• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Potrzebujemy znaków

    dodane 16.03.2017 00:00

    O doświadczeniach z pogranicza śmierci oraz ich związkach z wiarą mówi dr Patrick Theillier.

    Maciej Kalbarczyk: Próbując umocnić naszą wiarę, coraz chętniej sięgamy po argumenty naukowe. Czy to dobra droga?

    {body:BRB}Dr Patrick Theillier: {/body:BRB}Według klasycznej definicji św. Tomasza z Akwinu „wiara jest aktem rozumu, przekonanego o prawdzie Bożej z nakazu woli, poruszonej łaską przez Boga”. Zatem jest to akt, który obejmuje swoim działaniem całą naszą ludzką kondycję: rozum, wolę i serce. Na poziomie rozumu powody, dla których wierzymy, są liczne: spełnione przepowiednie, cuda, świadectwa świętych… Nauka niekoniecznie powinna być drogą do wiary. Ważne, żeby odróżnić wiedzę naukową, która przynosi odpowiedź na pytanie, jak dochodzi do pewnych zjawisk, od wiedzy o wierze, która pyta o sens i pozwala zrozumieć, dlaczego dzieją się pewne rzeczy. Jeśli nauka i rozum są właściwie przez nas traktowane, rzeczywiście pozwalają nam odnaleźć prawdę.

    W swojej książce pisze Pan o doświadczeniach z pogranicza śmierci (DPŚ). Dlaczego zajął się Pan ich badaniem?

    To zdarzyło się w Lourdes, kiedy prowadziłem biuro medyczne. Badałem tam cuda, które wydarzyły się dzięki modlitwie za wstawiennictwem Matki Bożej, ale też słuchałem świadectw pielgrzymów, którzy opowiadali mi o swoich doświadczeniach śmierci klinicznej i odkryciu podczas niej innego świata. Podkreślali oni, że było to uczucie bardzo bliskie temu, o czym mówiła Bernadecie Maryja: „Nie obiecuję ci szczęścia na tym świecie, lecz w innym”. Na emeryturze rozpocząłem badanie tego fenomenu. Odkryłem, że te doświadczenia są czymś realnym i mają ścisły związek z chrześcijaństwem. Postanowiłem napisać książkę, która ukazywałaby katolickie podejście do tego tematu. Doświadczeń do opisania jest cała masa: w samych Stanach Zjednoczonych DPŚ przeżyło 8 mln osób. Mam na myśli osoby, które podczas zatrzymania akcji serca doznały przeżyć metafizycznych. W Europie proporcje są podobne, ale mówi się o tym rzadziej niż w USA.

    O DPŚ głośno zaczęliśmy mówić dopiero w XX wieku, chociaż ludzkość zna je od bardzo dawna.

    Zgadza się. Już w VI wieku w „Historii Franków” Grzegorz z Tours opowiada o takim doświadczeniu, które stało się udziałem biskupa Albii: św. Salwiusz umarł i niespodziewanie powrócił do życia. O podobnych sytuacjach mówią źródła z VIII w., z których dowiadujemy się m.in. o przeżyciach angielskiego benedyktyna Bedy Czcigodnego. W tym kontekście warto także przyjrzeć się obrazowi Hieronima Boscha z XV wieku pt. „Wejście błogosławionych”. Przedstawia on tunel, z którego końca bije oślepiająca jasność. Historycy dowodzą, że taka wizja przejścia ze śmierci do nowego życia jest obecna właściwie we wszystkich kręgach kulturowych. Więcej przypadków DPŚ zaczęło pojawiać się w latach 70. ub. wieku. Stało się tak za sprawą upowszechnienia reanimacji medycznej: coraz więcej osób powracało ze śmierci do życia i mogło podzielić się z innymi swoimi historiami.

    Czy coś łączy cudowne uzdrowienia z doświadczeniami z pogranicza śmierci?

    Tak, można wskazać wiele wspólnych punktów. Przede wszystkim świadectwa tych, którzy przeżyli DPŚ, niosą ze sobą tę samą prawdę co uzdrowienia w przypadku poważnie chorych. Obydwie grupy podkreślają, że te wydarzenia diametralnie zmieniły ich życie, były momentem spotkania z Bogiem. DPŚ, podobnie jak cudów, nie da się do końca potwierdzić naukowo, ale nie da się także im zaprzeczyć: są częścią tajemnicy związanej z naszą wiarą. Najważniejsze jest jednak to, że zarówno jedne, jak i drugie są spowodowane absolutną, bezwarunkową miłością Boga do nas. Po przeżyciu czegoś takiego po prostu nie da się dłużej wątpić w Jego istnienie.

    W przytaczanych przez Pana świadectwach powtarza się motyw poczucia szczęścia, unoszenia się nad ciałem i spotkania ze świetlistą istotą. Wielu naukowców twierdzi, że to wynik niedotlenienia mózgu. Czy istnieją dowody na to, że jest inaczej?

    Brak tlenu w mózgu nie wystarcza do wyjaśnienia wszystkich elementów DPŚ. Na przykład towarzyszące zjawisku dobre samopoczucie i spokój nie zostały zaobserwowane w wielu przypadkach niedotlenienia, a niemal zawsze pojawiają się w świadectwach osób, które przeżyły śmierć kliniczną. Ludzie, którzy mają doświadczenia z pogranicza śmierci, są przekonani, że to nie była halucynacja. Podkreślają, że to realne doświadczenie, które sprawiło, że już nigdy nie będą potrafili spojrzeć na swoje życie w taki sam sposób. Wielu z nich nawraca się, dotyczy to także zatwardziałych ateistów. Zaczynają wierzyć w życie wieczne, przestają bać się śmierci, traktują ją jako przejście do lepszego świata.

    Pisze Pan jednak także o tzw. strasznym DPŚ…

    Rzeczywiście, niektórzy mają wręcz przerażające doświadczenia. W czasie śmierci klinicznej znajdują się w miejscach przypominających piekło. To najczęściej przypadki osób, które żyły źle, popełniły wiele grzechów. Ludzie ci opowiadali, że nad otchłanią ciemności musieli przyznać Bogu, że ich życie nie było tak święte, jak im się wydawało. Pan pokazywał im różne sytuacje i pytał, dlaczego łamali Jego przykazania. Robił to jednak z ogromną czułością i miłością, bez stawiania zarzutów i przesądzania o ich winie. Nie wydawał wyroku, tylko pozwalał zobaczyć człowiekowi prawdę o nim samym. Bóg nie chciał ich ukarać. Wręcz przeciwnie: dał im drugą szansę i pod Jego wpływem zmienili oni swoje życie. Przywróceni do życia, mogli spróbować jeszcze raz.

    Sądzi Pan, że w naszych czasach ludzkość potrzebuje tak mocnych doświadczeń Boga?

    Myślę, że w społeczeństwie coraz bardziej materialistycznym, odrzucającym sferę sacrum, potrzeba obecności Boga znowu staje się silna. W naszym świecie niewiary ludzie muszą zobaczyć znaki, żeby zbliżyć się do Pana, albo – jak to ujął bp Marc Aillet we wstępie do mojej książki – „oczywiste fakty”, które sprawią, że wiara przetrwa. DPŚ, podobnie jak cuda, powinno być dla nas motywacją do zmiany swojego życia. Papież Franciszek w bulli na Rok Miłosierdzia podkreślił: „Miłosierdzie jest ostatecznym i najwyższym aktem, poprzez który Bóg wychodzi nam naprzeciw”. Jestem przekonany, że Pan znalazł sposób, żeby dotrzeć do nas także dzisiaj. Dlatego podtytuł mojej książki brzmi: „Znaki z nieba, które otwierają nam drogę do niewidzialnego życia”.

    Kościół jednak podchodzi z dużą ostrożnością do doświadczeń z pogranicza śmierci. Dlaczego?

    Rzeczywiście, do tej pory Kościół katolicki pozostawał sceptyczny. To są zjawiska, które wymagają badań, dlatego ostrożność jest bardzo wskazana. Jednak na podstawie wiedzy, którą zdobyłem, mogę bez ryzyka popełnienia błędu stwierdzić, że nie ma żadnej niezgodności pomiędzy tymi doświadczeniami a chrześcijaństwem. Belgijski biskup André-Joseph Léonard stwierdził kiedyś, że doświadczenia z pogranicza śmierci w precyzyjny i szczegółowy sposób ilustrują wszystko to, co jest najważniejsze w doktrynie chrześcijańskiej: w centrum znajduje się Bóg, który jest miłością.

    Czy, Pana zdaniem, wiedza o DPŚ powinna coś zmienić w praktyce i etyce medycznej?

    Z całą pewnością. Wiemy, że śmierć jest momentem przejścia, życie tak naprawdę się nie kończy – wszyscy czekamy na kolejne, życie po życiu. Nie wolno nam przez eutanazję zabierać człowiekowi naturalnej śmierci, która jest dla niego bardzo ważnym momentem, ukoronowaniem jego istnienia. DPŚ jest także dowodem na to, że dusza istnieje i musi być poważnie brana pod uwagę w praktykach medycznych.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół