• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Inny

    Andrzej Grajewski

    dodane 13.04.2017 00:00

    Dlaczego pomimo ogromnych zasług Wojciech Korfanty nie znalazł miejsca w narodowej legendzie?

    Był inny aniżeli ci, którzy stali się bohaterami naszej pamięci. Nie stali za nim dwór, tradycja, herbowi antenaci. I nie lubił przegrywać. Dlatego nie ruszał na boje z góry skazane na porażkę. Tę jego odmienność zauważali współcześni. Ksawery Pruszyński, wnikliwy dziennikarz i pisarz, wspomniał o tym tuż po śmierci Korfantego w liberalnych i sprzyjających sanacji „Wiadomościach Literackich”. Zaliczył Korfantego do grona kilku osób, które zdecydowały o wybiciu się Polski na niepodległość. Jednocześnie dodał, że w tym gronie był „jedną z najbardziej odmiennych, najbardziej innych postaci”. Był „człowiekiem Zachodu, człowiekiem ludu, najmniej zaś człowiekiem z historii” – pisał. Rzeczywiście, Korfanty nie był zakorzeniony w tradycji jak Piłsudski, Dmowski, Paderewski czy Haller. Dla niego szlachtą były niemieckie rody władające na Śląsku ziemią i przemysłem. Na chrzcie rodzice dali mu na imię Adalbert. Polakiem został z wyboru, którego dokonał w pruskiej szkole, gdzie wszystko, co miało związek z polskością, było znieważane i szkalowane.

    Droga na szczyty

    Chłopak z Sadzawki, gdyż tak nazywała się osada, w której się urodził 20 kwietnia 1873 r. pod Siemianowicami, przekroczył wiele barier i ograniczeń, wchodząc na europejskie salony. Do czasu, kiedy pojawił się w śląskiej polityce, obowiązywał niepisany kanon, że Polacy budują wspólny front z katolicką partią Centrum. Miała ona zasługi w zakresie obrony języka polskiego, ale była zdecydowanie przeciwna emancypacji śląskiego ruchu w stronę polskich ugrupowań narodowych. Nazywano to „wielkopolską agitacją”, gdyż wielu działaczy, którzy pojawili się na Górnym Śląsku pod koniec XIX wieku, wywodziło się z Wielkopolski. Ci adwokaci, kupcy, dziennikarze i lekarze stanowili wyraźną przeciwwagę dla lokalnego pruskiego establishmentu. Dla prowadzenia polityki najważniejsza była wtedy własna gazeta. Niekwestionowaną pozycję na tym rynku miał „Katolik” Karola Miarki. Zasługi pisma dla upowszechniania języka polskiego i narodowej tożsamości były nie do przecenienia. Jednak kierujący nim wówczas Adam Napieralski nie chciał zadzierać z Niemcami w imię mrzonek o państwie polskim, którego od stu lat nie było. Młody Korfanty wystąpił przeciwko tej taktyce. Założył własną gazetę „Górnoślązak” i rzucił wyzwanie lokalnym elitom, występując w 1901 r. z hasłem „Precz z Centrum”. Naraził się wszystkim, także Kościołowi, który obawiał się przenoszenia waśni narodowościowych na teren parafii. Korfanty musiał więc wziąć ślub w Krakowie, gdyż na Śląsku nie mógł tego zrobić.

    Nie była to jedyna szykana. Niemiecki sąd skazał go na więzienie. Cztery miesiące odsiedział we Wronkach, ale kiedy wychodził, był już znanym politykiem. W 1903 r. zdobył swój pierwszy mandat do Reichstagu. Później przez 15 lat był członkiem Reichstagu lub Sejmu Pruskiego, gdzie zasłynął z obrony polskich praw nie tylko na Górnym Śląsku, ale także w Wielkopolsce i na Pomorzu. Jego wystąpienia robiły wrażenie także na Niemcach. Był wykształcony, biegle mówił w czterech językach. Słynął z ciętych replik i detalicznej wiedzy o sprawach, które poruszał. 25 października 1918 r. w Reichstagu wygłosił jedno ze swych najważniejszych przemówień – zażądał w nim przyłączenia do naszego kraju wszystkich etnicznie polskich ziem zaboru pruskiego.

    Agitator i dyktator

    Korfanty zdawał sobie sprawę z tego, że powstanie suwerennego państwa polskiego jest historyczną szansą dla Górnego Śląska, ale wiedział także, jak trudno będzie osiągnąć sukces w tej walce. Niemcy pogodzili się z utratą Wielkopolski i Pomorza. Jednak utrata Górnego Śląska z jego ogromnym przemysłem nie była akceptowana przez żadne siły polityczne. Dlatego w czasie plebiscytu oraz III powstania na Górny Śląsk przyjeżdżali ochotnicy ze wszystkich stron Niemiec, aby zapobiec utracie tej ziemi.

    Kiedy zapadała decyzja, że o losach Górnego Śląska zadecyduje plebiscyt w 1920 r., Korfanty został polskim komisarzem plebiscytowym. Bytomski hotel Lomnitz, gdzie miał swoją kwaterę, stał się miejscem, w którym zbiegały się wszystkie nurty pracy plebiscytowej. Wtedy Korfanty wykazał się wielkim talentem organizacyjnym, często także wyjeżdżał w teren. Spotkania z nim zamieniały się w święto narodowe, dodawały ludziom otuchy, budowały nadzieję. On sam, świetnie wyczuwając nastroje miejscowych, wykorzystywał słabe strony przeciwnika, aby zmobilizować autochtonów do oddania głosu za Polską. Przekonanie Ślązaków, wychowanych od pokoleń w niemieckim państwie, do głosowania za Polską, zaplątaną w dramatyczną walkę o przetrwanie z bolszewicką Rosją, nie było ani łatwe, ani oczywiste. Jednocześnie Korfanty wiedział, że Śląsk potrzebuje pewnego okresu adaptacji, dlatego wsparł ideę autonomii górnośląskiej, czyli daleko idącej samorządności politycznej i gospodarczej, a także posiadanie własnego parlamentu – Sejmu Śląskiego. Kiedy zaś okazało się, że plebiscyt nieznacznie wygrała strona niemiecka, 2 maja 1921 r. podjął decyzję o rozpoczęciu III powstania śląskiego. Wcześniej przygotował do niego siły zbrojne, administrację oraz zapewnił walczącym dyplomatyczne wsparcie ze strony Francji. Wygrał w tej walce tyle, ile w tamtych warunkach było możliwe, a nawet więcej. Na Warmii i Mazurach w 1920 r. także odbył się plebiscyt i został przez stronę polską sromotnie przegrany. Pruszyński, nawiązując do tego we wspomnianym szkicu o Korfantym, napisał: „O losie Warmii i Mazur pruskich zdecydowało to, niestety, że tam się człowiek z nieugiętością Korfantego, z żarliwością Korfantego, z uporem Korfantego, nawet z chytrością Korfantego nie zrodził. Oto, czem mierzyć wpływ, jaki na granice narodów i historię Europy miał Korfanty”.

    Dwa wspomnienia

    Korfanty odnosił sukcesy w okresie międzywojennym, ale przede wszystkim w polityce regionalnej. Znakomicie radził sobie także w biznesie. Jego koncern prasowy, wydający m.in. dziennik „Polonia”, odgrywał istotną rolę w życiu politycznym Górnego Śląska. Od przewrotu majowego Korfanty był w stałej opozycji. Miał w Katowicach przeciwnika wyjątkowo bezwzględnego. Zdolnego i pełnego energii, ale i chorobliwie ambitnego wojewodę Michała Grażyńskiego. Był to konflikt totalny, sięgający jeszcze czasów III powstania śląskiego, w którym Grażyński również brał udział. Konflikt dotyczył sporów o zasługi z przeszłości, rozumienia śląskiej autonomii, przestrzegania praw niemieckiej mniejszości, a także interesów gospodarczych. Korfanty w tej nierównej walce był bez szans. Został przez sanację w 1930 r. oskarżony o przestępstwa podatkowe i branie pieniędzy od niemieckich przemysłowców. Chociaż winy mu nie udowodniono, wraz z posłami opozycyjnego Centrolewu osadzono go we wrześniu 1930 r. w twierdzy brzeskiej. Organ Grażyńskiego „Polska Zachodnia” nie krył radości, że szkodnik i wróg polskości wreszcie trafił za kraty. Jednak pokonać go nie było łatwo. Choć uwięziony, został przez chadecję wystawiony podczas wyborów w listopadzie 1930 r. i zdobył mandat do Sejmu w Warszawie, do Senatu i do Sejmu Śląskiego. Sejm w Katowicach uchwalił dla niego immunitet, a zatem władza musiała zwolnić Korfantego po ponad trzech miesiącach więzienia. Wyszedł, będąc cieniem energicznego i pełnego życia człowieka, jakim był wcześniej. Stracił na wadze 25 kilogramów. Nigdy nie zapomniał doznanych w Brześciu zniewag, upokorzeń oraz bicia przez pilnujących go strażników. Musiał wszystko przemyśleć od nowa i, jak wynika z relacji jego najbliższych, stał się człowiekiem bardziej religijnym. Słowa o krzyżu, który każdy z nas musi dźwigać, stały się dla niego boleśnie prawdziwe. Nie zrezygnował z polityki, ale w 1935 r. musiał uchodzić z kraju, gdyż sanacja prowadziła przeciwko niemu kolejne postępowanie, tym razem w sprawach podatkowych. Gdyby został, ponownie trafiłby do więzienia. Schronienie znalazł w Pradze, skąd nadal utrzymywał kontakt z polską polityką, wspierając m.in. Paderewskiego i Hallera w tworzeniu antysanacyjnego ugrupowania. Wyjątkową podłością ze strony rządu było zakazanie Korfantemu przyjazdu do Katowic w 1938 r. na pogrzeb syna Witolda. Jednak kiedy wojna zbliżała się wielkimi krokami, Korfanty nie chciał być poza Śląskiem. W kwietniu 1939 r. zdecydował się na powrót do Katowic. W domu nie zabawił długo. 29 kwietnia został przez tajniaków wyprowadzony i przewieziony do Warszawy. Osadzono go w więzieniu na Pawiaku, skąd zwolniono z powodu ciężkiej choroby dopiero 20 lipca. Miał zniszczoną wątrobę, a lekarz po sekcji zwłok postawił diagnozę, że przyczyną śmierci mogło być zatrucie arszenikiem. Później pojawiły się domysły, że Korfanty zmarł, gdyż umieszczono go w celi, której ściany były pomalowane farbą z dodatkiem arszeniku.

    Odszedł 17 sierpnia 1939 r. w Warszawie. Umierając, miał powiedzieć do przygotowującego go na śmierć kapłana: „Zabieram ze sobą dwa największe wspomnienia – jedno dobre, to jest Śląsk, drugie złe, to jest Brześć”. Jego pogrzeb 20 sierpnia 1939 r. był ostatnią przed wojną wielką manifestacją polskości na Górnym Śląsku. Ceremonii przewodniczył biskup katowicki Stanisław Adamski, który dobrze znał Korfantego jeszcze z czasów wspólnej pracy w Poznaniu. W kondukcie szło m.in. ponad 170 kapłanów z całego kraju. Jedynymi nieobecnymi w tym ogromnym zgromadzeniu byli przedstawiciele władz państwowych. Wojewoda Grażyński zakazał podległym sobie urzędnikom uczestniczenia w pogrzebie. Korfantego żegnał także „Gość Niedzielny”. Obszerną relację z jego pogrzebu, zamieszczoną w ostatnim przed wojną wydaniu, nasz tygodnik zakończył słowami: „Płacz wielu spośród tych, którzy towarzyszyli mu w ostatniej jego drodze, był świadectwem, jak bardzo przywiązany był lud śląski do tego, który tak dobrze zasłużył się Śląskowi i Polsce”. 

      Kondukt pogrzebowy Wojciecha Korfantego ulicami Katowic prowadził biskup śląski Stanisław Adamski.
    nac

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    • Fryderyk
      16.05.2017 19:57
      Dla Ślązaków Józef Piłsudski nie jest żadnym bohaterem. Nie wiem dlaczego jeszcze siedzi na koniu przed śląskimi urzędami:marszałkowskim i wojewódzkim?
    • Maciej
      16.05.2017 22:53
      nie pierwszy i nie ostatni prawdziwy bohater, którego wykończyła "sanacja" (sanare - uzdrawiać, proponuję bardziej poprawną nazwę - venenacja od venenare - truć); Zagórski - poćwiartowany, Rozwadowski - otruty, Korfanty - otruty; Piłsudski i jego świta i wszyscy jego kumple socjaliści na śmietnik historii! Gloria heroibus ignominia latronibus!
    • paulus
      22.05.2017 09:43
      Żaden ..Kain nie możne być przez wierzących cholubiony i uznany za Abla.A kto planuje skrytobójczy napad na bliźnich ... jest terrorysta i nie ma nic z bohatera czy tez prawego chrześcijanina .Podpychanie takich postaci dzisiaj podsyca tylko dalej język nienawiści...a nie łagodzi sytuacji....bo zło należy dobrem zwyciężać.I to jest pierwsza powinność Chrystusowego patrioty...i przykazanie miłości.Stop złodzieja i morderca. Szczęść Boże.
    • PanGoladkin
      22.05.2017 10:14
      Piłsudski jak wiemy z Dzienniczka św Faustyny i relacji jej spowiednika, został bardzo surowo osadzony przez Jezusa na sądzie szczegółowym, który było dane siostrze Faustynie oglądać. "Chociaż zdaje mi się, że miłosierdzie Boże za przyczyną Matki Bożej zatryumfowalo, to cierpienia tej duszy niczym nie różnią się od męk piekielnych". Dopiero po latach ks. Sopocko wyznał że zakazał pisania Faustynie, o kim mowa, więc przez lata była to anonimowa dusza. Jezus skomentował jej ta wizję w Dzienniczku "Oto czym kończy się pycha i próżność światowa". Cytaty z pamieci, sens zachowany.
    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół