• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Czas to życie

    Jarosław Dudała

    |

    GN 20/2017

    dodane 18.05.2017 00:00

    30 lat temu w Zabrzu dokonał się przełom w leczeniu zawałów.

    Dawniej zawały leczyło się głównie dobrym słowem – pół żartem, pół serio mówi prof. Lech Poloński ze Śląskiego Centrum Chorób Serca.

    – Chory leżał 6 tygodni w bezruchu. W dobrych ośrodkach mógł jeszcze liczyć na odpowiednią dietę. I to wszystko. Nie dysponowaliśmy techniką skutecznego leczenia zawału. Nie było leków. Nie wiedzieliśmy, co to właściwie jest zawał – wspomina zabrzański kardiolog.

    Dopiero w latach 70. ub. wieku udało się dojść do tego, na czym polega jego niszczycielski mechanizm. W naczyniach krwionośnych oplatających serce odkładają się blaszki miażdżycowe zawierające cholesterol. Zwężają średnicę tętnicy. Ograniczają przepływ życiodajnej krwi. Ale nie to jest najgorsze. Jeśli blaszki odkładają się powoli, nie ma tragedii. Kryzys zaczyna się, gdy któraś z nich pęknie. W tym miejscu powstaje zakrzep, który blokuje tętnicę. Niedożywiany przez krew fragment mięśnia sercowego zaczyna umierać. Chory czuje silny ból w klatce piersiowej.

    – Jeden z pacjentów opisał go, mówiąc, że czuje, jakby miał serce w żelaznych kleszczach – tłumaczy prof. Poloński.

    Wtedy nie ma co czekać!

    Ból może być piekący, rozpierający, może promieniować do gardła, żuchwy, lewego barku, w okolice między łopatkami. Często też pojawia się lęk.

    – Gdy podejrzewamy u kogoś bliskiego zawał, warto spytać: gdzie cię boli? Jeśli to zawał, chory nigdy nie pokaże palcem jednego punktu w klatce piersiowej, ale położy na niej całą dłoń. Wtedy nie ma co czekać. Trzeba jechać do szpitala! – radzi kardiolog.

    Gdy naukowcy doszli do tego, że za zawał odpowiadają zakrzepy, próbowali je rozpuszczać lekami. Był to już jakiś postęp. Śmiertelność spadła z 30–40 proc. do około 10–15 procent. U niektórych pacjentów nie można było jednak stosować leków przeciwzakrzepowych, a ci, którym je podano, i tak zwykle miewali nawroty.

    – Przełom w leczeniu zawałów w Polsce nastąpił w latach 80., gdy z USA do Zabrza wrócił prof. Stanisław Pasyk. Udało mu się przekonać partyjnych notabli do wydania niewyobrażalnych wówczas kwot w twardej walucie na zakup niezbędnego sprzętu i jako pierwszy w Polsce i jeden z pierwszych w Europie zaczął w nowy sposób leczyć zawały – mówi prof. Poloński.

    Na czym polega ta nowa, stosowana do dziś metoda?

    Na całodobowych dyżurach specjalistów, którzy inwazyjnie leczą zawały.

    Przez tętnicę w nodze do zablokowanej tętnicy sercowej wprowadza się cieniutki pręcik, nazywany liderem. Za nim wsuwa się cewnik z balonikiem. Balonik umieszcza się w zablokowanym miejscu i… pompuje. Pęknięta blaszka miażdżycowa zostaje wprasowana w ścianę naczynia. Przepływ krwi zostaje przywrócony. Tętnica znów ma około 3 mm średnicy. Lekarz widzi to wszystko na ekranie aparatu rentgenowskiego. Żeby wzmocnić chore miejsce, umieszcza się w nim swego rodzaju rusztowanie, nazywane stentem. Wygląda on trochę jak sprężynka z długopisu. Wszystko to zajmuje specjaliście zaledwie 30 minut.

    I co dalej? Kilka dni w szpitalu i… do domu! Genialne? Tak, ale…

    Jest jedno „ale”

    To „ale” to czas.

    – Zasada jest prosta: im wcześniej to się zrobi, tym lepiej. Jeśli uda się to wykonać do 12 godzin od pojawienia się bólu, śmiertelność pacjentów przywiezionych do szpitala spada do 5 procent. Uszkodzenia serca są mniejsze. Za to gdy czas się wydłuża, rokowania gwałtownie się pogarszają – ostrzega prof. Poloński.

    Dlatego model wdrożony w Zabrzu rozpowszechnił się na całą Polskę. Obecnie inwazyjne leczenie zawału praktykuje się w 140 punktach w całym kraju. Nie ma już w Polsce miejsca, z którego byłoby do takiej placówki dalej niż kilkadziesiąt kilometrów.

    Czyli system działa, ale… Wąskim gardłem, opóźniającym podjęcie najbardziej efektywnego leczenia, jest świadomość pacjentów, a raczej jej brak. Gdy w grę wchodzi zawał, nie wolno mówić: „to nic takiego”, „poczekam, aż samo przejdzie” itp. Gdy pojawi się ból, trzeba jak najszybciej znaleźć się na oddziale kardiologii.

    Tu ukłon w stronę pogotowia ratunkowego: czasem zdarza się, że karetka zabiera pacjenta z zawałem na SOR (szpitalny oddział ratunkowy). Błąd!

    – To strata 50–60 minut – ubolewa prof. Poloński.

    O zawale wiemy prawie wszystko

    Śląskie Centrum Chorób Serca dysponuje potężną bazą danych o pacjentach, którzy mieli zawał. Do danych o 700 tys. pacjentów zabrzańskiego ośrodka, dzięki prof. Tomaszowi Zdrojewskiemu, doszły jeszcze ogólnopolskie dane z Narodowego Funduszu Zdrowia. W sumie liczba pacjentów umieszczonych w tej bazie zbliża się do miliona!

    – O zawale wiemy prawie wszystko – mówi prof. Mariusz Gąsior, następca prof. Polońskiego na stanowisku szefa III Katedry i Oddziału Klinicznego Kardiologii Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Zabrzu.

    – Na przykład z angielskich statystyk wynikało, że u pacjentów z zawałem przyjmowanych w weekend śmiertelność jest wyższa niż u pacjentów przyjmowanych w dni robocze. Sprawdziliśmy to w naszej bazie danych i nie stwierdziliśmy tej zależności – mówi prof. Gąsior. – Jest to bardzo dobra informacja, która wskazuje, że stworzyliśmy w Polsce system zabezpieczający chorych na podobnym poziomie w każdym dniu tygodnia – dodaje.

    – Wykazaliśmy również, że u pacjentów z zawałem, którzy nie zostali przetransportowani z domów bezpośrednio do ośrodków leczących zawał inwazyjnie, śmiertelność jest wyższa. Dotyczy to co trzeciego, czwartego chorego z zawałem. Wystarczy wydać jedno zarządzenie o transporcie bezpośrednim, i to już poprawi sytuację – uważa prof. Gąsior.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    • gr3
      21.06.2017 23:47
      "mają (...) szansę, że umrą"
      Dla grabarza to szansa, dla chorego RYZYKO!
    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół