• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Papież teolog, który ustąpił z urzędu

    Dariusz Kowalczyk SJ

    dodane 13.04.2017 00:00

    "Byłem całkowicie pewny, że ten urząd nie jest moim powołaniem, że Bóg zapewni mi teraz, po wyczerpujących latach, trochę spokoju i wytchnienia" – stwierdził Joseph Ratzinger. Okazało się inaczej. 19 kwietnia 2005 roku właśnie kard. Ratzinger zostaje wybrany na biskupa Rzymu.

    Po ośmiu latach rezygnuje z posługi, stając się papieżem emerytem. 16 kwietnia kończy 90 lat. Jak zapamięta go historia? Prawdopodobnie jako wielkiego teologa oraz papieża, który ustąpił z urzędu.

    Żelazny kardynał?

    Kardynała Ratzingera, wieloletniego prefekta Kongregacji Nauki Wiary, jednego z najbliższych współpracowników Jana Pawła II, nazywano „żelaznym kardynałem”. Że niby twardą ręką pilnował czystości doktryny katolickiej. Moim zdaniem Ratzinger był po prostu świadom swojej teologicznej kompetencji i kiedy trzeba było, w sposób jasny – w ścisłej współpracy z Janem Pawłem II – zajmował stanowisko. Były to zresztą czasy, kiedy kongregacja zajmowała się przede wszystkim teologią, a nie – jak to ma miejsce dzisiaj – pedofilią i innymi skandalami.

    Jednym z dokumentów, który przysporzył Ratzingerowi, a także Janowi Pawłowi II, wielu oponentów, była opublikowana w 1984 roku Instrukcja o niektórych aspektach „teologii wyzwolenia”. Do tej pory ci, którzy wciąż wierzą w idee Marksa, nie mogą tego dokumentu darować. Wszak przyczynił się on do powstrzymania marksizujących nurtów teologii wyzwolenia. Pamiętam swoje zdziwienie, gdy jako młody jezuita z Polski spotykałem współbraci z Ameryki Łacińskiej, ale także z Włoch, mówiących językiem, jaki znałem z „Trybuny Ludu”, i powtarzających, że Jan Paweł II z Ratzingerem nie rozumieją teologii wyzwolenia. Tymczasem Instrukcja wcale nie przekreślała całej teologii wyzwolenia, ale bardzo dobrze uchwyciła marksistowskie mrzonki tych, którzy chcieli być katolickimi komunistami.

    Kardynał Ratzinger był „żelazny” w tym sensie, że nie bał się wbrew ideologiom i modom wyrażać precyzyjnie nauki Kościoła zawartej w Piśmie Świętym, Tradycji i orzeczeniach Magisterium. Ale nie był nigdy jakąś „żelazną”, nieczułą osobowością. Delikatny, subtelny, wręcz nieśmiały, unikał personalnych zwarć. Pierwsze słowa, jakie wypowiedział po wyborze, brzmiały: „Po wielkim papieżu Janie Pawle II kardynałowie wybrali mnie – prostego, skromnego pracownika winnicy Pana”. I nie była to jakaś fałszywa skromność. Będąc jednym z największych teologów naszych czasów, nie uważał, że wszystko wie lepiej. „Ważne jest to – stwierdził w książce wywiadzie »Światłość świata« – że nie przedstawiam moich idei, lecz próbuję myśleć i żyć wiarą Kościoła”. Był pasterzem strzegącym wiary.

    Wizja Benedykta

    Książka „Światłość świata” zawiera m.in. diagnozę sytuacji Kościoła i świata. Benedykt XVI mówi wprost: „Chrześcijaństwo czuje się poddane nietolerancyjnej presji, która najpierw je ośmiesza (…), a następnie w ramach pozornej rozumności chce ograniczyć przestrzeń jego życia i działania”. Czy to pesymizm? Powiedziałbym, że to raczej realizm. Ratzinger ma rację, kiedy wskazuje na szerzenie się nowej nietolerancji, która usuwa tolerancję w imię tolerancji. To nowa religia, lewicowo-liberalna ideologia, która „zgłasza pretensje do powszechnej obowiązywalności”. Tego rodzaju agresji Benedykt XVI doświadczał niejednokrotnie na sobie samym. Na przykład wtedy, kiedy wyznawcy „nowej religii” z rzymskiego Uniwersytetu La Sapienza skutecznie zaprotestowali przeciwko jego wizycie na uczelni 60 wykładowców podpisało petycję do rektora, w której bredzili, że murów uczelni nie powinien przekroczyć „reakcjonista” i „przeciwnik Galileusza”.

    Wizja Benedykta XVI wydaje się pod pewnymi względami bliska wizji, jaką w VI wieku miał św. Benedykt z Nursji. Wokół upadek kultury i wiary, barbarzyństwo. Co robić? Zakładać centra, w świecie, ale inne od świata, które będą promieniować duchowo, centra oparte na liturgii, modlitwie, zatroskane o dziedzictwo autentycznej kultury i nauki. Chodzi o to, by w świecie wrogim chrześcijaństwu przechować i przekazać przyszłym pokoleniom to, co najcenniejsze. W „Światłości świata” Ratzinger stwierdza: „Obecnie potrzebujemy przede wszystkim duchowych ruchów, dzięki którym Kościół na całym świecie, czerpiąc z doświadczeń naszych czasów, a zarazem z wewnętrznego doświadczenia wiary i płynącej stąd siły, ustanowi drogowskazy i znowu postawi w centrum kwestię obecności Boga”. W ten właśnie sposób trzeba przeciwstawiać się światu, który w imię ideologicznie rozumianej tolerancji chce zmusić Kościół katolicki, by rozwodnił lub całkowicie zmienił swe nauczanie w wielu punktach, na przykład w kwestii homoseksualizmu czy święceń kobiet.

    Mity wokół rezygnacji

    W sprawie dymisji Benedykta XVI z urzędu powstało wiele sensacyjnych opowieści. Został do niej zmuszony – szeptali niektórzy. Papież, widząc Kościół w kryzysie, przeraził się – twierdzili inni. Miał wizję mistyczną, by ustąpić – gorączkowali się jeszcze inni. Byli też tacy, którzy twierdzili, że abdykacja papieża nie była ważna, a Franciszek został wybrany nieprawnie. Autorzy tych newsów nie chcą uwierzyć samemu Benedyktowi XVI, który wielokrotnie mówił o swej rezygnacji.

    Warto przypomnieć, że choć decyzja papieża była zaskakująca, to prawo kościelne przewiduje taką sytuację: „Gdyby się zdarzyło, że Biskup Rzymski zrzekłby się swego urzędu, to do ważności wymaga się, by zrzeczenie zostało dokonane w sposób wolny i było odpowiednio ujawnione; nie wymaga zaś niczyjego przyjęcia” (KPK, kan. 332). Choć zaskoczenie nie było wcale takie wielkie, skoro wcześniej sam papież w cytowanej już książce wywiadzie stwierdził: „Jeśli papież dojdzie do wyraźnego przekonania, że nie może fizycznie, psychicznie i duchowo sprawować już swojego urzędu, wtedy ma prawo, a w pewnych okolicznościach wręcz obowiązek ustąpić”. Przy czym 3 lata po abdykacji, w drugiej książce wywiadzie „Ostatnia rozmowa”, papież emeryt na pytanie, czy do takiego kroku nie skłoniła go trudna sytuacja w Kurii Rzymskiej, w tym różne afery, odpowiedział zdecydowanie: „To nieprawda. Wręcz przeciwnie, wszystko zostało wyjaśnione. Powiedziałem swego czasu, że nie wolno ustępować, pozostawiając niezałatwione sprawy, tylko trzeba doprowadzić je do końca. Mogłem odejść, ponieważ sytuacja się unormowała”.

    Niektórzy porównują decyzję Benedykta XVI o złożeniu rezygnacji z trwaniem Jana Pawła II, który przecież z ludzkiego punktu widzenia nie dawał rady… Niemądrym byłoby jednak twierdzić, że skoro tak, to jeden z dwóch musiał się pomylić. Jeden i drugi pełnili wolę Boga, który działał zarówno przez niedołężność jednego, jak i przez rezygnację drugiego. Można by zauważyć, że mamy tutaj dwie różne, choć uzupełniające się wizje urzędu papieskiego. W pierwszej perspektywie papież jest przede wszystkim ojcem i jako taki jest znakiem jedności, a ojca się nie zmienia, nawet jeśli jest stary i schorowany. W drugiej perspektywie papież jest pracownikiem winnicy Pańskiej, a pracownik, jeśli nie może już wydajnie pracować, powinien odejść.

    W każdym razie zrzeczenie się przez Benedykta XVI urzędu nie było aktem człowieka przestraszonego lub takiego, któremu po prostu nie chce się pełnić trudnej misji. To była decyzja podjęta w sposób odpowiedzialny, w sumieniu przed Bogiem, poprzedzona długim modlitewnym rozeznaniem.

    Świadek soboru

    Jeden z wydanych do tej pory tomów „Opera omnia” Ratzingera dotyczy Soboru Watykańskiego II. Tom to szczególnie cenny, bo papież emeryt jest jednym z niewielu żyjących jeszcze jego świadków. Jako młody, ale już wybitny teolog był doradcą i ekspertem, który miał konkretny wpływ na soborową reformę. Wraz z nim skończyła się epoka papieży, którzy uczestniczyli w soborowych obradach.

    Z jednej strony Ratzinger zauważa, że wśród ojców soborowych obecne były nadzieja i pragnienie, by zaryzykować otwarcie się na nowe perspektywy i wyjść ze scholastycznych, często już skostniałych schematów. Czuć było powiew Ducha Świętego. Z drugiej strony stwierdza, że „jeszcze podczas obrad soborowych, a potem coraz bardziej w okresie po Soborze, narzucał się rzekomy »duch Soboru«, który w rzeczywistości był »anty-duchem«. Jednym z dogmatów tego »anty-ducha« była teza, że wszystko, co nowe (albo za takie uważane), jest zawsze lepsze niż to, co było i co jest”. Wielu, niestety, nie trzymało się rzeczywistej nauki soboru, ale pretendowało do bycia pod wpływem owego rzekomego soborowego (anty)ducha.

    W roku 2005, podczas przemówienia do Kurii Rzymskiej, Benedykt XVI nawiązał do soboru. Pytał: „Jaki był rezultat soboru? Czy został przyjęty właściwie? Co w jego przyjęciu było dobre, a co niewystarczające lub błędne? Co jeszcze pozostaje do zrobienia?”. Wskazał na dwie interpretacje (hermeneutyki) soboru. Jedna, która widzi jego jedność z dwutysiącletnią Tradycją Kościoła, nie przestaje przynosić dobrych owoców. Druga, popierana przez wiele mediów, wprowadza zamieszanie, głosząc w gruncie rzeczy jakiś podział na Kościół posoborowy i przedsoborowy.

    W okresie soboru Ratzinger uważany był za reformatora. Czy z czasem stał się zamkniętym na zmiany „tradycjonalistą”? Z całą pewnością nie. Po prostu przeciwstawia się temu, co nie jest żadną reformą, ale rozwadnianiem katolickiej wiary w lewicowo-liberalnym duchu. Znakami tego fałszywego ducha są m.in. odejście od naturalnego rozumienia płci, małżeństwa, rodziny („małżeństwa” homoseksualne wraz z adopcją dzieci), aborcja, eutanazja, synkretyzm religijny, urządzanie życia publicznego, jakby nie tylko Bóg, ale i wierzący w Niego ludzie nie istnieli.

    Słowo do Polaków

    Podczas swej wizyty w Polsce Benedykt XVI uczył nas, czym jest wiara. W czasach poplątania z pomieszaniem w sprawach wiary warto powracać do tych homilii i katechez. Przypomnijmy sobie słowa, jakie wypowiedział papież Ratzinger podczas Mszy św. w Krakowie: „Wraz z wyborem Karola Wojtyły na Stolicę św. Piotra, by służył całemu Kościołowi, wasza ziemia stała się miejscem szczególnego świadectwa wiary w Jezusa Chrystusa. (...) Niech nie zabraknie światu waszego świadectwa. (...) proszę was (...), byście skarbem wiary dzielili się z innymi narodami Europy i świata”. Nie popadając w jakieś pseudomesjanistyczne zarozumialstwo, trzeba nam całym sercem przyjąć to wezwanie.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    • paulus
      13.05.2017 13:04
      roznica pontyfikatow JPII i Benedykta polega na tym ,ze JPII mial poparcie wiekszosci w swym kraju a Bendekt nie tylko nie mial ,ale byl zaciekle atakowany szczegolnie przez niemiecka kanclerz...totalna oporzycja sie klania ,a conajmniej ...(nie)zyczliwa konkurencja.Benedykt przyjeol policzek by sam nie byc posadzony o agresje i nienarazac kosciola na jawna wojne .Szczesc Boze.
    • Gość
      13.05.2017 20:00
      I teraz mamy papieża Franciszka, który w moim odczuciu jest niestety właśnie takim katolickim komunistą... Jest na pewno dobrym człowiekiem ale na polityce widać że się nie zna i szkoda, że wypowiada się w tych kwestiach.
    • DYREKTOR
      14.05.2017 12:25
      Darzymy wielkim szacunkiem, Benedykta 16. Papież ten, o ujmującym sposobie bycia i nacechowanym żarliwą modlitwą, dobrocią i skromnością, swoim pontyfikatem, ujmuje każdego wierzącego. Z okazji 50- lecia naszego małżeńskiego związku, otrzymaliśmy błogosławieństwo Jego Świątobliwości.
    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół