• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Jesteśmy im to winni

    dodane 23.02.2017 00:00

    O kulisach powstania Muzeum Żołnierzy Wyklętych i Więźniów Politycznych PRL mówi jego dyrektor Jacek Pawłowicz.

    Piotr Legutko: Mokotów – miejsce, w którym rozmawiamy – to prawdziwa polska Golgota. Niegdyś było tu więzienie, dziś powstaje muzeum. O czym będzie opowiadać?

    Jacek Pawłowicz: Chcemy połączyć w tym miejscu różne opowieści o losach ludzi, którzy stawiali opór rządom komunistycznym i płacili za to cenę więzienia i życia. Oczywiście historia żołnierzy wyklętych stanowić będzie główną część ekspozycji, ale chcemy opowiedzieć całą historię wolnych Polaków pokazaną przez pryzmat walki – od bandyckiego „Procesu 16”, kiedy to przywódcy Polskiego Państwa Podziemnego zostali uprowadzeni przez Sowietów i sądzeni w Moskwie, przez stalinowskie procesy ludzi walczących z komunistami, po wolne związki zawodowe z lat 70. i Solidarność.

    Czy znajdzie się też miejsce na opowieść o latach 60., zafałszowanych mitem „małej stabilizacji”?

    Lata rządów Gomułki to wcale nie była mała stabilizacja, jak się często uważa. Badając dokumenty z Północnego Mazowsza, trafiłem na historię kobiet, które protestowały przeciw zdejmowaniu krzyży z klas w wiejskich szkołach i trafiały za to na trzy lata do więzienia. Wszyscy znają walkę o krzyż w Nowej Hucie, ale na temat takich prowincjonalnych procesów panuje całkowity brak wiedzy. Nawet dla mnie było to absolutne odkrycie. Takich ludzi też chcemy tu pokazać, bo im się to należy. Chcemy też pokazać bohaterów roku 1966, którzy chcieli modlić się za Polskę podczas uroczystości związanych z tysiącleciem jej chrztu. Byli za to bici, pacyfikowani i również trafiali do więzień. Takich ludzi było bardzo dużo. Pokażemy też procesy robotników prześladowanych w 1970 roku, taterników sądzonych za przemyt książek z paryskiej „Kultury”, działaczy Ruchu, KOR-u, ROPCIO, bo taka była historia Polaków, którzy nie zgadzali się na narzucony Polsce system komunistyczny.

    Czy możemy powiedzieć, że wiemy już wszystko o naturze stalinowskiego terroru, który pochłonął około 50 tys. ofiar?

    Cały czas odkrywamy nieznane fakty, zapomnianych ludzi. Liczby, które pan przywołuje, są nadal niepełne. O Mokotowie wiemy, że wykonano tu prawie 400 wyroków śmierci, natomiast nie znamy pełnej liczby osób zakatowanych w śledztwie lub zmarłych w wyniku warunków, w jakich były przetrzymywane. Próbujemy to ustalić na podstawie wciąż odkrywanych nowych dokumentów.

    Nie znamy tak wielu nazwisk, nie wiemy nawet, gdzie szukać doczesnych szczątków ofiar komunizmu…

    Ci ludzie byli świadomie skazywani na zapomnienie, na niebyt. Stąd głęboki sens powołania tego muzeum.

    Wiemy, jak będzie ono wyglądało?

    Pierwotnie planowaliśmy po prostu odtworzyć więzienie w jego wyglądzie z lat 40. i 50., bo dziś wygląda ono inaczej niż wtedy. Ale zwycięzcy konkursu na koncepcję architektoniczną wpadli na fenomenalny pomysł, by to miejsce było muzeum i pomnikiem jednocześnie. Zaproponowali postawienie na dziedzińcach Mokotowa czterech wież o nazwach: Bóg, Honor, Ojczyzna, Wolność. Zawołanie wojskowe, wygrawerowane na ułańskich szablach, i okrzyk ludzi Solidarności wznoszony na manifestacjach łączą dwa, jakże różne, a jednocześnie bliskie sobie światy. Historycznym centrum muzeum będzie oczywiście X Pawilon, który do dziś pozostał w niezmienionym kształcie od momentu wybudowania. Pozostałe pawilony były przerabiane, ale to miejsce pamięci narodowej jest takie, jakie było w czasach okupacji. To jest symbol pojawiający się we wspomnieniach wszystkich ofiar Mokotowa.

    Do kiedy przebywali tu więźniowie?

    Ostatni wyjechali tydzień temu. Mokotów przez kolejne dekady III RP był miejscem pamięci, ale zarazem „prestiżowym” więzieniem. Tu siedzieli najwięksi bandyci z Polski.

    Dlaczego trzeba było tyle lat czekać, by polska Golgota stała się tylko miejscem pamięci, a przestała pełnić funkcje „użytkowe”?

    Z różnych względów była to decyzja wymagająca ogromnej odwagi i minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro tę odwagę miał. Powiedział, że są inne miejsca, gdzie ci ludzie mogą siedzieć, a tutaj przywracajmy pamięć o bohaterach! Przecież Mokotów to nie tylko przywódcy antykomunistycznego powstania, przez to więzienie przeszli także liderzy Solidarności, działacze opozycyjnych struktur działających w czasie PRL. To wreszcie miejsce zbrodni niemieckich popełnionych 2 sierpnia 1944 roku, kiedy wymordowano wszystkich więźniów z Mokotowa, polskich strażników oraz mieszkańców okolicznych domów. Wszyscy trafili do dołów śmierci. Wielu pozostanie bezimiennych, bo już nigdy nie odtworzymy pełnych list ludzi, których tu Niemcy zamordowali.

    Ta odwaga przydałaby się i w innych miejscach w Polsce, które stały się katowniami w latach 40.i 50. Dziś wiele z nich pełni właśnie funkcje „użytkowe”.

    W samej Warszawie jest kilkadziesiąt takich obiektów związanych z martyrologią Polaków. One powinny być oznaczone, a tam, gdzie to możliwe, udostępniane ku przestrodze i pamięci. Na szczęście czas, gdy takie nieruchomości były wykupywane i zmieniały przeznaczenie bez szacunku dla ich historii, właśnie się kończy. Dzięki prywatnemu inwestorowi, konserwatorom i historykom z IPN udało się np. ocalić napisy, które więźniowie wydrapali na ścianach cel w dawnym budynku Aresztu Śledczego Informacji Wojskowej w Krakowie. Mamy nadzieję, że trafią one tutaj, abyśmy mogli pokazać, jak ratowana jest ta esencja historii.

    Wciąż nie wszystkim w smak jest pamięć o żołnierzach wyklętych.

    Po tylu latach wolności, po tylu publikacjach IPN, setkach artykułów i dziesiątkach filmów pokazujących tych wspaniałych ludzi, jeśli ktoś ma wobec ich postawy wątpliwości, to kieruje nim wyjątkowo zła wola. Albo motywy osobiste. Rozmawiałem niedawno z pewnym uznanym historykiem, który demonstruje bardzo niechętny stosunek do żołnierzy wyklętych. Nie wiedziałem, jaki jest tego powód, dopóki z naszej rozmowy nie wyszło, że jego dziadek pracował w bezpiece, a ojciec był sekretarzem w jakimś komitecie PZPR. I co ten człowiek ma powiedzieć? Przecież jeśli żołnierze wyklęci byli bohaterami, to kim byli ludzie z resortu?

    A komu, Pana zdaniem – poza młodzieżą wielbiącą „Inkę”, „Łupaszkę” czy Pileckiego – zawdzięczamy powrót bohaterów do przestrzeni publicznej?

    Jeszcze na przełomie lat 70. i 80. żołnierzami wyklętymi zajmował się tylko prof. Tomasz Strzembosz, a później jego doktoranci, obecnie uznani naukowcy: prof. Marek Wierzbicki, prof. Piotr Niwiński, dr Tomasz Łabuszewski, dr Kazimierz Krajewski, dr Janusz Marszalec. Należy również pamiętać o Januszu Kurtyce i jego badaniach nad historią Zrzeszenia WiN, o Leszku Żebrowskim, badającym historię NSZ, o środowisku Ligi Republikańskiej Mariusza Kamińskiego i Fundacji Pamiętamy Grzegorza Wąsowskiego. To oni pierwsi wprowadzili ten temat do publicznego obiegu, przygotowali wystawę o żołnierzach, którzy naprawdę byli wtedy wyklęci, bo w szkołach wciąż jeszcze uczono o bandytach i wojnie domowej. Wspaniali polscy patrioci nadal byli zaszczuci. Dopiero potem powstał IPN i pojawiło się całe pokolenie historyków chcących dotrzeć do bohaterów, starających się zachować jak najwięcej relacji i wspomnień z tamtych lat. Bezcenną pracę wykonał prof. Szwagrzyk, poszukując naszych bohaterów, których komuniści zamordowali i wrzucili do dołów śmierci. Zdjęcia z ekshumacji pokazują całkowite zezwierzęcenie oprawców, barbarzyństwo niemieszczące się w cywilizacji europejskiej.

    To jest aspekt, który wywołuje chyba największy wstrząs. Mówimy przecież o prześladowaniach, niemających precedensu pod względem okrucieństwa, jakie miały miejsce już po wojnie, ponoć w „wolnej” Polsce.

    Parę lat temu robiłem materiał o wspaniałych dziewczynach z konspiracji, które przeszły na Mokotowie piekło. Jedna z pań opowiedziała mi, że przez dwie noce słyszała dochodzące z Pawilonu Śledczego krzyki swojego kolegi. W powstaniu dostał Krzyż Walecznych, a tu torturowany przez ubeków krzyczał: „Mamo ratuj!”. Co musiał przechodzić ten dzielny żołnierz, który wcześniej przeżył piekło na ziemi zgotowane przez Niemców? Jeśli rotmistrz Pilecki mówił: „Auschwitz to była igraszka”, to czym był Mokotów?

    Powstańcy warszawscy na swoje muzeum czekali 60 lat, powstało praktycznie w ciągu roku. Zadecydowały determinacja i wola polityczna Lecha Kaczyńskiego. Czy chce Pan narzucić podobne tempo?

    29 lutego 2016 roku minister Ziobro podpisał decyzję o utworzeniu Muzeum Żołnierzy Wyklętych i Więźniów Politycznych PRL na terenie Aresztu Śledczego Warszawa-Mokotów, jeszcze wówczas funkcjonującego. Do realizacji tego przedsięwzięcia wskazał swojego zastępcę ministra Patryka Jakiego. Byłem przy tym wraz z panią Zosią Pilecką. W tej chwili więźniów już nie ma, rozstrzygnęliśmy konkurs na projekt, muzeum prowadzi działalność edukacyjną, zbieramy pamiątki. To dzieje się naprawdę.

    Jaki jest odzew w sprawie pamiątek?

    Wspaniały. Dostaliśmy prawdziwe skarby po abp. Antonim Baraniaku, który tu 2,5 roku siedział w dole kloacznym. Tak bandyci z UB chcieli go zmusić, by zeznawał przeciw prymasowi. Nie udało im się. Myślę, że będzie naszym patronem. Mamy już jego szaty i naczynia liturgiczne, szafę ubraniową, przerobioną na ołtarz. Przed nami wyjazd w Bory Tucholskie po meble z ostatniej kwatery majora „Łupaszki”. Ktoś powie: stare meble… Nie, to jest historia pięknych Polaków. I my ją pokażemy, bo jesteśmy im to winni. 

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół