyznaje Marcin Drąg.

    W podobnych sytuacjach pracownicy sortowni wzywają Ekopatrol Straży Miejskiej. Musieli to zrobić m.in. w przypadku małego węża, który znajdował się w zagranicznej paczce. Wyglądał niegroźnie, ale później okazało się, że to młody boa dusiciel. Strażnicy zawieźli zwierzę do warszawskiego zoo.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół