• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Błogosławieństwo z Aleppo

    Beata Zajączkowska

    |

    GN 11/2017

    dodane 16.03.2017 00:00

    Co trzeci chrześcijanin w Aleppo korzysta z polskiej pomocy. Głównie w ramach prowadzonej przez Caritas akcji Rodzina Rodzinie. Dzięki temu jeszcze żyją.

    Przerwanie w grudniu oblężenia miasta i wypędzenie stamtąd islamskich dżihadystów zgasiło nad Aleppo światło medialnej uwagi, tak jakby wojna w Syrii już się skończyła. A ona przecież wciąż trwa. – Fundamentaliści z Państwa Islamskiego oddalili się jedynie o kilkanaście kilometrów od naszego domu. Wciąż jest bardzo niebezpiecznie. Codziennie słyszymy, że ktoś zginął od miny. W mieście są nadal snajperzy – mówi s. Brygida Maniurka, pracująca wraz z s. Urszulą Brzonkalik w Aleppo. Obie należą do Zgromadzenia Franciszkanek Misjonarek Maryi. – Ludzie zaczęli wychodzić na ulice, zabierają dzieci na spacer do parku, odwiedzają niewidzianych przez lata bliskich, starają się wrócić do swych domów. Właściciele sklepików i warsztatów sprzątają je z gruzu, wybite szyby zalepiają folią i próbują wrócić do dawnej aktywności – opowiada s. Brygida. Warunki nadal są dramatyczne. Nie funkcjonują wodociągi – wodę trzeba kupować w kanistrach; nie ma prądu – korzysta się z generatorów, za które trzeba zapłacić. Ceny żywności i innych produktów są bardzo wysokie, ludzie nie mają czym ogrzać domów, panuje straszliwe bezrobocie. Wycofując się z miasta, islamiści zaminowali teren i pozostawili wiele bomb pułapek. Jedna z zaprzyjaźnionych rodzin misjonarki poszła zobaczyć, co zostało z jej domu. Gdy otworzyli drzwi, wszyscy wylecieli w powietrze.

    Budujemy sobie pomnik

    – Bez waszej pomocy nasze życie byłoby prawdziwym piekłem. Dajecie nam nie tylko wsparcie materialne, ale przede wszystkim pewność, że nasz los dla kogoś jeszcze się liczy – mówi o. Ibrahim Alsabagh, proboszcz franciszkańskiej parafii w Aleppo, dziękując Polakom za pomoc w ramach akcji Rodzina Rodzinie. Objęła ona ponad 2 tys. rodzin w Aleppo. W ciągu pięciu miesięcy trwania programu wartość zadeklarowanej pomocy wyniosła prawie 9,5 mln zł, z czego do tej pory przekazano 1 mln 534 tysiące. Siostra Urszula, koordynująca program w Aleppo, mówi, że gdyby nie wsparcie z Polski, wiele rodzin po prostu przymierałoby głodem. – Szkoda, że wspierający nas Polacy nie mogą usłyszeć tego na własne uszy, ale za każdym razem, kiedy przekazuję pieniądze, słyszę błogosławieństwa pod adresem ofiarodawców. Na Bliskim Wschodzie nie mówi się tylko „dziękuję”, ale zawsze dorzuca się z całego serca jedno z błogosławieństw: „niech Bóg dodaje ci sił”, „niech Bóg pomnaża twoje dobra”, „niech Bóg przedłuża Twoje dni” – wylicza s. Urszula.

    – Pomoc polskich rodzin dla rodzin z Aleppo, nie zawaham się tego powiedzieć, ratuje ich przed unicestwieniem. Syryjczycy nie mają pracy, nie mają środków na utrzymanie, nie mają jeszcze możliwości rozpoczęcia nowego życia, chociaż tak bardzo tego pragną. Budujemy sobie pomnik w Aleppo, bo wszyscy wiedzą, że to polskie rodziny im pomagają, a w tamtej kulturze bez rodziny człowiek nie przetrwa – dodaje Marta Titaniec, odpowiadająca w Caritas Polska za projekty międzynarodowe. Właśnie wróciła z Aleppo.

    Przed wojną mieszkańcom Aleppo żyło się dobrze i dostatnio, nikt nie potrzebował pomocy z zagranicy. – Tu ludzie są bardzo pracowici i nie będą siedzieli bezczynnie, czekając na pomoc. Jednak kiedy nie ma wody i prądu, żadna firma nie otworzy swoich zakładów i fabryk, by dać pracę ludziom. Dlatego bezrobocie przekracza 80 proc. – mówi s. Brygida.

    Joseph Stephan i jego żona Noura są młodym małżeństwem. Ostatnio kobieta przyszła z płaczem do klasztoru. Jej mąż ma 38 lat, a to wiek poborowy dla rezerwistów. Właśnie dostał wezwanie do wojska. Noura boi się nie tylko o to, że jej mąż może zginąć, ale także o to, jak poradzi sobie sama z dwojgiem małych dzieci. Od początku korzystają z programu Rodzina Rodzinie, ale wkrótce minie pół roku, odkąd zaczęli otrzymywać pomoc, i boją się, że ofiarodawcy jej nie przedłużą. Dla nich oznacza to głód i wyrzucenie na bruk, bo nie będą mieli pieniędzy na czynsz. Doktor Georges jest lekarzem chorób wewnętrznych. Miał klinikę we wschodnim Aleppo, gdzie pracował 40 lat. Syn był pracownikiem banku. Sami mówią, że żyło im się bardzo dobrze. Uciekli w 2013 roku. Klinika została rozkradziona. Czego dżihadyści nie złupili, to spalili. Georges cztery lata nie pracował. – Obecnie przyjmuje w przykościelnej przychodni tylko dwie godziny dziennie. Biednych leczy za darmo, ci, którzy mogą, płacą mniej niż dolara za konsultację. Jego żona jest chora na gruźlicę. Próbuje służyć, jak może, i też wyżywić swoją rodzinę, bo w Syrii nie ma emerytur i każdy sam musi sobie zabezpieczyć swoją starość – opowiada s. Urszula. Misjonarka dodaje, że program obejmuje pomocą również muzułmanów. Wspiera m.in. rodzinę Rasmije i jej męża, który jest krawcem. Ich dramat polega na tym, że przed wojną wzięli kredyt, by kupić mieszkanie. W 2012 r., w Wielki Piątek, w minutę uciekli przed dżihadystami. Nie wzięli ze sobą dosłownie nic. – Kiedy wyzwolono ich dzielnicę, poszli zobaczyć, co zostało z ich domu. Mury stoją, lecz poza tym rozkradziono wszystko, nawet kable powyrywano ze ścian. Na podłodze znaleźli jedynie woreczek ze zdjęciami ze ślubu i fotografie dzieci wyrzucone w błoto, bo nie przedstawiały żadnej wartości dla tych, którzy ukradli ich dobytek – opowiada s. Brygida.

    Nie tylko Rodzina Rodzinie

    Zapewne gdyby nie dwie polskie misjonarki pracujące w Aleppo, jako naród nie zaangażowalibyśmy się tak mocno w pomoc dla mieszkańców tego udręczonego miasta. To misyjne pomnażanie dobra może jednak napawać dumą. Ruszył projekt „Mleko dla Aleppo”, a także ekumeniczna akcja „Dar dla Aleppo”, której celem jest odbudowa i wyposażenie jednego z tamtejszych szpitali. Ruch Solidarności z Ubogimi Trzeciego Świata Maitri zaangażował się także w pomoc niepełnosprawnym, których rodziny stają przed codziennym pytaniem: jak przetrwać? Program prowadzony jest przy współpracy z lokalnymi wspólnotami założonego przez Jeana Vaniera Ruchu „Wiara i światło”. Projekt dopiero co ruszył, a Adopcją Serca zostało już objętych 32 dzieci i 58 dorosłych. – To chrześcijanie różnych obrządków. Żyją w skrajnie trudnych warunkach. By dojść do kościoła, muszą pokonać dzielnice, w których wciąż dochodzi do niebezpiecznych incydentów – mówi Tadeusz Makulski, koordynujący pionierski projekt adopcji niepełnosprawnych.

    Elias Kharrak ma 14 lat. Porusza się na wózku inwalidzkim. Jego ojciec jest analfabetą, zarabia na życie, sprzedając papierosy, matka zajmuje się chorym synem i jego rodzeństwem. Mieszkają na pierwszym piętrze w malutkim, ciemnym mieszkaniu. Żyją bardzo ubogo. Matka codziennie zwozi Eliasa na wózku inwalidzkim po schodach, by go zaprowadzić do ośrodka dla niepełnosprawnych, i wciąga na górę, gdy przyprowadzi go z powrotem. Agafni Matas zachorował psychicznie po tym, jak pocisk spadł na jego dom. Teraz wraz z rodziną mieszka w jednopokojowym mieszkaniu. Otrzymali je z parafii po kimś, kto zmarł. Jest w nim bardzo zimno, nie stać ich na ogrzewanie. W oknach nie ma szyb, zatkali je folią. – Rodziny niepełnosprawnych otrzymują zapomogi pieniężne. Środki przeznaczone są na utrzymanie, rehabilitację, zakup środków higieny. Zapomoga, w zależności od wieku, wynosi do 140 zł – to równowartość jednej czwartej pensji syryjskiego urzędnika. Pozwala to na zakup żywności, leków czy środków higieny, których ceny są znacznie wyższe niż w Polsce – mówi Makulski.

    – Fale uchodźców zalewają Europę, tymczasem ludzie wcale nie chcą opuszczać swoich domów. Zmusza ich do tego jednak zagrożenie życia i brak jakichkolwiek perspektyw. Pomagając im przetrwać, pomagamy im równocześnie pozostać w ojczyźnie – mówi Wojciech Zięba, który zainicjował Adopcję Serca niepełnosprawnych. – Ci ludzie mogą przeżyć kolejny dzień tylko dzięki otrzymywanej pomocy. Często stają przed bolesnym dylematem: co kupić – żywność czy leki? – mówi s. Brygida. Wspomina, że kiedy ruszył program pomocy niepełnosprawnym, proboszcz nazwał go owocem współczucia, solidarności i hojności wielu ludzi, wrażliwych na cierpienie drugiego człowieka.

    Polska pomoc dociera w Aleppo przede wszystkim do chrześcijan różnych wyznań, ponieważ stanowią oni najbardziej doświadczoną grupę. – Piękne jest to, że wojna nie zgasiła w Syryjczykach energii i pragnienia życia, które jak płomień tlący się pod zgliszczami czeka na sposobne warunki, by rozpalić się na nowo. Przejmująca jest wrażliwość młodych na cierpiących i potrzebujących – mówi s. Brygida. I dodaje: – Ostatnio młody chłopak zapytał mnie, jak może pomóc, bo jego rodzina otrzymuje wsparcie materialne. •

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Wybrane dla Ciebie

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół