• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • Newsletter
  • rss
  • Wiosna średniowiecza

    Szymon Babuchowski

    |

    GN 7/2017

    dodane 16.02.2017 00:00

    Mistrz generalny zakonu, który śle listy do „Najdroższej Diany”? Skandal? Nie, przyczynek do świętości! Takie rzeczy tylko w średniowieczu.

    Dziś taka historia stałaby się pożywką dla portali plotkarskich albo materiałem na scenariusz kontrowersyjnego filmu. Z pewnością chętnie podchwyciłyby ją także te media głównego nurtu, dla których słabość ludzi Kościoła stanowi bardzo atrakcyjny temat. Ale czy na pewno mamy tu do czynienia ze słabością? A może jednak możliwa jest czysta miłość między dwojgiem osób stanu zakonnego?

    Mroki średniowiecza?

    Historia bł. Jordana z Saksonii, bezpośredniego następcy św. Dominika w kierowaniu Zakonem Kaznodziejskim, i bł. Diany Andalò, założycielki klasztoru mniszek dominikańskich w Bolonii, zdaje się dowodzić, że to możliwe. A w każdym razie, że było możliwe – w średniowieczu. Właśnie ukazało się drugie wydanie listów Jordana do Diany w tłumaczeniu o. Pawła Krupy OP. Książka nosi tytuł „Najdroższej Dianie...”. To intrygująca lektura, nie tylko ze względu na dość szczególną relację, jaka łączyła tych dwojga. Równie ciekawy okazuje się portret epoki, który wyłania się spomiędzy wersów korespondencji Jordana.

    Określenie „mroki średniowiecza” nadal bywa bezrefleksyjnie powtarzane, nawet przez ludzi wykształconych. Wielu mówi: „To średniowiecze!”, chcąc podkreślić czyjąś ciemnotę i zacofanie. Tymczasem wyrażenia te nijak mają się do rzeczywistości: „(...) wciąż jest wielu ludzi, których ogarnia zdumienie na widok barwnych miniatur w średniowiecznych rękopisach, którzy z podziwem kontemplują surowe piękno romańskich bazylik, z niedowierzaniem kiwają głowami nad niekończącym się sznurem opasłych tomów dzieł średniowiecznych filozofów i teologów czy też z niekłamanym zaskoczeniem odkrywają humor i muzykę tamtej epoki. Zbyt długo nasze spojrzenie na średniowiecze było kształtowane przez nieprzychylne opinie renesansu i oświecenia, a dla wielu intelektualistów biblią w tej dziedzinie, przez długi czas, był bestseller Huizingi [„Jesień średniowiecza” – przyp. Sz.B.]. Niestety, zapominając o tym, że autor koncentruje się przede wszystkim na zjawisku kryzysu i dekadencji, rozciągnięto jego jesienny pejzaż na całe średniowiecze. A przecież, jak każda inna, również i ta epoka miała swoje przedwiośnie, zapoczątkowane w klasztornych skryptoriach Benedykta i Kasjodora, gdzie mnisi (...) ratowali kulturę śródziemnomorską, przepisując skrzętnie starożytnych autorów” – pisze tłumacz. Podkreśla też, że wiek XII „po latach barbarzyńskich wojen posadził mieszkańców do szkolnej ławy”, a wiek XIII dał początek kulturze uniwersyteckiej.

    Namiętność i mistyka

    Właśnie w wieku XIII rozgrywa się historia życia Diany i Jordana. To czasy krótko po powstaniu legendy o Tristanie i Izoldzie; epoka, w której – jak zaznacza o. Krupa – pasją stała się miłość, a „namiętność i mistyka, zachwyt nad ludzkim ciałem i pragnienie czystości tworzą splot wątków, często niezrozumiały dla dzisiejszego człowieka”. Jak w tym kontekście odbierać relację dwojga błogosławionych?

    „Zawsze ilekroć zdarza mi się opuszczać Ciebie – zwierzał się Jordan w jednym z listów – czynię to z ciężkim sercem, a Ty powiększasz jeszcze moje cierpienie. Bywasz bowiem wtedy tak niepocieszenie smutna, że widok Twojego osamotnienia zwiększa ból naszej rozłąki. Lecz czemu tak się zadręczasz? Czyż nie jestem z Wami? Czyż nie jestem Twój – Twój, gdy pracuję, i Twój, gdy spoczywam, Twój, gdy przebywam z Tobą, i Twój, gdy odchodzę, Twój, gdy się modlę, Twój w tym życiu i Twój, jak ufam, w wiecznej szczęśliwości”. Gdyby czytać te wersy wyrwane z kontekstu, można by odnieść wrażenie, że mamy tu do czynienia z korespondencją między kochankami. Tymczasem lektura całości daje całkiem inny obraz. Tych dwojga niewątpliwie łączył jakiś rodzaj miłości, i to taki, w którym cielesność odgrywała pewną rolę, a jednak była to cielesność ujarzmiona, powierzona Bogu, a przez to – czysta.

    „To dzieje gorącego uczucia, które znajdowało swe ukojenie w mistyce i umiało przemieniać namiętność w płomienną modlitwę mniszki lub apostolski zapał dominikańskiego kaznodziei” – twierdzi o. Paweł Krupa. – „Miłość Jordana i Diany, której nigdy nie wahali się sobie nawzajem wyznawać, była otwarta na Boga, na ludzi, na dzieło zbawienia dusz, jakiemu oboje poświęcili całe swe życie”. Faktycznie, Jordan nigdy nie traci tej perspektywy z oczu: „To, czego Ci brakuje z powodu naszej rozłąki, staraj się odszukać i pozyskać u najlepszego Twojego Przyjaciela, Jezusa Chrystusa, którego obecnością częściej możesz się cieszyć w duchu i prawdzie. On przemówi do Ciebie piękniej i mądrzej niż Jordan. (...) To On właśnie jest ogniwem, które złączyło nasze dusze, więc dokądkolwiek bym poszedł, w Nim jesteś zawsze przy mnie” – czytamy w jego liście.

    Jazda po bandzie?

    On był Niemcem, pochodzącym z drobnej szlachty saskiej, ona urodziła się w rodzinie wzbogaconych urzędników na służbie Bolonii. Połączyło ich wspólne doświadczenie – oboje wstąpili do zakonu pod wpływem przedstawiciela pierwszego pokolenia dominikanów – Reginalda z Orleanu. Łączyły ich też zapał misyjny i determinacja w działaniu: on organizował dominikańskie misje w Maroku, Ziemi Świętej i Bagdadzie, ona jako młoda dziewczyna uciekała z domu do klasztoru, a po uzyskaniu pełnoletniości przeznaczyła swoją część majątku na stworzenie bolońskiego domu Świętej Agnieszki. To właśnie z rąk mistrza Jordana przyjęła w 1223 r. dominikański habit.

    Nie znamy listów Diany, ale z pism Jordana wnioskujemy, że oboje są przede wszystkim zakochani w Chrystusie. Ojciec Krupa zwraca w przedmowie uwagę, że mistrz, pisząc o duchowej relacji z Chrystusem, używa pojęć zaczerpniętych z dziedziny ludzkiej miłości, takich jak: pocałunki, objęcia, rozkosz czy upojenie. Jednym ze słów, które powraca w listach, jest „pragnienie”, skierowane ku „ojczyźnie”, którą Jordan nazywa niebo. „Każde Twoje pragnienie skieruj ku niebu, bo ci, którzy nie chcą się stoczyć do piekła, powinni uchwycić się nieba” – czytamy w pierwszym z listów. W ludzkiej miłości odnajdują więc bohaterowie odblask miłości odwiecznej.

    Oczywiście z dzisiejszego punktu widzenia relację, która rozwija się między tym dwojgiem, można by określić jako igranie z ogniem, czy też – mówiąc jeszcze bardziej współcześnie – „jazdę po bandzie”. Bo przecież mimo całej duchowej głębi naszych bohaterów pozostaje jeszcze ludzka słabość, namiętność, która mogła dojść do głosu w najmniej oczekiwanym momencie. Ale może jest to tylko wątpliwość naszych czasów, a ludzie średniowiecza, wyćwiczeni w ascezie, radzili sobie z takimi pokusami znacznie lepiej?

    Umiar w umartwianiu

    Nie jest to wcale takie oczywiste, bo również w myślach dotyczących ascezy Jordan wymyka się stereotypom kojarzonym ze średniowieczem. Niemal w każdym liście przestrzega Dianę przed przesadą w umartwianiu ciała. „Ścieżka, wiodąca do życia, jest wąska i kręta, należy więc stąpać po niej bardzo ostrożnie, nie schodząc ani na prawo przez jakąkolwiek niedbałość, ani na lewo poprzez nadmierne umartwienia. Jednak z tych dwóch skrajności o wiele bardziej lękam się tej drugiej” – pisze. Zaleca raczej umiar we wszystkim i pielęgnowanie cnót: „Pięknym kwiatem jest pokora, pięknym – cierpliwość, pięknymi – łagodność, umiarkowanie i wszystko, co można nazwać cnotą. Jednak najpiękniejszym z nich jest miłość. Oblubieniec na pewno i częściej, i chętniej będzie nawiedzał ten namiot, w którym czeka na Niego łoże, spowite wonią wspomnianych kwiatów. (...) Taka pobożność przydatna jest do wszystkiego bardziej niż ćwiczenie ciała”.

    Maksymalizm Jordana ujawnia się natomiast w czym innym – w zapale, z jakim stara się pozyskać nowych braci. I chyba właśnie ten zapał okazuje się w tej książce czymś, co najbardziej odróżnia średniowiecze od naszej „letniej” epoki. „Modlitwy Twoje i Twoich sióstr muszą być bardzo miłe Bogu, skoro dał nam już trzydziestu nowicjuszy. Wszyscy prawego charakteru, szlachetni i wykształceni, a nawet jest wśród nich kilku ze stopniem magistra” – notuje Jordan w jednym z listów, ale podobne wyliczenia przewijają się w wielu z nich.

    Jordan jest więc człowiekiem całkowicie oddanym głoszeniu Ewangelii. Nie znaczy to wcale, że pozostaje obojętny na ludzki wymiar miłości. Z jego listów przebija wielka troska o Dianę. W pełnych łagodności słowach odpowiada na jej, jak można się domyślać, emocjonalne reakcje przy pożegnaniach. Zawsze jednak nadaje tej miłości właściwą perspektywę, przypominając, że to Chrystus, a nie on, jest prawdziwym wybrankiem Diany. To właśnie ta perspektywa pozwoliła ocalić czystość tej miłości. Trafnie zauważył w przedmowie o. Paweł Krupa, że nadając Jordanowi i Dianie tytuł błogosławionych, „Kościół uznał i przyjął za swoją miłość, która łączyła tych dwoje. Ich uczucie, które początek i koniec znajdowało w miłości do Chrystusa, zapisało jedną z najpiękniejszych kart w średniowiecznej hagiografii”.

      Błogosławiony Jordan z Saksonii Najdroższej Dianie... wyd. II popr., przeł. o. Paweł Krupa OP W drodze Poznań 2017 ss. 200

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Reklama

      Zachowane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół