• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Uruchom program!

    dodane 18.05.2017 00:00

    O makijażu Matki Bożej, „właściwym” stroju maryjnym i odkrywaniu kobiecości mówi s. Anna Maria Pudełko.

    Agata Puścikowska: Co to znaczy „Być kobietą w pełni szczęśliwą”? – tak brzmi tytuł Twojej nowej książki.

    S. Anna Maria Pudełko: Kobieta szczęśliwa to taka, która wie, kim jest, zna siebie, kocha siebie i szanuje, ale też od siebie wymaga. I ciągle dąży do rozwoju. Rozwój rozumiem tu całościowo: jako intelektualny, duchowy, emocjonalny i fizyczny. Dbanie o kondycję i wygląd, niezależnie od wieku, jest istotne.

    Siostra zakonna też ma dbać o wygląd?

    Absolutnie tak. Kobieta może być albo zachwycająca albo prowokująca. Zachwycająca to skromna, a jednocześnie piękna. Nie musi udowadniać wszystkim swojej wartości wyzywającymi strojami, makijażem. Prowokująca natomiast nie odkryła swojego piękna, więc wciąż i na różny sposób krzyczy: „doceń!”. A absolutnie zachwycająca jest... Maryja.

    Już słyszę: „Bądź jak Maryja, naśladuj Maryję”. Tylko co to naprawdę znaczy?

    Maryja nie bała się być sobą. Więc przez słowa „bądź jak Maryja” rozumiem: „miej odwagę być kobietą”. Ona była i jest „pełna łaski”, czyli pełna tego, co kobiece. To stuprocentowa kobieta. Ale ponieważ jest bez grzechu, nie ma w Niej rozdarcia, nie jest krzywym zwierciadłem, lecz wzorem. Mogę się w Niej przeglądać i brać pod uwagę, rozważać wszystkie Jej cechy: mądrość, miłość, prostotę, odwagę, dzielność. Do tego jest oczywiście potrzebna Ewangelia, czytanie i medytacja. To pozwala stopniowo odnajdywać prawdę o Niej i o... sobie samej. Choćby moment zwiastowania. Ten fragment pokazuje, że ta młoda dziewczyna była wolnym, bardzo autonomicznym człowiekiem. Żyła przecież w kulturze, w której kobieta nie miała nic do powiedzenia, jednak kiedy anioł proponuje Jej bycie Matką Boga, nie biegnie do Józefa i nie pyta go o pozwolenie czy zdanie. Podejmuje w wolny sposób decyzję. W dodatku wchodzi z aniołem w dialog. Zgadza się w końcu, mimo że doskonale wie, iż grozi Jej za to ukamienowanie, bo będzie posądzona o cudzołóstwo. Kolejny fragment: znalezienie Jezusa w świątyni. Maryja mówi z wyrzutem: „ojciec Twój i ja z bólem serca szukaliśmy Ciebie”, co pokazuje, jak mądrą była kobietą, skoro wiedziała, że nie ważniejsza od relacji między Nią i Synem jest relacja małżeńska, rodzicielska. I kolejna scena: Kana Galilejska. Maryja wchodzi do sali mężczyzn, czym mogła wywołać zgorszenie, i prosi swojego Syna o cud! Jest odważna i przebojowa, a przy tym nie przekracza granic. A przed męką? Nie powiedziała przecież do Jezusa: „nie idź na krzyż, bo mamusi serce pęknie i tego nie zniosę”. Była mężna, silna, choć cierpiała...

    Jakże łatwo spłycić naśladowanie Maryi do... „stroju maryjnego”, czyli noszenia spódnicy.

    Ja wolę kobiety w spódnicach, ale gdyby Maryja żyła współcześnie, nie wiadomo, jak by się ubierała. Jestem pewna, że skromnie i kobieco, ale spódnica nie jest przecież jedynym wyznacznikiem kobiecości. Czasem nawet się zastanawiam, czy... Maryja poprawiała urodę. Żydówki przecież miały wtedy kosmetyki. Dlaczego więc Maryja miałaby nie chcieć wyglądać pięknie dla Józefa? Kobieta poprzez swój wygląd i zachowanie robi na innych wrażenie, czy chce, czy nie. Albo będzie przyciągać, albo odpychać. Dobrze pojęta estetyka, piękno, wdzięk i urok przyciągają, zachwycają i mogą prowadzić do Boga.

    Ale te zasady można łatwo spłycić, czy wręcz ośmieszyć.

    Można, jeśli pozostaną puste i nie do końca zrozumiane, potraktowane głęboko. Jeśli jednak źródłem szczęścia jest odkrycie, że jest się naprawdę kochanym, nie ma możliwości, by je zniekształcić czy ośmieszyć. Po prostu, dopóki naprawdę nie wiem, kim jestem, dopóki nie odkryłam mojego piękna, trudno o prawdziwe szczęście. Konieczne jest więc odkrycie piękna we własnym wnętrzu – odkrycie harmonii, wrażliwości na drugiego, bo to gwarantuje poznanie siebie jako... daru. Kobieta szczęśliwa odnajduje siebie poprzez bycie darem – wobec Boga, męża, dzieci, ludzi, którym służy.

    Niepopularne.

    Ale prawdziwe. Jeśli słyszę „jestem singielką, żyję dla siebie i jestem szczęśliwa”, nie do końca wierzę w to szczęście. Jesteśmy stworzone na podobieństwo Boga, a więc odnajdujemy się w relacjach: właśnie ze Stwórcą i z drugim człowiekiem. W domu, w zakonie czy w społeczeństwie.

    Ale singielka żyje przecież w społeczeństwie...

    Owszem. I jeśli faktycznie tworzy, działa, pomaga – odnajduje się w nim. Bardziej niepokoi, gdy żyje wyłącznie dla siebie i „na siebie”, czyli odrzuca pogłębione relacje. W sposób egocentryczny czy egoistyczny postrzega świat, pracę, przestrzeń wokół siebie. A to jest zjawisko, które się rozszerza. Kobiety coraz częściej odrzucają zobowiązania, małżeństwo, nie szukają trwałych związków, wybierając np. seks bez zobowiązań i spełnianie się wyłącznie poprzez karierę.

    Kariera jest zła?

    Oczywiście, że nie. Ale warto podkreślić, że jeśli kobieta odkryła siebie i spełnia się w miłości, jej kariera jest w pewnym sensie służbą. Nie jest celem samym w sobie, który przysłania wszystko inne. Natomiast jeśli „robienie kariery” polega na posługiwaniu się ludźmi, czy to do zdobycia osobistych celów, czy też służy temu, aby nadrobić utracone poczucie wartości, to prowadzi do goryczy i samotności. Wiele kobiet aktywnych zawodowo, robiących autentyczne kariery, znających swoją wartość i wartość drugiego człowieka, potrafi połączyć pracę zawodową, opiekę nad dziećmi i życie małżeńskie, nawet gdy fizycznie bywa ciężko. Jednocześnie można zaobserwować wśród niektórych kobiet, że nastawienie wyłącznie na aktywność zawodową, jako sposób na dowartościowanie się – staje się destrukcyjne i autodestrukcyjne. Z tego wynika więcej zła niż dobra.

    I teraz część pań mocno się zdenerwowała.

    I bardzo dobrze. Od takich „nerwów” można rozpocząć zmiany w życiu. Chciałabym podkreślić, że jeśli kobieta nie znalazła nikogo, z kim mogłaby dzielić życie, może być szczęśliwa i spełniona, bo zawsze jest wartością. Jednak konieczne jest odkrywanie, nadawanie właściwego sensu temu, czym już żyję. Niezależnie od stanu można zbudować dobre relacje, sieć obecności, życzliwości. Można być znakiem nadziei dla innych, być oczekiwaną i potrzebną innym. Jednak może to osiągnąć tylko taka kobieta, która dokonała wyboru: kieruje własnym życiem świadomie, odnajduje swoje miejsce w Kościele i świecie. Przychodzą do mnie kobiety, które – jak twierdzą – nie czują powołania ani do małżeństwa, ani do zakonu, ani do dziewictwa konsekrowanego. I naprawdę są mocno zagubione.

    Co im radzisz?

    Po pierwsze, muszą odkryć to wszystko, co otrzymały już na chrzcie: są uczennicami Jezusa, otrzymały od Niego wiele darów. I powoli muszą te dary odkopać, wydobyć z siebie i z nich korzystać. Nie jest możliwe zrozumienie własnego powołania, podjęcie wolnej decyzji, gdy nie zna się siebie i zasobów otrzymanych od Boga. My, kobiety, mamy tendencję, by skupiać się na niedoskonałościach, brakach, potrafimy bez większej przyczyny przechodzić z dołu w dół i wciąż zadręczać się tym, jakie to „jesteśmy złe”. Zamiast skupiać się na tym wszystkim, co w nas dobre, na „pakiecie” od Pana Boga. W komputerze potrafimy kliknąć „uruchom program” i potem, za pomocą tego programu, działać i pracować. Ale nam samym trudno uruchomić wewnętrzny, doskonały program, zapisany w nas od wieków. Do jego uruchomienia jest potrzebny Pan Bóg i drugi człowiek. Bóg prowadzi, a drugi człowiek pomaga w tej drodze. Myślę tu choćby o kierowniku duchowym – kapłanie czy siostrze zakonnej.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół