• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Trzeci z wielkiej trójki

    Piotr Legutko

    |

    GN 20/2017

    dodane 18.05.2017 00:00

    O heroicznej postawie Antoniego Baraniaka, sekretarza kard. Wyszyńskiego, więzionego i torturowanego na Mokotowie, niewiele było wiadomo, nawet w III RP.

    Postać arcybiskupa przywrócił dopiero współczesnym 8 lat temu bp Marek Jędraszewski, wówczas biskup pomocniczy w Poznaniu, książką „Teczki na Baraniaka”. To ona stała się inspiracją dla Jolanty Hajdasz, dziennikarki, która o niezłomnym biskupie nakręciła już dwa filmy. Kto wie, czy nie staną się one milowymi krokami na drodze do beatyfikacji.

    Pierwsze było „Zapomniane męczeństwo”. – Realizując tamten film, odkrywałam wielkość bp. Antoniego Baraniaka z rozmowy na rozmowę. Wcześniej nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak ważną postacią był w Episkopacie Polski. Byłam całkowicie zaskoczona, kiedy kard. Henryk Gulbinowicz powiedział przed kamerą, że „to była ta wielka trójka – Wyszyński, Wojtyła i… Baraniak”. Pomyślałam: „Dlaczego tak mało o nim wiem?” – wspomina.

    Wszyscy byli odwróceni

    Temat wielki, postać pomnikowa, acz mało znana. Wydawało się więc, że nie powinno być problemów ze zdobyciem funduszy na film. Niestety, jak w tytule znanej powieści – „Wszyscy byli odwróceni”. Pomysłem nie zainteresował się Polski Instytut Sztuki Filmowej. W latach 2010–2011 dwukrotnie odrzucono tam wniosek Jolanty Hajdasz o tzw. stypendium scenariuszowe. Współfinansowaniem dokumentu o bohaterskim Wielkopolaninie nie był też zainteresowany Regionalny Fundusz Filmowy w Poznaniu, choć ostatni złożony tam wniosek liczył wraz z załącznikami 80 stron. Sprawę zamknął bp Marek Jędraszewski, przy każdym z wniosków proszony o merytoryczną ocenę scenariusza. – Ksiądz biskup powiedział mi wtedy krótko: niech już pani da sobie spokój z tymi wnioskami, nie trzeba się tak upokarzać, oni na ten temat nie dadzą ani grosza, to nie jest pani wina. Dziś jestem mu za to prostolinijne zdanie ogromnie wdzięczna – mówi J. Hajdasz.

    Film dostał pięć ogólnopolskich laurów na różnych przeglądach, w tym Nagrodę Wolności Słowa SDP. Ale przede wszystkim zaczął funkcjonować w obiegu nieformalnym. Autorka dostawała zaproszenia z całej Polski z prośbą, by uczestniczyć w pokazach filmu: w salach kinowych, parafialnych, w domach kultury. To, co działo się podczas tych spotkań, stało się inspiracją, by do tematu wrócić. – Zgłaszali się do mnie ludzie, którzy uważali, że był to wielki bohater i trzeba przywrócić pamięć o nim, a ci, którzy znali go osobiście, mówili, jak bardzo wpłynęło to na ich życie. Chciałam więc utrwalić te wypowiedzi, m.in. księży emerytów z Poznania, którzy zaczęli zabiegać o wszczęcie procesu beatyfikacyjnego Antoniego Baraniaka już w 2013 r., dwóch lekarek, które widziały plecy arcybiskupa pokryte bliznami – śladami po biciu w więzieniu, jego ministrantów i współpracowników – wylicza J. Hajdasz. Ale główny powód nakręcenia filmu „Niezłomny Żołnierz Kościoła” był inny. Jego autorka nie mogła i nie chciała pogodzić się z decyzją Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Warszawie, czyli tzw. pionu śledczego IPN, z 2011 r., o umorzeniu śledztwa w sprawie kaźni abp. Baraniaka. I to z uzasadnieniem, w którym znalazł się argument, że brak jest dowodów na prześladowanie „fizyczne i psychiczne”.

    Czego nie widzieli prokuratorzy

    Wciąż nie może o tym mówić spokojnie. – 27 miesięcy w więzieniu bez postawienia zarzutów – to nie jest prześladowanie? Zabieranie na przesłuchania ze szpitala więziennego, odmawianie udzielenia pomocy lekarskiej, trzymanie w ciemnicy, głodzenie… czy tego nie można nazwać znęcaniem się? A to wszystko jest w oficjalnych dokumentach UB opublikowanych przez abp. Jędraszewskiego! Decyzja OKŚZpNP była dla mnie niezrozumiała także z innego powodu: wtedy, gdy trwało to śledztwo, żyło jeszcze pięciu z ponad 30 funkcjonariuszy UB, których nazwiska jako tych, którzy „zajmowali się” w więzieniu abp. Baraniakiem, wymieniane są w śledztwie.

    Po ukończeniu pierwszego filmu Jolanta Hajdasz przekazała więc prokuratorom nagrania i adresy świadków. Kilka miesięcy później dostała odpowiedź, że... brak jest podstaw do wznowienia śledztwa i pion śledczy podtrzymuje pierwotne uzasadnienie. To przesądziło o decyzji, że powinien powstać drugi film. Tym razem już nigdzie nie starała się o dofinansowanie. – Próbowałam jedynie zainteresować produkcją tego filmu TVP, niestety, bez powodzenia. Kilka rozmów telefonicznych zakończonych obietnicą wsparcia, w ślad za tym moje mejle i pismo z załącznikami… I wiadomo co – cisza. Nie oddzwaniają, nie odpowiadają. Kolejny raz dałam sobie spokój.

    Tak naprawdę na drugi film Jolanta Hajdasz zarobiła sama, niczym… kwestarz. Jeżdżąc z pokazami „Zapomnianego męczeństwa”, sprzedawała płytę DVD oraz książkę o abp. Baraniaku, którą sama napisała i własnym sumptem wydała. – Nie starałam się o dotacje jeszcze z jednego powodu. Chciałam zachować maksymalną niezależność działania. Przy realizacji filmów i przy pisaniu artykułów o abp. Baraniaku zetknęłam się kilka razy z sytuacją, w której proszono mnie, by nie poruszać wątków dotyczących śledztwa z lat 2003–2011. Nie chciałam mieć związanych rąk – dodaje.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Wybrane dla Ciebie

    Reklama

    • Wielkopolanka
      23.06.2017 18:04
      Dosyć typowe, niestety. Poznaniak, postać wybitna, mało kto poza Wielkopolską znana. Skromny, robił swoje.
    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół