• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Sztokholm na celowniku

    Maciej Legutko

    |

    GN 16/2017

    dodane 20.04.2017 00:00

    Atak terrorystyczny w Sztokholmie dokonany przez Uzbeka, który już parę miesięcy temu miał być deportowany, może zakończyć szwedzką politykę gościnności względem imigrantów.

    Kolejny raz zachodnioeuropejski kraj padł ofiarą ataku tzw. samotnego wilka – zradykalizowanego wyznawcy islamu, który w pojedynkę decyduje się na zabicie możliwie największej liczby bezbronnych cywilów. 7 kwietnia w Sztokholmie terrorysta porwał ciężarówkę, a następnie wjechał na jedną z najważniejszych ulic handlowych stolicy i wbił się w dom towarowy Ahlens. 4 osoby zginęły, a 15 zostało rannych. Służby po dwóch dniach ujęły sprawcę. Napastnikiem okazał się 39-letni Uzbek – Rahmat Akiłow. W grudniu 2016 r. odmówiono mu zezwolenia na stały pobyt i nakazano opuścić kraj, ale przez ponad 3 miesiące policja nie była w stanie wyegzekwować wyroku.

    Choć szwedzkie władze na zorganizowanym 2 dni po tragedii „festiwalu miłości” stanowczo zapewniły, że zamach nie zniszczy „uprzejmego i otwartego” społeczeństwa, zmiany wydają się nieuniknione. System integracji i kontroli imigrantów stał się niewydolny, sytuacja na osiedlach zamieszkanych przez przybyszów z Afryki i Bliskiego Wschodu wymyka się spod kontroli, maleje też przychylność samych Szwedów względem polityki rządu.

    Azyl dla chrześcijan

    Szwedzka strategia szeroko uchylonych drzwi dla przybyszów poddawana jest coraz większej krytyce w Europie. Wskazuje się na jej naiwność i demoralizujący charakter. Nie można natomiast zaprzeczyć, że u podstaw idei otwartych granic leżały szlachetne intencje. Od drugiej połowy XX w. Szwedzi przyjmowali u siebie imigrantów, w pierwszej kolejności z krajów, gdzie trwały konflikty zbrojne i prześladowania. Tysiące mieszkańców Etiopii, Erytrei, Libanu, Syrii czy Iraku, uciekając na północ Europy, ocaliło swoje życie. Pokój i bezpieczeństwo odnaleźli między innymi bliskowschodni chrześcijanie, których imigracja nasiliła się szczególnie po fali prześladowań i zamachów w Iraku w 2003 roku. Położone pod Sztokholmem Södertajle jest nazywane światową stolicą Asyryjczyków, stanowią oni bowiem jedną trzecią ludności miasta (ok. 30 tys.).

    Oprócz bezpieczeństwa i tolerancji Szwedzi przez lata oferowali imigrantom szczodrą opiekę: zasiłki, zakwaterowanie, paczki żywnościowe, kursy języka szwedzkiego, przy jednoczesnym wsparciu inicjatyw pielęgnujących rodzimą kulturę przybyszów. W przeciwieństwie do innych krajów Europy, w Skandynawii status uchodźców ulegał zazwyczaj szybkiemu uregulowaniu, oszczędzając wyczerpującej psychicznie bytności w próżni prawnej.

    Radykalizacja z nudy

    Hojny „socjal” na dłuższą metę okazał się zgubny. Uchodźcy otrzymywali bardzo wysokie zasiłki. Lecz jednocześnie, biorąc pod uwagę wygórowane wymagania oraz nieufność szwedzkich pracodawców, zdobycie satysfakcjonującej pracy było niezwykle trudne. W konsekwencji wielu imigrantów zadowalało się zasiłkami i życiem wśród własnych społeczności. Przypadek zamachowca ze Sztokhlomu dobrze ilustruje problem. Akiłow sporadycznie podejmował pracę na budowach, a z czasem w ogóle zrezygnował z aktywności zawodowej. Jak zeznał jeden z przesłuchiwanych po zamachu, Uzbek zwierzył mu się, że od dłuższego czasu zajmowało go jedynie „spanie i palenie”. Najpewniej to właśnie poczucie nudy i brak perspektyw doprowadziły do jego zainteresowania profilami ISIS i innych islamskich radykałów w internecie, co ujawniła po zamachu szwedzka policja.

    Tak zwane Państwo Islamskie zwerbowało zresztą w Szwecji znacznie więcej zwolenników. Według szacunków służb, około 300 tamtejszych muzułmanów wyjechało na Bliski Wschód, aby wstąpić w szeregi samozwańczego kalifatu. Tym samym skandynawska monarchia jest drugim, po Belgii, europejskim „eksporterem” dżihadystów. Co gorsza, prawdopodobnie około 140–150 z nich powróciło już na Stary Kontynent.

    W odpowiedzi na niebezpieczne tendencje Sztokholm powołał specjalny urząd Narodowego Koordynatora ds. Walki z Ekstremizmem. Jednakże po ostatnich wydarzeniach już nawet krajowe media przyznają, że misja tejże instytucji zakończyła się fiaskiem. Pełniąca obecnie tę funkcję Anna Carlstedt przyznała szczerze w wywiadzie po zamachu: „Jestem w stanie zrozumieć, dlaczego ludzie mogą uważać Szwecję za zbyt otwartą i naiwną”.

    Skrępowani poprawnością

    Symbolem ślepej uliczki, w jaką zabrnął dotychczasowy model integracji, jest sytuacja na zdominowanych przez imigrantów osiedlach pod Sztokholmem, Göteborgiem czy Malmö. Szwedzi bardzo długo bronili się przed przyznaniem, jak trudna sytuacja panuje na przedmieściach. Poruszanie tego tematu przez polityków innych krajów było wyśmiewane lub spotykało się z ostrą odpowiedzią. Otwarcie zaczęto o tym mówić dopiero wiosną tego roku po serii głośnych artykułów zachodnich dziennikarzy, przede wszystkim po tekście Katie Hopkins w „Daily Mail” na temat sztokholmskiej dzielnicy Rinkeby, w 90 proc. zamieszkanej przez imigrantów. Z jej relacji wyłania się bardzo przygnębiający obraz miejsca terroryzowanego przez muzułmańskich nastolatków, ignorujących obowiązek szkolny i handlujących narkotykami. Najsmutniejsze jest spostrzeżenie Hopkins na temat spętania Szwedów wszechobecnym dyktatem poprawności politycznej. Przepytywane przez dziennikarkę kobiety nie chcą zgłaszać przypadków włamań czy słownych ataków imigrantów, bojąc się posądzenia o rasizm, policja interweniuje bardzo opieszale lub wręcz unika pojawiania się w niebezpiecznych obszarach.

    Niepokoje na przedmieściach szwedzkich miast nie są zresztą niczym nowym, w ciągu ostatnich kilku lat przetoczyło się już kilka fal zamieszek – w 2010, 2013, 2016 i w lutym 2017 r. – podczas których dochodziło do podpaleń samochodów i plądrowania sklepów. Do największych niepokojów doszło w 2013 r. w sztokholmskiej dzielnicy Husby. Po przypadkowym zastrzeleniu starszego mężczyzny przez stróżów prawa, aż 9 dni zajęło przywracanie porządku. Rannych zostało siedmiu policjantów.

    Zamykanie granic

    System sprawnej integracji przybyszów ostatecznie załamał się w 2015 r., gdy do Europy ruszyła potężna fala imigrantów. Wierne swojej polityce otwartości szwedzkie władze przyjęły prawie 200 tys. ludzi. Skandynawowie osiągnęli kres możliwości, zapełniły się wszystkie ośrodki i mieszkania, w Malmö uchodźcy spali na ulicach. Do obsługi centrów imigracyjnych zostali ściągnięci żołnierze. W listopadzie 2015 r. postawiony pod ścianą premier Stefan Löven wraz z zalewającą się łzami wicepremier Åsa Romson ogłosili na konferencji prasowej: „Nie możemy zrobić już nic więcej”. Na granicach zostały wprowadzone kontrole, do minimum ograniczono liczbę przyjmowanych uchodźców. W kwietniu tego roku zajęto się w końcu przemilczanym problemem zradykalizowanych muzułmanów, nowe prawo ma utrudniać możliwości wyjeżdżania za granicę „na dżihad”.

    Mimo szeregu istotnych zmian szwedzka administracja do dziś nie poradziła sobie z chaosem, który zapanował w 2015 roku. Przy okazji sprawy uzbeckiego zamachowca i opieszałości w wydaleniu go z kraju media przypomniały, że na wyegzekwowanie czeka... 10 tys. takich samych wyroków.

    Działania rządu były nieuniknione z powodu fali uchodźców, ale też uzasadnione zmieniającymi się nastrojami wśród samych Szwedów. W wyborach w 2014 r. 12,9 proc. głosów i miano drugiej siły w parlamencie zdobyli nacjonaliści z ugrupowania Szwedzcy Demokraci (Sverigedemokraterna – SD). Jednym z ich głównych postulatów jest szczelne zamknięcie granic i rozszerzenie możliwości deportowania cudzoziemców. Od jesieni 2015 r. notowania nacjonalistów na trwałe wzrosły powyżej 20 procent. Zamach w Sztokholmie jeszcze bardziej utwierdzi Szwedów w przekonaniu, że nie da się już zbywać milczeniem fiaska dotychczasowej polityki względem imigrantów.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół