• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • To nie jest salon krzywych luster

    Jacek Dziedzina

    |

    GN 11/2017

    dodane 16.03.2017 00:00

    Wszyscy uczestnicy szczytu w Brukseli – i realni przywódcy, i pluszakowi funkcyjni, i polskie władze – wysłali jasny komunikat: prosimy nie regulować odbiorników – my naprawdę tak wyglądamy.

    W chwili gdy czytelnik trzyma ten numer GN w ręku, prawdopodobnie nikt już w Europie nie pamięta o epizodzie, jakim było klepnięcie (bo o wyborze w sensie ścisłym trudno mówić) drugiej kadencji Donalda Tuska na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej. Nie zmienia to faktu, że epizod ten, choć teoretycznie dotyczył sprawy jednak trzeciorzędnej (bo taka jest ranga funkcji, o którą tyle hałasu), wydobył na wierzch mechanizmy i tendencje jak najbardziej kluczowe dla funkcjonowania Unii Europejskiej, jej stanu faktycznego dzisiaj i (nie)zdolności do zmierzenia się z realnymi problemami. To chyba pierwszy od dawna szczyt UE, w którym wszyscy uczestnicy mieli szansę przejrzeć się w lustrze. Niestety, wygląda na to, że większość z nich nie wyciąga wniosków z tego niezbyt pocieszającego widoku.

    Bez nagrody pocieszenia

    Zasłona opadła tak nagle i spektakularnie, że w pierwszym odruchu chciałoby się szukać tu jakiejś ustawki obliczonej na grubszy scenariusz. Z jednej strony złamana została zasada, którą Herman Van Rompuy, poprzednik Donalda Tuska, definiował prosto: żaden kraj nie powinien odchodzić od stołu rozmów z poczuciem przegranej. Inaczej mówiąc: nawet jeśli przegrana jest faktyczna, konieczna jest jakaś „nagroda pocieszenia”, a jeśli i to nie jest możliwe, należy zrobić wszystko, by na zewnątrz nikt na przegranego nie wyglądał. W przypadku polskiej delegacji, walczącej o zablokowanie lub przynajmniej przesunięcie głosowania nad przedłużeniem mandatu przewodniczącego Rady Europejskiej, porażka i upokorzenie (jeśli odrzucić hipotezę, że wszystko było wyjątkowo przebiegłą ustawką za porozumieniem paru stron) były tak bardzo widoczne, że nawet niechętni nam komentatorzy z Niemiec czy Francji przyznawali, że przekroczono tu pewien Rubikon i zwyczajnie zlekceważono Polskę. A wystarczyłaby choćby symboliczna decyzja: albo odkładamy „głosowanie” (a ściślej: pytanie „czy ktoś jest przeciw?”) do drugiego szczytu UE, który będzie miał miejsce w Rzymie 25 marca, albo zgadzamy się pro forma wysłuchać oferty kandydata zgłoszonego oficjalnie przez polski rząd, Jacka Saryusz-Wolskiego. Ewentualnie – to opcja minimum – wystarczyłoby wstrzymanie się od głosu kilku krajów, których rządy nie popierają przecież federalistycznej wizji Unii firmowanej przez Niemcy i Francję, a której posłusznym rzecznikiem jest Donald Tusk. Tłumaczenie, że przewodniczącego Rady Europejskiej wybiera się większością kwalifikowaną, więc nie ma o czym mówić, jest tylko częściowo prawdziwe. Czym innym bowiem jest sytuacja, kiedy po prostu większość głosuje za czyjąś kandydaturą, ale pozostali nie wysuwają formalnie zasadniczych zastrzeżeń, a co innego, gdy jakiś kraj członkowski wyraźnie sprzeciwia się kandydatowi na to stanowisko – do tego kraj, z którego „nominowany” (przez kogo?) pochodzi. Niewzięcie tego pod uwagę choćby w taki sposób, że przesuwa się głosowanie, jest wyraźnym zlekceważeniem państwa członkowskiego.

    Dyplomacja czy prowizorka?

    Z drugiej zaś strony można zadać pytanie, dlaczego ktoś miałby pomagać polskiemu rządowi, skoro ten wręcz prosił się o spektakularny nokaut (znowu przy założeniu, że wszystko to działo się na serio). Polska dyplomacja przygotowała grunt pod tę porażkę w sposób modelowy: z kandydaturą Saryusz-Wolskiego wyskoczyła tydzień przed szczytem, podczas gdy wystarczyło od co najmniej roku prowadzić intensywny lobbing w krajach o zbliżonym stanowisku na sprawy integracji. A jeśli było jasne, że nie ma co liczyć na wygraną, nie trzeba było stawiać sprawy na ostrzu noża, wiedząc, że porażka nie tylko osłabi naszą pozycję wizerunkowo, ale też wzmocni – nieadekwatnie do rzeczywistych kompetencji – wizerunek stanowiska, które nie ma żadnego znaczenia decyzyjnego w Unii, lecz jedynie organizacyjno-reprezentacyjno-negocjacyjne. Przewodniczący Rady Europejskiej (zwany przez niektórych dowcipnie „prezydentem UE”) to w gruncie rzeczy funkcja podobna do sekretarza generalnego NATO. Wystarczy zwrócić uwagę, że nie ubiegał się o nią dotąd żaden z liczących się przywódców europejskich. Trudno sobie na przykład wyobrazić, że po ewentualnym ustąpieniu z urzędu kanclerskiego Angela Merkel chciałaby kiedykolwiek starać się o „szefowanie” Radzie Europejskiej (tym zajmuje się de facto obecnie jako kanclerz Niemiec...). Tak samo jak trudno sobie wyobrazić byłych prezydentów USA czy premierów Wielkiej Brytanii przymierzających się do fotela sekretarza generalnego NATO. Nie dość zatem, że sama funkcja przewodniczącego RE zgodnie z traktatem lizbońskim nie daje żadnych prerogatyw władzy, to jeszcze osoba tak spolegliwa wobec oczywistej hegemonii Niemiec i głównego unijnego nurtu nadała jej rys niemal „pluszakowy” – miły w obyciu, ale bez iskry i pasji, koniecznej do tego, by pomóc Unii wyjść z kryzysu. Nie bez powodu nawet niemiecki „Die Welt”, podając w wątpliwość sens tak otwartego lekceważenia przez Merkel polskiego stanowiska i obawiając się, że Polska będzie chciała zemścić się za to, zapytał wprost, „czy warto było za taką cenę wybierać przeciętnego Tuska”.

    Polak Polakowi... politykiem

    Niespodziewany hałas wokół przedłużenia kadencji Donalda Tuska okazał się zatem przydatny w tym sensie, że zdyskredytował (chciałoby się wierzyć, że ostatecznie) emocjonalny szantaż, jakim przez długi czas dzielono Polaków: że to ważna, prestiżowa funkcja i każdy polski rząd ma obowiązek popierać Polaka na tak eksponowanym stanowisku (w przypadku tego ostatniego można zapytać retorycznie: a Jacek Saryusz-Wolski, wystawiony przez rząd, Polakiem nie jest?). Przez długi czas kazano nam wyznawać teorię, że jeśli jakiś Polak ma szansę objąć wysokie stanowisko w UE, to trzeba zostawić polskie spory i podziały w kraju, wszystkie ręce na pokład i należy poprzeć „swojego”. Wynika to z jakiejś przedziwnej wiary (wyrosłej na narodowych kompleksach), że wystarczy polskie nazwisko w międzynarodowych strukturach, a polski interes będzie z automatu reprezentowany i zabezpieczony. Akurat przypadek przewodniczącego Tuska jest modelowym przykładem, że takie myślenie nie tylko jest naiwne, ale może być również zwyczajnie szkodliwe. Donald Tusk bowiem przez swoją pierwszą kadencję nie zrobił naprawdę nic, by choć zasygnalizować, że bliskie są mu te rozwiązania, które idą w parze z polską racją stanu. A przekroczeniem czerwonej linii były jego niesławne wystąpienia – najpierw w Parlamencie Europejskim, gdzie propozycję Komisji Europejskiej, by rozpocząć procedurę praworządności wobec Polski, która może zakończyć się nawet nałożeniem sankcji, nazwał „rozwiązaniem optymalnym”, a później we Wrocławiu w grudniu zeszłego roku, gdy trwała okupacja mównicy sejmowej przez posłów, którzy w ten sposób sparaliżowali prace parlamentu. Przewodniczący Rady Europejskiej, jak gdyby nigdy nic, w samym środku awantury obliczonej wyraźnie na obalenie legalnie wybranego rządu przyjeżdża do kraju członkowskiego UE i otwarcie zrzuca już maskę bezstronnego urzędnika, przybierając pozę lidera zjednoczonej opozycji. Szczytem arogancji było więc w takiej sytuacji żądanie od polskiego rządu, by ten popierał kandydaturę osoby tak jednoznacznie zaangażowanej w wewnętrzny spór polityczny. Można sobie tylko wyobrazić (choć to trudne), jak zareagowałaby niemiecka kanclerz, gdyby komuś tylko do głowy przyszedł pomysł forsowania kandydatury Niemca otwarcie i czynnie występującego przeciwko jej polityce.

    Nakaz wyprzedzania

    Szczyt w Brukseli i niesławne „głosowanie” nad Tuskiem obnażyło do końca jeszcze ważniejszą rzecz. To była pierwsza odsłona tego, co najprawdopodobniej zostało ustalone przez „wielką czwórkę” (Niemcy, Francja, Włochy, Hiszpania) w Wersalu, a co zostanie przypieczętowane na szczycie UE w Wiecznym Mieście, który zaczyna się 25 marca z okazji 60. rocznicy podpisania traktatów rzymskich. Tak zwana Unia dwóch prędkości, która od dawna jest pełzającym faktem, stanie się niemal na pewno rzeczywistością strukturalną. To z jednej strony krok samobójczy tzw. twardej Unii – chcąc przyspieszyć proces ścisłej integracji, obejmującej już nie tylko wspólną walutę, ale i politykę fiskalną, podatkową i obronną, państwa te idą dokładnie w poprzek nastrojów społecznych w swoich krajach. Prawdziwą ironią (bezczelnością?) jest fakt, że Unię przyspieszonej prędkości forsuje m.in. prezydent Francji, który nie tylko ma 4 proc. poparcia (co trafnie wytknęła mu polska premier w odpowiedzi na jego odzywkę: wy macie zasady, my mamy fundusze strukturalne), ale jego następcą może niedługo zostać (albo przynajmniej poważnie zagrozić faworytowi wyborów Macronowi) skrajnie antyunijna Marine Le Pen. Unię przyspieszonej (szaleńczej?) prędkości forsuje Angela Merkel, której hurraoptymistyczna polityka imigracyjna karmi rosnącą w siłę antyunijną Alternatywę dla Niemiec. Ba, w tym samym pociągu UE-Express chce jechać premier Holandii, który albo właśnie oddaje władzę skrajnie antyimigranckiemu i antyunijnemu Geertowi Wildersowi, albo wygrał zaledwie o włos (piszę ten tekst, nie znając wyniku środowych wyborów w Holandii).

    Szabli brak

    I cała ta ekipa, przy pluszowym uśmiechu przewodniczącego Rady Europejskiej, chce brnąć mocniej w to, co między innymi doprowadziło do Brexitu i co może przyczynić się do kolejnych ­exitów z tak rozpędzonej Unii. A zlekceważenie Polski w sprawie teoretycznie błahej, jaką jest zapewnienie jeszcze na 2 i pół roku dobrego samopoczucia, a na spokojną starość godziwej emerytury Donaldowi Tuskowi, w gruncie rzeczy było zlekceważeniem kraju, którego społeczeństwo wcale nie zamierza opuszczać Unii Europejskiej. Było też sygnałem ostrzegawczym: nie pozwolimy na blokowanie naszych projektów, tych naprawdę ważnych, dużo ważniejszych niż poczucie zwycięstwa Donalda Tuska. I to jest odpowiedź na pytanie, dlaczego Angeli Merkel tak bardzo zależało na forsowaniu jego kandydatury, dlaczego była w tym tak nieustępliwa, że już w Bundestagu, parę godzin przed wyjazdem do Brukseli, bezwstydnie oznajmiła: „dziś wybierzemy Donalda Tuska na drugą kadencję”, wyraźnie dając do zrozumienia, że tak jak dotąd procedury wyłaniania funkcjonariuszy unijnych nie będą miały wiele wspólnego z demokracją.

    W Rzymie 25 marca mogą zapaść naprawdę ważne decyzje dla przyszłości Unii Europejskiej. Unii, która niemal na pewno rozchodzi się na dwa tory i która jednocześnie na naszych oczach rozpada się dosłownie (bo czego objawem jest Brexit?). Jeśli w „głosowaniu” nad sprawą trzeciorzędną przegraliśmy stosunkiem głosów 1:27, to jakim stosunkiem przegramy w głosowaniach nad sprawami naprawdę ważnymi? Czy mamy jeszcze pewność, że Grupa Wyszehradzka poprze nas w sprzeciwie wobec projektu Unii dwóch prędkości? A nawet jeśli, to będą to maksymalnie 3 szable więcej. Czy mamy świadomość, że Unia dwóch prędkości w praktyce pokazała swoje oblicze właśnie podczas głosowania nad kandydaturą Donalda Tuska? I że ten układ sił nie wygląda imponująco? •

    «« | « | 1 | » | »»

    oceń artykuł

    Wybrane dla Ciebie

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół